Żłobek, niania, babcia, czyli, jak wygląda opieka nad dzieckiem, kiedy mama wraca do pracy

O tym, że pewnego dnia po urodzeniu dziecka będę musiała wrócić do pracy, wiedziałam dobrze. O tym, że ktoś obcy będzie musiał nad nim czuwać – też. O tym, że wybory okażą się trudniejsze niż sądziłam – nie wiedziałam do czasu, aż przyszło mi się z nimi zmierzyć.

Naczelny problem mamy, która wraca do pracy polega na tym, że musi pozostawić swoje małe dziecko w innych rękach. Rodzice, którzy mają do pomocy babcie i dziadków są w dużej mierze szczęściarzami, z dwóch przyczyn: pierwsza – powierzają maluszka osobom, którym ufają; druga – oszczędzają około tysiąca złotych miesięcznie. Ponieważ nie należymy z partnerem do szczęściarzy, którzy dziadków mają „pod ręką”, musieliśmy wybierać spośród innych dostępnych opcji.

Opiekunka? Żłobek? Babcia?

Obiegowa opinia głosi, że dziecko powinno jak najdłużej być „przy matce”, jednak mało kto może sobie pozwolić na opiekę nad dzieckiem aż do ukończenia przez nie 3 roku życia i rozpoczęcia etapu przedszkolnego. My również nie mogliśmy. Rodziny nie mieliśmy możliwości zaangażować, a żłobki kojarzyły nam się z chorobami. Wybór padł więc natychmiast: opiekunka. Tylko czym kierować się przy jej wyborze?

Jeśli niania, to jaka?

Usiedliśmy z partnerem nad herbatą i ciastkami starając się złożyć w całość nasze chaotyczne myśli i oczekiwania wobec potencjalnych kandydatek. Stanęło na tym, że preferujemy osobę młodą, dyspozycyjną ze względu na charakter mojej i partnera pracy (ja – nienormowany czas pracy, często wieczorami, czasem weekendami; partner – po kilka miesięcy w domu, po kilka poza domem), z wykształceniem kierunkowym i doświadczeniem w opiece nad dziećmi. Pełna entuzjazmu założyłam więc konto na niania.pl, opublikowałam ogłoszenie i… po 2 dniach wyłam z rozpaczy.

Kandydatki nie potrafiły czytać, z ich wypowiedzi wiało desperacją i nie powierzyłabym ich opiece nawet swojego, skądinąd miłego, choć leniwego kota.  Może przesadzam, może się napinam, ale jeśli piszę, że poszukuję kandydatki do lat 35, to co u diabła robi u mnie zgłoszenie Pani Krysi, lat 55, Stasi lat 50 i Gabrysi, co to już siedmioro wnucząt odchowała i choćby z samym diabłem pakt podpisała, to nie ma siły, żeby miała 35? Jeśli poszukuję jak najbliżej swojego osiedla, to w jakim celu pisze do mnie 10 osób, że odległość nie jest problemem, bo są zmotoryzowane? No i najlepsze: poszukuję dyspozycyjnej, a znajduje z 15 ogłoszeń od matek z dziećmi… Przecież będą chciały spędzać czas ze swoimi dziećmi tak samo jak każdy rodzic, więc dyspozycyjność raczej słaba, pominąwszy fakt, że może zarażać swoje dzieci od mojego, albo odwrotnie.

W kraju panuje regres i bezrobocie, każdy łapie się czego może, ale opieka nad dzieckiem nie należy ani do łatwych, ani lekkich ani przyjemnych tym bardziej, pominąwszy już odpowiedzialność. Z 42 zgłoszeń wybrałam dwie kandydatki, które – moim zdaniem – miały szansę spełnić nasze oczekiwania.

Jak przeprowadzić rozmowę o pracę z opiekunką?

Długo zastanawiałam się nad tym jak sprawdzić osobę, której mam powierzyć dziecko pod opiekę? O co pytać? Co sprawdzać? W natłoku myśli uznałam, że nie ma sensu pytać o referencje, bo takie może wystawić każda koleżanka. Pytanie o doświadczenie też będzie raczej pro forma – przebieg pracy jest niemal niesprawdzalny. Wyszłam z założenia, że głównym kryterium będzie dla mnie fakt, czy opiekunka wzbudzi zaufanie mojej niespełna półtorarocznej córki, czy będzie potrafiła „wkupić się” w jej łaski, oraz pełna dyspozycyjność i szczerość, oczywiście oprócz oczywistych oczekiwań związanych z doświadczeniem i wykształceniem kierunkowym.

Obie kandydatki spodobały się mojej córce, mnie zresztą też, ale ponieważ sama stanęłam przed koniecznością wyboru, postanowiłam dać szansę tej z nich, której nie byłabym jedynym źródłem dochodu (łatwiej rozliczać mi się z godzin niż dać stałą pensję bez względu na czas wykonywania pracy, czego oczekiwała ode mnie jedna z nich).

Miłe złego początki – niania O.

Zaprosiłam Panią O. do współpracy i tak zaczęła się moja pierwsza i ostatnia przygoda z opiekunką. Pokrótce napiszę, że Pani O. była z wykształcenia psychologiem bez dyplomu, pracowała jako animatorka zabaw dla dzieci oraz opiekunka – brzmiało sensownie. Jako opiekunka przy moim dziecku sprawdzała się bez zarzutu… do czasu. Zawsze powtarzałam, że ze wszystkim da się dojść do porozumienia i dogadać, ale oczekuję szczerości. Moja praca nie pozwalała mi na przewidzenie konkretnych godzin powrotu – uprzedzałam o tym kandydatki i zgodnie stwierdziły, że to nie stanowi problemu. Ba! Pani O. nawet pracowała w moim fachu, więc znała temat od podszewki.

Pomimo tego, po jakimś czasie zaczęły mnie dopadać małe wątpliwości. Córka zupełnie przestała się cieszyć na jej widok, w robieniu na nocnik nie było postępów, a i ja coraz częściej stawałam w obliczu ugłaskanych próśb treści „Asiu, jeśli to nie kłopot, to czy mogłabym dziś skończyć o 15? Mam o odebrania wyniki w szpitalu” lub „Asiu, o której dziś kończysz? Bo narzeczony (tu pada jego imię) kończy dziś pracę o 16 i mógłby po mnie podjechać, ale jeśli to kłopot, to nie ma sprawy” – takie i wiele innych zaczęły się pojawiać kilka razy w tygodniu.

Oczekiwałam więc rozmowy, w której niania powie, że spodziewała się czegoś innego – sama nie wiem, może mniejszej ilości godzin (za wszystkie miała zapłacone – zawsze 8 zł za godzinę), może jeszcze czegoś innego. Tymczasem niczego takiego się nie doczekałam. Rozliczałam się z Panią O. raz w tygodniu – w piątki. Nigdy jej nie oszukałam – zawsze notowałam skrupulatnie w notesie jej godziny przyjść i wyjść i rozliczałam je z dokładnością co do kwadransa, zwykle na korzyść opiekunki. I co? I zostałam oszukana.

W przeddzień Wigilii Bożego Narodzenia byłam w pracy. Pani O. chciała szybciej kończyć, ponieważ jechała wraz ze swoim narzeczonym do rodzinnego miasta na święta. Myślę, no trudno – niech podrzuci mi małą do pracy i jedzie szybciej.

Wręczyłam jej kopertę z wynagrodzeniem i torebkę z czekoladkami na święta. Zapytała, czy przerwa między świętami aktualna (musiałam pojawić się w pracy, ponieważ siedmioro z dziesięciorga pracowników wybierało obowiązkowe urlopy), odparłam więc, zgodnie z prawdą, że tak oraz że mi przykro (powód: nie będzie mogła dłużej zostać w rodzinnym mieście).

Odparła, że to żaden kłopot, ponieważ jej narzeczony i tak musi wrócić do pracy. W przeddzień pracy zaczęła pisać wiadomości, że chciałaby przyjechać nie na 10:00, jak się umawiałyśmy, tylko na 12:00, ponieważ jest wyprzedaż sukien ślubnych i ma niesamowitą wręcz okazję kupić nową suknię w starej cenie (w czerwcu brała ślub). Byłam zła, ale poprosiłam kierownika o dyspensę na te dwie godziny. Zgodził się. O 11:50 miała być u mnie, tymczasem o 11:40 dostałam sms, z którego wynikało, że się nie pojawi, przeprasza, ale było to dla niej bardzo ważne. Zadzwoniłam 3 razy – nie odebrała, czwarte połączenie odrzuciła.

Wniosek? Nawet nie zamierzała przyjechać na tę przerwę między świętami, jej narzeczony nie musiał wracać do pracy. Nie mogłam nie pójść do pracy, więc musiałam wziąć ze sobą córeczkę. Była bardzo dzielna, ale potwornie wykończona, a ja wściekła na swoją naiwność i osobę, której powierzyłam dziecko, a która okazała się być skrajnie nieodpowiedzialna. Nie usłyszałam od niej ani przepraszam, ani nic więcej.

Ratunku! Potrzebuję niani od zaraz!

Mądrzejsza o doświadczenie musiałam jak najszybciej znaleźć opiekunkę – z dnia na dzień pozostałam bez pomocy do dziecka, ponieważ mój partner wyjechał na kilka miesięcy do pracy.

Na szczęście zza granicy wróciła akurat moja siostra i mogła wprowadzić się do mnie na czas poszukiwań niani. Przeanalizowałyśmy wszystkie „za” i „przeciw”, doszukiwałyśmy się moich błędów, ale tak naprawdę chyba po prostu miałam pecha. Mądrzejsza o złe doświadczenie edytowałam więc swoje ogłoszenie na niania.pl, doprecyzowałam je i bardzo drobiazgowo określiłam swoje oczekiwania, by nie marnować swojego i kandydatek czasu. Poszło w eter. Odzew: 15. pań Kryś, 13. matek z dziećmi, 10. dojeżdżających. Opadły mi ręce.  Tym razem wybrałam 3. potencjalne kandydatki. Jedna zachorowała na anginę ropną i nie mogła przyjść. Drugą właściwie sama odrzuciłam, a trzecia zjawiła się na rozmowę. Miła, konkretna, nie owijała w bawełnę. Chciałam ją wybrać, ale postanowiłam dać sobie trochę więcej czasu, by nie popełnić tego samego błędu, co przy ostatnim razie.

Żłobek?

W tym czasie odezwała się do mnie właścicielka „Kącika Maluszka” na moim osiedlu – zwolniło się miejsce i chciała zaproponować mi współpracę. Ucieszyłam się – prywatny żłobek, bo chyba tak należy to nazwać, był rozwiązaniem, które rozważałam już wcześniej, ale wszystkie były zlokalizowane zbyt daleko od mojego osiedla. Dojazdy i powroty zajmowałyby mi zbyt wiele czasu. Mój entuzjazm opadł jednak, gdy na zimno przekalkulowałam swoją sytuację: kącik działa w dni powszednie od 7:00-18:00, a mnie zdarza się pracować i dłużej i w soboty.

Właścicielka kącika rozwiała moje obawy. Po 18:00 córka mogła zostawać w kąciku za dodatkową opłatą, w soboty mogłam prosić o pomoc w opiece jedną z dwóch opiekunek zajmujących się dziećmi w dni powszednie (oczywiście również za dodatkową opłatą). Warunki: parter domu jednorodzinnego właścicielki, dziesięcioro dzieci, trzy opiekunki, kontakt z innymi dziećmi, których rotacja była znikoma, 600 zł miesięcznie + własne posiłki, napoje i przekąski, które panie podgrzewają w kuchence mikrofalowej. Postanowiłam spróbować.

Pierwsze koty za płoty

Pokój dzienny dla dzieci był bawialnią z aneksem kuchennym. Oprócz tego była sypialnia, gdzie na materacykach leżały kocyki i jaśki maluszków, a w kąciku pieluszki, zapasowe ciuszki itp. Pierwszy kontakt mojej córki z gromadką głośnych dzieci spowodował katastrofalny ryk! Pomalutku ją rozebrałam i weszłam do bawialni, uspokoiła się. Około 5. minut siedziała mi na kolanach, potem zaczęła bacznie przyglądać się dzieciom, a po niecałym kwadransie odessała się ode mnie i poszła obadać teren. Po pół godzinie była „sprzedana”. Przyjazna atmosfera, zabawki inne niż w domu, dużo nowości i zwykła dziecięca ciekawość zwyciężyły. Kolejnego dnia postanowiłam, że siostra odprowadzi córeczkę do kącika, posiedzi z nią około pół godziny i spróbuje wyjść na jakieś 3. godziny. Efekt? Po 15 minutach  siostra poszła do domu, bo nie miała po co tam siedzieć. Lila zaaferowana nowym miejscem, dziećmi i zabawami zupełnie nie zwracała uwagi na ciocię.

Po kilku tygodniach mogę śmiało powiedzieć, że był to bardzo dobry pomysł. Córka przestała się bać innych dzieci, nauczyła się współpracować i bawić z grupą, ma unormowany tryb dnia, nie nudzi się, poznaje zabawy, piosenki i tańce – słowem: rozwija się i to bodaj lepiej niż przy nudnej mamie. Minusy oczywiście też są, a tym najbardziej oczywistym są choroby.

Po drugim dniu córeczka wróciła chora, ale tak naprawdę nie do końca wiemy skąd wzięła się choroba – od innego dziecka, od brania do ust różnych obcych przedmiotów, może od podłogi (córka nie lubi nosić kapci – biega w samych skarpetkach), czy może dlatego, że wieczorem byłyśmy na przydługim spacerze i mogła się zaziębić. Na szczęście stało się to tuż przed weekendem, podczas którego podkurowałam ją solidnie witaminą C, wapnem (Sanosvit), syropem na pierwsze objawy choroby (Sambucol) i roztworem soli morskiej na katar (Marimer hipertoniczny). We wtorek mały człowiek dumnie podreptał do żłobka.

Moje obserwacje: dziecko jest radosne, chętnie chodzi do żłobka, uczy się rozmaitych zabaw z rówieśnikami, przechodzi pierwsze miłości (pół roku starszy Rysio koniecznie chce się całować), przyzwyczaja do rozłąki z mamą, ale najważniejsze – widzę, że czuje się bezpieczna.

Plusy i minusy

Podsumowując: z dostępnych dla rodziców rozwiązań możemy rozważyć pomoc rodziny (siostry, cioci, dziadków), opiekunkę, publiczny żłobek (do którego zapisy prowadzi się bodaj raz do roku, w związku z czym wolne miejsce jest raczej rzadkością) oraz – dzięki nowelizacji ustawy żłobkowej – coraz popularniejsze kluby malucha.

Jeśli rozważać aspekt finansowy, najtańsza okazuje się pomoc rodziny, choć trudno prosić kogoś o pomoc po kilka godzin dziennie. Publiczne żłobki są tańsze od klubów malucha; w zależności od miasta ceny wahają się od 200-500 zł za miesiąc, przy czym w publicznych żłobkach zawsze jest możliwość przygotowywania posiłków (kluby malucha najczęściej nie mają takiej opcji ze względów sanitarnych). W prywatnych żłobkach rozpiętość cenowa jest ogromna. W samym Toruniu ceny wahają się od 500-800 zł. W Poznaniu od 900-1400. Zakres usług też bywa różny: od podstawowej opieki (zabawa, higiena) po naukę języków, gimnastykę korekcyjną, przygotowywanie posiłków itp.

O ile nie zna się przypadkiem zaprzyjaźnionego tygrysa, który – niczym w „Księdze dżungli” – wychowa nam pociechę na dobrego, odważnego człowieka, pozostaje chyba tylko wziąć pod lupę opiekunki i żłobki. Dla szczęściarzy jest jeszcze opcja babcia, jeśli tylko nie skapituluje przy bezstresowo wychowywanym potworku.

Uwaga! Powyższa porada jest jedynie sugestią i nie może zastąpić wizyty u specjalisty. Skonsultuj się z lekarzem.

Asia, spełniona mama niespełna 1,5 rocznej Lilki, absolwentka UMK i agentka nieruchomości. Propaguje ideę bycia „złą mamą”, pozwalając dziecku spać z kotem w jednym łóżku, zjeść podniesione z podłogi ciastko i oglądać TV. Pisze nie tylko o blaskach, ale i licznych cieniach macierzyństwa. Zwolenniczka racjonalnego wychowywania dzieci, zgodnie z zasadą umiaru i zdrowego rozsądku. Chce pokazać, że uśmiech bobasa jest lepszym wyznacznikiem bycia dobrą mamą niż sterylne butelki i wykrochmalone bodziaki. W zabawie miłośniczka idei: brudne dziecko to szczęśliwe dziecko.

Komentarze

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

  1. Krzyś Michalski Krzyś Michalski

    Fajny tekst. Uznanie dla autora ;D. Dam znać o tej stronce znajomym, jestem pewien, że też powinni ją polubić. Liczmy na to, że takie witryny w dalszym ciągu będą prosperowały w polskim necie pomimo podpisania ACTA przez . Wiele wskazuje na to, że będę zaglądać tu częściej.

    Do następnego razu – Krzyś Michalski

  2. Zosia Zosia

    Ma pani wielkie wymagania za 8 zł na godzinę? Rozumiem, bo chodzi o dziecko.
    Wymyśliła sobie pani młodą opiekunkę, i przekonała się, że młoda dziewczyna ma inne priorytety niż praca. Poza tym, jeżeli opieka się przedłużała ponad umówione godziny powinna pani regulować pełną kwotę za każdą rozpoczetą godzinę, a nie za wyliczone minuty!
    Dlaczego skresliła pani wszelkie kobiety w sile wieku? Być może uważa je pani za głupie, nienadajace się do opieki nad maluchem.. Błąd! Takie panie zazwyczaj odchowały już własne dzieci, mają dużo cierpliwości i empatii i… wolnego czasu