„Śliczna dziewczynka, 200 złotych poproszę”

Ograniczenie społecznego zaufania do lekarzy stało się faktem. Coraz częściej, głośniej i z większą niż dotychczas determinacją mówi się o błędach, niedociągnięciach i kontrowersjach związanych z leczeniem i profilaktyką praktykowaną w służbie zdrowia.

Młodzi rodzice, będący pacjentami innymi niż dotychczas, bo rzecznikami swojego dziecka, są nierzadko zaniepokojeni i zdezorientowani. Na porządku dziennym są sytuacje, kiedy dostają skrajne, wykluczające się diagnozy, ich wątpliwości są wyśmiewane lub w lepszej sytuacji ignorowane, a oni w ostateczności, pozostawieni sami sobie, sięgają po zniesławione źródło – doktora Google i tam często uzyskują wsparcie, lepsze lub gorsze źródła merytoryczne i nadzieję, że ich sytuacja się poprawi.

Rodzic – najgorszy pacjent?

Komentarze na temat dość specyficznego podejścia do służby zdrowia niewdzięcznych pacjentów-rodziców oczywiście się pojawiają. Mówi się o ludziach, którzy pozjadali wszelkie rozumy, niedouczonych i nierozumiejących podstawowych praw.

Wskazuje się, że młode mamy i tatusiowe chcą sami leczyć swoje dzieci, zatem niech skończą trudne, długie studia i niech wykwalifikują się w zawodzie lekarza, a jeśli tego nie zrobili, niech lepiej siedzą cicho i nie szkodzą swoim dzieciom. Lekarze narzekają, że rodzice są roszczeniowi z jednej strony, a z drugiej nieprzygotowani do merytorycznej dyskusji.

doktor i pacjent

Jak w każdej sytuacji – kij ma dwa końce.

Sceptyczna postawa do lekarzy nie bierze się znikąd. Najczęściej powstaje na skutek doświadczeń i przykrości powstałych w trakcie szukania pomocy, w momentach, kiedy się jej nie uzyskało, a bardzo się jej potrzebowało.

200 złotych, poproszę

Moja córka miała AZS, wiesz te dziwne plamy, które pojawiają się i znikają na całym ciele. U nas przebieg choroby był o tyle specyficzny, że zmiany nie były w typowych miejscach i problemy skórne pojawiły się niemal od urodzenia – wspomina Tomek – oczywiście w przychodni pediatra pokręciła głową, wypisała jakieś maści na bazie witamin i dała skierowanie do dermatologa z komentarzem, że nie może nam pomóc, zwłaszcza, że żona karmi piersią i „to, czyli czerwone placki na skórze” mogą być od wszystkiego.

Zaleciła, by przejść na mleko modyfikowane, bo lepiej kontrolować, co dziecko dostaje wraz z pożywieniem. Żona nie chciała się zgodzić i teraz wiem, że miała rację, bo każde nowe źródła, jakie pojawiają się w temacie wskazują, że rezygnacja z karmienia piersią przy AZS to najgorszy wybór.

Do państwowego dermatologa kazano nam czekać 5 miesięcy, zapisaliśmy się, a w między czasie udaliśmy się do dwóch specjalistów prywatnie. Wszędzie taka sama sytuacja – iluzoryczna pomoc. Wypytywano żonę, co je, jakich proszków używa, czy mamy w domu dywany, firany, na koniec było zapisanie steryd, sławetne hasło – „piękna dziewczynka” i rachunek 200 złotych. Szczerze? Żaden dermatolog nam nie pomógł, ani prywatnie, ani państwowo…Niewiele też był w stanie nam zaproponować alergolog” – wspomina Adam, ojciec dwulatki, która największe problemy z AZS ma szczęśliwie za sobą.

Sprzeczne diagnozy

Równie często mówi się o sprzecznych diagnozach otrzymywanych przez różnych lekarzy, pojawiających się niezależnie od rodzaju choroby, czy wieku dziecka. Nie trzeba długo szukać, bo przypadki tego typu mieliśmy w redakcji:

  • stwierdzone zapalenie płuc – wpisane na podstawie badań osłuchowych w książeczkę i po dwóch godzinach „tylko” infekcja górnych dróg oddechowych – przez innego lekarza. Jeden i drugi lekarz zalecił antybiotyk, który okazało się, że nie był konieczny, bo dziecko leczone objawowo po 4 dniach było zdrowe,
  • wysłanie trzymiesięcznego niemowlaka „profilaktycznie” do szpitala z katarem, podanie antybiotyku również „na wszelki wypadek”, bo zapalenie płuc rozwija się bardzo szybko, dlatego lepiej podać lek, by do tego nie dopuścić…
  • stwierdzenie sepsy i wykluczenie jej przez drugiego lekarza
  • ocena „gardło czyste” i po kilkudziesięciu minutach diagnoza – szkarlatyna wydana przez drugiego pediatrę.

Powyższe sprzeczne diagnozy mogą wzbudzać zdumienie, a nawet zaprzeczenie, jak to możliwe, ale są niestety faktem. Nie oznacza to oczywiście, że wszyscy lekarze się mylą, ale jedynie, że błędne diagnozy zwyczajnie się zdarzają. Dlatego naturalne jest to, że rodzice mający w pamięci nietrafione rozpoznania i nie najlepsze terapie, będą z dystansem podchodzić do tego, co im się mówi.

Czy zatem można się dziwić, że rodzice swoimi wnikliwymi pytaniami będą chcieli sprawdzić  kompetencje lekarza? Że starają się patrzeć im na ręce?

Brak dialogu

W przychodniach i postawie niektórych lekarzy najbardziej uderza rodziców brak gotowości do dialogu, niemożność podjęcia rozmowy na odpowiednim poziomie. Rodzice zbyt często skarżą się na to, że ich obawy są wyśmiewane, a oni sami traktowani niepoważnie.

Lekarze zbyt często nie chcą dyskutować, nie mają czasu, ochoty, siły, by rozwiać wszystkie wątpliwości, niestety zdarza się, ze brakuje im również nawet argumentów. Rzadko mówią o profilaktyce, skupiają się na leczeniu objawowym, które w ocenie rodziców jest niewystarczające.

Niechęć i rozczarowanie do tradycyjnej medycyny, głównego nurtu sprawia, że rodzice poszukają innego sposobu na wzmocnienie odporności, niestety zdarza się, że całkowicie odwracają się od pomocy lekarzy. Proces ten jest bardzo niepokojący i z roku na rok wydaje się pogłębiać…Co najgorsze nie ma na niego prostej recepty.

Jestem mamą. Normalną, nie wpatrzoną przez cały dzień w dziecko, ale myślącą o prawdziwym dobru całej rodziny. Uczę się, jak kochać siebie i innych. Wiem, że mogę to osiągnąć jedynie wtedy, kiedy będę łączyć kilka ról.

Komentarze

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

  1. maja maja

    skądś znam ten problem :(