Życie pod ciągłą presją, czyli w pogoni za ideałem

Bycie mamą to nie tylko przyjemność, ale przede wszystkim ogromna odpowiedzialność. Tego wyjaśniać nie trzeba. Niestety na każdym prawie kroku młoda mama napotyka wybujałe oczekiwania wobec niej samej albo wobec dziecka. Często też kontakt z innymi mamami bywa nieprzyjemny, bo wciąż licytując się o umiejętności  dzieci, same tracimy tak niezbędny dystans.

W konsekwencji i tak zagubiona młoda mama czuje ogromną presję, której nie jest w stanie sprostać. I mimo iż jeszcze w ciąży zakładała, że nie będzie przystępowała do tego wyścigu, nie będzie brała do siebie niestosownych albo nieprawdziwych uwag, znajdzie w sobie siłę, by nie zwracać uwagi na nieproszone porady ze strony rodziny i znajomych, to jednak ich ogrom często ją przerasta. I w ten sposób zaciska sobie na szyi pętlę złożoną z kompleksów, nacisków, wymogów i oczekiwań.

iStock_000020364224XSmallODPIELUCHOWANIE

Babcia czy teściowa robią wielkie oczy na widok przewijania rocznego dziecka? Zaraz zatem usłyszysz, że „już półroczne dziecko powinnaś sadzać na nocniku, żeby się przyzwyczajało i uczyło”. Zatem Ty, młoda i NIEDOŚWIADCZONA mamo jesteś leniwa, bo przewijasz dziecko, które ma już rok. I teraz co spotkanie będziesz wysłuchiwała jak to wygodnie jest teraz mamom, bo są pieluszki jednorazowe i nie trzeba prać.

Oczywiście, zgadzam się, że pranie pieluch tetrowych (często też ich gotowanie) było żmudną pracą i nie dziwię się, że każda ówczesna mama szybko chciała „wyjść” z pieluch. Z drugiej jednak strony półroczne dziecko nie ma jeszcze świadomości i tym bardziej kontroli nad swoją fizjologią. Nie umie też skomunikować się z nami, informując o własnych potrzebach.

Skutek jest taki, że odpieluchowanie trwa kilka miesięcy, matka i dziecko są już nim umęczeni i zestresowani. I po co to? Może i korzystanie z pieluch jednorazowych do drugiego roku życia dziecka jest rodzajem lenistwa, ale dzięki niemu my i nasze maleństwo możemy skupić się na więzi nas łączącej, wspólnej zabawie i nauce, a nie na bieganiu z nocnikiem i wycieraniu podłóg.

PIERWSZY KROK

„Kroczek na roczek” mawiało się kiedyś. I już wtedy presja dotycząca postawienia pierwszego samodzielnego kroku przez dziecko była ogromna. Co zatem robiły wówczas młode mamy? Wsadzały dziecko do chodzików, często prowizorycznych, stawiały przy krzesełkach lub trzymały za rączki, ucząc chodzić.

Mało komu przyszło wówczas do głowy, że każde dziecko ma prawo rozwijać się w indywidualnym tempie i nie jest żadną patologią, jeśli nasz maluch w wieku roku będzie dopiero czworakował.

Zmęczone taką presją „zdrowego” dziecka mamy zapewne w duchu obiecywały sobie, że na swoich dzieciach nie będą wywierały żadnej presji. Jednak przychodzi moment, kiedy wnuczek w końcu ku uciesze starszego pokolenia zaczyna się podnosić i padają komentarze w stylu: „Nooo, Ty to już chodziłaś jak skończyłaś 11 miesięcy” albo „Pamiętam jak to było. Mój synek (a Twój mąż) to już sam chodził jak skończył 10 miesięcy. Więc tę niechęć do chodzenia, to Wasze dziecko ma raczej po Tobie…”. Prócz tego, że łzy cisną się do oczu i krew wzbiera w żyłach, nie robimy nic. Zaciskamy zęby, staramy się mówić, że dziś inaczej się na to patrzy, że każde dziecko rozwija się indywidualnie i nie ma co przyspieszać jego procesów. Masz szczęście, Droga Młoda Mamo, jeśli nie usłyszysz w odpowiedzi „No tak, Wy dzisiaj naczytacie się tych poradników i myślicie, że wszystko wiecie o wychowywaniu dzieci…”.

ZĘBY

Nie wiedzieć czemu temat zębów dziecka jest częstym tematem „licytacji” młodych mam. Jedne ostentacyjnie chwalą się, że jej dziecku pierwsza jedynka pojawiła się już w 3 miesiącu życia. W takim momencie druga, której pierwszy ząbek dziecka pojawił się DOPIERO w piątym miesiącu odbija piłeczkę, mówiąc „U nas ząbek pojawił się po 5 miesiącach, ALE za to od razu dwa”. Trzecia mama, nie chcąc być tą gorszą, doda „My jeszcze czekamy. Ale to dobrze, bo jak zęby pojawiają się wcześnie, to są słabe”.
I tak licytacja trwa w najlepsze. Zatem Ty, siedząc w ich towarzystwie kulisz się jak mysz pod miotłą, bo Twojemu dziecku pierwszy ząbek pokazał się dopiero w 7 miesiącu, bardzo boleśnie i tylko jeden. Powiedzenie, że „koniowi się w zęby nie zagląda” zdaje się być wyjętym z archiwum nieaktualnych zwrotów języka polskiego.

ZABAWKI I GADŻETY

Podczas spotkań z innymi mamami, czy to koleżankami, na placu zabaw częstym tematem są zabawki i gadżety, jakie nasze dziecko posiada. Normą już jest stos edukacyjnych książeczek, wszelkiej maści chodzików i pchaczy, naturalnie wśród nich musi się znaleźć jak najbardziej rozbudowana mata edukacyjna oraz wszelkie zabawki edukacyjne. Założenie posiadania książeczek i zabawek edukacyjnych jest bardzo słuszne i prawidłowe. Jednak forma z nich korzystania już nie bardzo.

Mamy „kolekcjonujące” wszystkie zabawki tego typu nie skupiają się na użytkowaniu ich przez dziecko, a na samym fakcie ich posiadania. I jak masz się czuć, młoda mamo, jeśli Twoja pociecha ma w swoim pokoju zamiast pięknych, nowoczesnych, świecących, grających i markowych zabawek pudełko klocków, kilka instrumentów muzycznych i dwie książeczki? Odbierasz siebie jako wyrodną matkę, która nie zapewnia swojemu dziecku tego, co najlepsze, a tym samym skazujesz je na gorszy i wolniejszy rozwój.

W dużej mierze bywa też tak, że malec posiada kilka pudeł zabawek, które nie są przystosowane do jego wieku, bo „moje dziecko jest tak inteligentne, że sięga już po zabawki dla roczniaka”, a ma np. dopiero 9 miesięcy. W rzeczywistości bywa często tak, że malec oczywiście interesuje się „starszymi” zabawkami, ale nie użytkuje ich prawidłowo lub jest wciąż trenowane przez mamę jak z nich korzystać. A Ty? Bawisz się z dzieckiem oglądając obrazki w książeczkach, choć dzieci Twoich koleżanek właśnie usilnie próbują wpasować odpowiedni kształt klocka do odpowiadającego mu otworu. I znów masz wrażenie, że nie dajesz dziecku warunków do prawidłowego rozwoju i że przesadzasz z nadmiernym filozofowaniem o pobudzaniu u dziecka wyobraźni i podążaniu za jego indywidualnymi potrzebami. Bo przecież jak ma dziecko wiedzieć, że potrzebuje więcej, skoro nie ma tego „więcej”?

TELEWIZJA I BAJKI

Temat kontrowersyjny, budzący gorące dyskusje, polemiki, niekiedy sprzeczki. Ogólne stanowisko nie zaleca, aby dziecko często i długo oglądało telewizję. Odradza się również puszczanie dzieciom bajek w trakcie posiłków czy przy zasypianiu. Mówi się wówczas o przebodźcowaniu dziecka, które pod wpływem zbyt dużej ilości dynamicznie zmieniającego się obrazu staje się rozdrażnione, niespokojne, nerwowe lub nadmiernie niecierpliwe. Zaleca się wyciszenie dziecka przed snem, a w trakcie posiłku skupienia się na nim, co by „zarejestrowało” porę karmienia.

Teoria teorią, a życie pokazuje jak wiele mam zaczyna dzień od włączenia telewizji na kanał z bajkami i wyłączania go dopiero wieczorem. Z dumą też opowiadają jak ich dziecko chętnie ogląda bajki, grzecznie siedząc na kanapie. W ich mniemaniu jest to objaw nad wyraz rozwiniętej umiejętności skupienia się.
Tymczasem Twoje dziecko nie jest w ogóle zainteresowane telewizją (choć czasem chciałabyś je posadzić przed bajką i mieć kilka minut wytchnienia) i czy jest ona włączona czy nie, maluch zdaje się tego nie zauważać. Podczas podobnych rozmów zaczynasz zastanawiać się, czy Twoje dziecko rozwija się prawidłowo, czy nie powinnaś jednak nakłonić go do zwiększenia uwagi na telewizji. Nadmierne zastanawianie się w sposób naturalny przeradza się w niepokój. Jednak czy konieczne jest dla rozwoju dziecka aby godzinę, dwie czy więcej spędzało dziennie przed ekranem? Czy rzeczywiście ma to wpływ na jego umiejętność skupienia się? Czy jest wręcz przeciwnie? Czas pokaże…

Uwaga! Powyższa porada jest jedynie sugestią i nie może zastąpić wizyty u specjalisty. Skonsultuj się z lekarzem.

Mam na imię Julia. Jestem mamą dwóch żywiołowych księżniczek - Łucji i Barbary. Biorąc pod uwagę najnowsze trendy jestem mamą z innej planety. Kocham swoje córki i właśnie dlatego stosuję dyscyplinę, okazuję miłość, ale też niezadowolenie. Uprawiam wariactwa, kiedy jest na to pora, a kiedy trzeba odsuwam je na bok żeby zrobić obiad czy wypić kawę. Nie stosuję tzw. bezstresowego wychowywania, bo jego "efekty" widziałam (i widzę) i odczułam w pracy zawodowej (od prawie dekady uczę dzieci w różnym wieku – od przedszkola po liceum i dorosłych, z różnych środowisk). Wychodzę z założenia, że człowiek musi poznać życie żeby wiedzieć z czym będzie się mierzył przez następnych kilkadziesiąt lat.

Komentarze

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

  1. kinia kinia

    Coś w tym wszystkim jest…

  2. olka k olka k

    sama prawda…

  3. HelowaMama HelowaMama

    O tak! Pierwsze pytanie zadawane mi przy każdym spotkaniu,telefonie itd. przez znajomych, których dziecko szybko i dużo mówiło-zaczęła w końcu mówić? Zaczęła, po swojemu i wtedy, kiedy ma na to ochotę. Dziwne wydaje im się,że półtoraroczne dziecko nie ucina sobie pogawędki z ludźmi, których widzi trzeci raz w życiu.

    • Dorota Dorota

      Standard, niestety…;) Bo dziecko ma robić wszystko na zawołanie, tak jak ktoś tam chce.

  4. Matylda Matylda

    Presja jest wszędzie, nawet w macierzyństwie to porazka, ze dajemy sie w to same glupie wciagac a potem narzekamy, bo nie jestesmy szczesliwe…smutne

  5. Mamusia Mamusia

    Hej. Też zgadzam się z tym, że coś w tym jest.. Sama nawet jak idę na spacer ( mój mały ma 2 lata teraz ) i wszyscy od razu pytają się czy już mówi – najlepiej żeby całymi zdaniami się wypowiadał żenada.. A ja na to nie mówi, zacznie jak będzie miał ochotę.. i tutaj zaczyna się monolog co ich dzieciaczki już potrafią.. :(

    Ale tak na koniec dodam coś do tematu ZĘBY: słuchajcie najlepiej ma moja szwagierka (z miesiąc temu urodziła) jak ktoś się jej zapyta kiedy pierwszy ząbek? Ona na to może odpowiedzieć, że OD URODZENIA ;P Tak, tak jej mały urodził się z zębem ciekawe nieprawdaż? :)

    • Dorota Dorota

      Hhehe…No dzieciaczki co rodzą się już z ząbkami mają „najlepiej” ;) Nic ich nie przebije ;)

  6. Karina Karina

    Prawda, niestety, prawda.