Niektórzy nauczyciele obawiają się wystawiania niższych ocen. Wolą dać niesprawiedliwą, naciąganą, ale wyższą notę niż potem tłumaczyć się przed rodzicami, którzy przychodzą z pretensjami, że ich dziecko ma słabe wyniki w nauce. Świat stanął na głowie. Zyskują ci, którzy „płaczą i awanturują się”. Natomiast tym, za którymi nikt nie stanie, nie podciąga się ocen. Nic dziwnego, że szkole oceny coraz mniej znaczą.

Wystawiasz słabe oceny? Masz problem
Pokolenie temu nie było tematu. Klasa dostała słabe oceny? Widocznie się nie uczy. Dzisiaj za niskie oceny swoich uczniów musi się tłumaczyć nauczyciel. Często ląduje na dywaniku u dyrektora, jest atakowany pytaniami na wywiadówce. Po co mu to i na co?
Nauczyciel coraz częściej woli się nie wychylać i grać tak, jak warunki na to pozwalają. Nie ma znaczenia, czy to szkoła publiczna czy prywatna. Coraz częściej wcale nie chodzi o to, żeby nauczyć, ale aby dzieci i młodzież miały dobre oceny. Reszta to kwestia drugorzędna.
Kolejki poprawiających
Uwierzyliśmy, że wystarczy chcieć, że wszyscy mogą i powinni być równie zdolni, że trzeba wyciągać tych „najsłabszych” i obniżać system do nich. W konsekwencji ci z problemami i tak się nie uczą szybciej, a ci, co mogliby korzystać z lekcji bardziej, tracą, bo ich aspiracje bardzo szybko się gubi. Na lekcjach jest nudno, utalentowani uczniowie są pozostawiani sami sobie…
Koniec końców i tak przecież chodzi o oceny. Dlatego gdy zbliża się koniec semestru czy roku to przed nauczycielami ustawiają się kolejki poprawiających.
Jest jednak znacznie gorzej niż mogłoby się wydawać. Do nauczycieli przychodzą nie tylko dzieci, ale też rodzice. Ci najbardziej przekonujący potrafią wyciągnąć swoją córkę czy swojego syna, zapewniając dzieciom dużo lepsze noty na koniec. Wystarczy podejść, być stanowczym, nieodpuszczającym, wymagającym, może popłakać, pokrzyczeć…postraszyć kuratorium.
Co z pozostałymi?
Oczywiście na „pielgrzymki” do nauczycieli z pretensjami, że „ich świetne dziecko” ma słabe oceny nie udają się wszyscy rodzice. Niektórym nawet nie przejdzie to przez głowę. Idą ci, którzy uważają, że mają prawo i należy im się to, czego się domagają. Często swoimi metodami i konsekwencją działania wymuszają zmianę ocen.
Z kolei ci, których rodzice nie pofatygowali się do szkoły niestety są największymi przegranymi tej sytuacji. Często po prostu pozostają niewidoczni. Dostają ocenę taką, jaka wychodzi ze średniej.
Nie mają co liczyć na pomoc zaangażowanej mamy czy asertywnego taty, niekiedy też dobrze sytuowanych…. Czego się uczą dzieci „pozostawione same sobie”? Najczęściej, że nie warto się starać, skoro i tak koniec końców lepiej się traktuje tych, którzy są cwani, a nie tych, którzy się starali przez cały rok, ale nie zawsze wychodziło.
Dziecko na przegranej pozycji
Oczywiście w idealnym świecie nauczyciele nie zmienialiby wystawionych ocen po interwencji rodzica dziecka. Dzieci widziałyby, że gra jest uczciwa i wszyscy są traktowani sprawiedliwie. Dyrektor stałby murem za nauczycielem. Nie byłoby festiwalu zaliczania i poprawiania na ostatnią chwilę. Tak byłoby w idealnym świecie. Jak jest, to niestety wiadomo…
Dzieci nie wyrabiają. Czy naprawdę sprawdzian za sprawdzianem są konieczne?
Na koniec roku lepsze oceny? Dzięki „pomocy” rodziców
Wymagający nauczyciel jest wrogiem ucznia i rodzica?
Mama się wykłóci, to dziecko dostanie wyższą ocenę
Komentarze