Recenzja książki „Twoja kompetentna rodzina” Jesper Juul

Do lektury tej publikacji podchodziłam z dużym entuzjazmem. Po przeczytaniu wywiadu z autorem miałam ściśle określone oczekiwania i wierzyłam, że dowiem się wiele nowego na temat wychowania dzieci. Pierwsze kilka stron pozbawiły mnie złudzeń. Czytało się dobrze, jednak właściwie nic poza tym.

Jesper Juul to znany duński terapeuta rodzinny. Autor książki „Twoje kompetentne dziecko” i „Twoja kompetentna rodzina”. Inicjator poradni wychowawczych Family-Lab i założyciel Skandynawskiego Instytutu Kemplera dla pedagogów.

„Twoja kompetentna rodzina. Nowe drogi wychowania” liczy około 180 stron. Nie jest to obszerna książka, ale lektura podręczna, którą można zmieścić w średniej wielkości torebce.
Niby książki nie ocenia się po okładce, ale…ja to na przekór zrobię. Żywe, ciepłe kolory i obrazki malowane dziecięcą ręką przekonują do siebie. Tym bardziej, że zdobią one również wnętrze publikacji, jednak w odróżnieniu od okładki pozostają w czarno-białym wydaniu. Podobnie jak jej zawartość, która na większości stron nie przekonuje, nie zachwyca i nie wzbudza refleksji. Są też oczywiście pewne wyjątki, ale o nich później…

Autor stawia kilka, powiedziałabym mało odkrywczych tez:

1. O atmosferze w domu świadczy jakość życia dorosłych.

Mając choć minimalne życiowe doświadczenie, mamy tego świadomość. Jeśli rodzice się kłócą, mają różne pomysły na wychowanie dziecka, czy jeszcze gorzej – są uzależnieni od alkoholu, naprawdę bardzo trudno oczekiwać, że w takiej rodzinie wychowanie dziecka będzie należało do prostych, a dzieci wyjdą z niej „bez szwanku”.

2.Rodzice powinni być autorytetem, ale nie powinni być autorytarni, co oznacza, że mają sprawować władzę, ale bez szkody dla dzieci.

3.Jasper Juul zwraca uwagę na sposób mówienia, by zabraniając czegoś, mówić o własnych uczuciach. Czyli zamiast „zostaw”, powiedzieć „nie podoba mi się, jak to ruszasz”.
Zwrócenie uwagi na sposób mówienia zdaje się powtarzać zalecenia innych autorów, na przykład znanych z wcześniejszych publikacji pod tytułem: „Jak mówić, żeby dzieci nas słuchały, jak słuchać, żeby dzieci do nas mówiły”. Nie są one również odkrywcze na tle zaleceń wskazujących na to, by w trakcie konfliktu wypowiadać się w pierwszej osobie, mówiąc o swoich uczuciach, a nie wytykając błędy słowami typu „Ty zawsze…”

4.Dzieci należy traktować poważnie i z szacunkiem.

5.Należy znaleźć miejsce dla agresji w rodzinie. Ucząc maluchy, w jaki sposób okazywać swoją frustrację.

Na szczęście Jesper Juul nie pozostawia mnie w trakcie lektury bez materiału do przemyśleć. Gdyby tak było, z pewnością książka, której recenzję czytacie, wylądowałaby w koszu na śmieci i ten wpis by nigdy nie powstał. A tak oddając sprawiedliwość, muszę stwierdzić, że są fragmenty, nad którymi można dłużej podumać.

Przykładowo wtedy, kiedy Jesper Juul pisze o typowej i zbyt spiesznej reakcji rodziców, gdy dziecko nie chce się podzielić zabawką z kolegą poznanym na podwórku w piaskownicy. W klasycznej sytuacji, którą łatwo narysować sobie w wyobraźni, rodzic lotem błyskawicy podbiega i tłumaczy własnemu dziecku, ze ma być koleżeńskie i żeby podzieliło się zabawką z płaczącą  Agatką czy szlochającym Wojtusiem. Tymczasem według Jespera Juula takie rozwiązanie sprawy nie jest korzystne, zwłaszcza w dłuższej perspektywie, dla dziecka.

Co autor zaleca zrobić? Według niego, należy pomóc dziecku uświadomić sobie jego sytuację, własne uczucie i wesprzeć w podjęciu słusznej decyzji. Zaraz za tymi dylematami pojawiają się, według autora, kolejne wynikające z tej pierwszej „nauki empatii”: czy czternastolatka powinna iść z kolegą do łóżka, żeby mu nie było przykro, czy syn ma obowiązek odwiedzania rodziców, bo oni są smutni, gdy on jest daleko, czy nastolatek musi kończyć takie studia, jak sobie życzą tego rodzice, itd.

W ten sposób zalecenie autora, by wrażliwość dziecka nie tłamsić, można uznać za odważną tezę. W dzisiejszym świecie wielu osobom wydaje się bowiem, że nie ma miejsca na wrażliwość, a taka postawa, w której mamy prawo okazywać skrajne uczucia nie jest zbyt często szerzona. Częściej skłaniamy się dzisiaj ku sądowi, że wrażliwość to słabość, która prędzej czy później będzie wykorzystana przeciw osobie, która ośmieliła się żyć zgodnie z jej nakazami.
 Jesper Juul pokazuje, że nauka empatii nie jest taka prosta i oczywista.

Pewną rewolucję we współczesny tok rozumowania może wnosić również stwierdzenie, że „rodzice nie muszą być wiecznie na posterunku i wychowywać dzieci”. W wielu sytuacjach wystarczy, żeby im po prostu nie przeszkadzali.

Przykład? Proszę bardzo, autor taki daje, przywołując wzbudzający w wielu osobach stres jedzenie. Już niemowlaki mają niejako wpisany w swoje zachowanie instynkt. Jedzą wtedy, gdy są głodne i odmawiają jedzenia, gdy są nasycone. Niby oczywiste, a mimo to wielu z nas zamienia łyżkę w samolocik, każe jeść za tatusia i mamusię, itd. W ten sposób wychowując albo niejadka, albo dziecko mające problem z nadwagą.

Kończąc, mogę napisać tyle: książka porządkuje, wyjaśnia i niejako zamyka spory wokół terminów, które dzisiaj mają niejasne definicje. Nie jest to jednak publikacja, do której chce się wracać. Przeczytać może i warto, jednak od razu po tym, lepiej oddać ją osobie, od której książka została pożyczona. Oszczędzając miejsce na półce, które warto zarezerwować dla bardziej odkrywczej, wzbogaconej liczniejszymi przykładami i bardziej przekonującej do siebie publikacji.

Uwaga! Powyższa porada jest jedynie sugestią i nie może zastąpić wizyty u specjalisty. Skonsultuj się z lekarzem.

Kobieta, żona, matka. Po krótkim zastanowieniu - właśnie w takiej kolejności. Nie lubi przesady oraz forsowania tylko jednego trendu w wychowaniu.

Komentarze

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

  1. faraba faraba

    Autor napisał: „Pewną rewolucję we współczesny tok rozumowania może wnosić również stwierdzenie, że „rodzice nie muszą być wiecznie na posterunku i wychowywać dzieci”. W wielu sytuacjach wystarczy, żeby im po prostu nie przeszkadzali.”
    Jeżeli autor tak obstaje przy wykazaniu, jak mało odkrywcze są idee Juul’a to dodać też należy, że o tej postawie to akurat też szeroko już ktoś pisał w latach 70′ (Gordon). Pytanie tylko, jakie znaczenie ma, kto co kiedyś już powiedział. Ocena książki o założeniach wychowawczych rodziców i ich relacjach z dzieckiem pod kątem odkrywczości, nowatorstwa i absolutnej wyjątkowości podejścia jest założeniem z gruntu chybionym. Czy nie należałoby raczej ocenić tej książki pod kątem przydatności dla rodzica? Przecież nie każdy z nas musi być świadom światowych nurtów w wychowaniu dzieci w ostatnich dziesięcioleciach. Każdemu za to przydać się może książka mądra, która zwraca uwagę na konieczność poważnego traktowania naszych dzieci, jako ludzi mądrych i z prawem do własnych uczuć. Jakie ma znaczenie, czy głos autora jest pierwszy czy dziesiąty z rzędu, skoro nawet gdyby powtórzyć to sto razy to i tak zbyt często zdarzy nam się o tym zapomnieć w ferworze kłótni z naszym nagle rozwścieczonym dzieckiem. Moim zdaniem nigdy nie będzie dość książek mądrych i nigdy nie jest za mało uświadamiania nas rodziców, edukowania nas i przypominania, by wybić się z torów wychowania, którym nas uraczono. Ta książka z pewnością spełnia swoją rolę. Polecam wszystkim.

  2. madzik madzik

    A ja się zgadzam z autorem tekstu. Przeczytałam i też uważam książkę za taką sobie. Wydając na coś kilkadziesiąt złotych, chciałabym dostać coś, co zapamiętam na dłużej. Książkę „Twoja kompetentna rodzina” porównuję do kiepskiego filmu, przeczytać/obejrzeć można, ale nic specjalnego się z tego nie wyniesie…

  3. ALAOLAiAS ALAOLAiAS

    Co oznacza ”malo odkrywcze tezy”, albo zagadnienia powielane w innych opracowaniach? Kazda ksiazka przeznaczona jest równiez dla tych , którzy nie przeczytali wczesniej zadnej innej. Przyznacie Panstwo, ze bez wzgledu na nazwisko autora podrecznika do geografii, zawsze pasmo Uralu bedzie dzielilo Europe od Azji, a prawo Archimedesa bedzie tak samo interpretowane w kazdej ksiazce od fizyki……Natomiast od czytelnika n a l e z y wymagac dyskusji m e r y t or t c z n y c h …Po to by sprzedawac lody trzeba skonczyc studia…..a zeby wychowywac dziecko wystarczy uprawiac filozofie dla ubogich duchem….. nie tedy droga…..nigdy dosc kompetentnych nauk dla rodzicow, bo gdyby 1000 razy czytali to i tak ”popsuja” swoje najukochansze dziecko po swojemu, bo najwazniejsze jest ich wlasne EGO…..smutne…prawda? Z wyrazami szacunku dla wszystkich recenzentów…Maria.

    • kinia kinia

      skoro i tak jesteśmy skazani, Pani Mario, na klęskę, to tym bardziej J.J. nie pomoże. Denerwuje mnie propagowanie pewnych książek na siłę. Ktoś napisze prawdę, to się odzywają jakieś dziwne głosy, że J.J. to autorytet, że nie rusz, że pisze dobre rzeczy. Nieważne, że to, co pisze może być wtórne, niewarte takiego zachwytu, jaki wzbudza.. Bez przesady…Dajcie ludziom żyć i dajcie oceniać książki. Nie wszyscy muszą się zgadzać we wszystkim.

  4. Agnieszka Agnieszka

    W moim odczuciu najpiękniejsze w twórczości Jaspera Juul’a jest właśnie to, że otwiera nam oczy na pozornie „oczywiste oczywistości”, pisząc o nich w tali sposób, który wręcz uderza i na długi czas nie pozwala zapomnieć. Zupełnie nie zgadzam się z panią, że jest to publikacja do której nie chce się wracać. Uważam, że wręcz powinno się do niej wracać jak najczęściej po to by nie tylko znać pewne zasady ale by je stosować w życiu codziennym. Polecam wszystkim również pozostałe pozycje tego autora.

    • Dorota Dorota

      Agnieszko, masz rację J.J. pisze o „oczywistych oczywistościach”. Pytanie tylko, czy chcemy i czy potrzebujemy o nich czytać…Ta publikacja zdecydowanie w mojej ocenie wnosi najmniej. Odsyłam do drugiej recenzji książki J.J na stronie.

      • OlkaG OlkaG

        Doroto, to „czy chcemy i czy potrzebujemy” czytać o rzeczach na pozór oczywistych to kwestia absolutnie indywidualna. iż najdą się tu osoby zarówno na „tak” jak i na „nie”. Moim zdaniem w dzisiejszym świecie, także, jeśli chodzi o rodzinę i wychowanie, próbujemy na siłę szukać skomplikowanych rozwiązań, uważając te oczywiste za przestarzałe i zbyt proste, tymczasem to one są najskuteczniejsze. My natomiast utrudniamy sobie życie poszukując czegoś, co mamy na wyciągniecie ręki.

        • Dorota Dorota

          Olka G, oczywiście, masz rację. Dlatego każdy podejmuje decyzję, czy sięgnąć akurat po tę książkę, czy po inną. W mojej ocenie (a naczytałam się już sporo :)) tę książkę można zastąpić inną, lepszą. Tej pozycji nie odbieram jako lektury obowiązkowej. :) Jednak oczywiście rozumiem Twoją argumentację. Według mnie (powtórzę się:)) są lepsze pozycje, które „mówią o ważnych, często zapominanych sprawach” w taki sposób, że chce się do nich wracać” :)

          • OlkaG OlkaG

            Oczywiście – z pewnością są!:) Chociaż bardzo ważny jest też sposób pisania o tym, co ważne a mnie ton Juula własnie odpowiada. Pisze bez moralizatorskiego zacięcia, którego nie cierpię w poradnikach! Za to z życzliwością, prostotą i otwartością. Ta książka, jej treść dotrze do każdego i to jest w niej na pewno fajne.

      • nina nina

        Przeczytałam i …w sumie po kilku tygodniach niewiele pamiętam z tej książki.

  5. OlkaG OlkaG

    Najpierw czytałam teksty Juula lub ich fragmenty w czasopismach dla rodziców, potem stałam się szczęśliwą posiadaczką tej własnie książki i zarazem wierną fanką autora.
    Autor porusza kwestie, które faktycznie mogą nam się na pierwszy rzut oka wydawać oczywiste (tudzież mało odkrywcze, jak ocenia autor recenzji), to rzuca na nie jednak nowe światło i uświadamia nam, jak są ważne. Choćby stwierdzenie,że: O atmosferze w domu świadczy jakość życia dorosłych. Owszem, wiemy o tym, ale czy nie jest tak, że właśnie ze względu na oczywistość tego stwierdzenia tak łatwo tym zapominamy, tak małą wagę do tego przywiązujemy, tak czasem bagatelizujemy, tak oddzielamy życie dorosłych domowników od życia dzieci?…
    Ja czytając „Twoją kompetentną rodzinę” miałam przed oczyma setki obrazków z życia mojej rodziny i nagle pukałam się w czoło myśląc:”Dlaczego ja o tym nie pomyślałam? Dlaczego zapomniałam, jaki to może mieć wpływ? Dlaczego nie policzyłam najpierw do 10?”.
    Zgadzam się z przedmówczynią farabą, która stwierdza, że „nigdy nie będzie dość książek mądrych i nigdy nie jest za mało uświadamiania nas rodziców, edukowania nas i przypominania, by wybić się z torów wychowania, którym nas uraczono.” Naszemu pokoleniu potrzeba czegoś, co pozwoli przełamać wychowawcze stereotypy wyniesione z własnego dzieciństwa. Oczywiście nie wszędzie były takie same, ale jednak w ogromnej większości opierały się na autorytaryzmie rodziców, na tym, że dzieci i ryby głosu nie mają, wreszcie na tym, że rzeczywiście ten „samolocik” trzeba było zjeść. Dobrze jest uświadomić sobie, ze to nie jest wcale jedyna droga, a już na pewno nie słuszna…
    Nie zgadzam się z tym, że to książka, do której nie chce się wracać! Ja, wielka sceptyczka wszelkiej maści poradników, w chwilę po przeczytaniu tegoż poczułam, że zechcę do niego zajrzeć jeszcze niejednokrotnie! Przede wszystkim ze względu na życzliwy ton, w jakim jest owa książka napisana, za otwartość, za to, że przypomina, co jest w rodzinie najważniejsze i za fakt, iż sprawy na pozór oczywiste przekuwa w mądrość. Bo czy nie jest tak, że te najprostsze rzeczy najwięcej wnoszą w nasze życie i najpewniej uszczęśliwiają?

  6. Ewa Ewa

    A ja w zupełności nie zgadzam się z tym stwierdzeniem, że „rodzice nie muszą być wiecznie na posterunku i wychowywać dzieci”. A właśnie, że obowiązkiem rodzica jest być w pełnej dyspozycji i na posterunku 24godz/dobę dla dziecka! Niekoniecznie trzeba zawsze interweniować, ale być „na posterunku”, mieć rękę na pulsie i kontrolę nad tym co się dzieje mieć musimy! W wielu sytuacjach takie „nie przeszkadzanie” dziecku kończy się tym, że rodzic nic nie wie o swoim dziecku a dziecko zabija kolegę bo mu zabawki nie dał (przykład, ale o takich sytuacjach się niestety słyszy się coraz częściej). Nie wychowujmy Drodzy Rodzice sierot posiadających rodziców!

    • Ewa Ewa

      P.s. Nie wiem czy mam ochotę zajrzeć do tej książki…

    • OlkaG OlkaG

      A ja się z Tobą nie zgodzę. Sądzę, że autor pisząc, iż „rodzice nie muszą być wiecznie na posterunku i wychowywać dzieci” nie miał na myśli tego, byśmy nie kontrolowali sytuacji i nie zwracali zupełnie uwagi na dziecko! Moim zdaniem Juulowi chodziło raczej o to, by dziecka tą kontrolą nie stłamsić, nie zadusić, nie być nadopiekuńczym. Mały człowiek, aby móc się w pełni rozwinąć potrzebuje jednak samodzielności, potrzebuje „powietrza”, możliwości poznawania świata i samego siebie bez ciągłego stania mu nad głową i patrzenia na rączki! Ja uważam, że własnie wielu rodziców popełnia ten błąd – uważają, że muszą interweniować bez przerwy, że dziecko sobie samo nie poradzi np. podczas sprzeczki w piaskownicy. Oczywiście: tłumaczenie jest potrzebne, niekiedy także interwencja, ale trzeba też dać szansę, by dziecko samo spróbowało czasami rozwiązać sytuację. Z doświadczenia wiem, że jeśli im się na to pozwoli, dzieci potrafią nas zadziwić swoim wyczuciem, empatią i rozsądkiem. I – uwierz – godzą się znacznie szybciej niż przy interwencji rodziców;)

      • Ewa Ewa

        W takich sytuacjach o jakich piszesz w 100% przyznaję Ci rację. Ja w swoim komentarzu miałam na myśli coś głębszego, nie takie przyziemne sytuacje, ale problem, który pojawia się gdy rodzice pozwalają na zbyt wielką „samodzielność” co zahacza o to, że przestają się dziećmi interesować bo przecież nie będą ich ograniczać czy kontrolować. Uważam, że rodzic powinien tak ogólnie trzymać kontrolę, rękę na pulsie czy jak to autor określa „być na posterunku” po to by dziecko miało świadomość i wiedziało, że w każdej sytuacji rodzic jest dla Niego, że w radości i w problemie może do Rodzica się zwrócić bo Rodzic po porostu jest na tymże właśnie posterunku… Uważam, że to daje dziecku poczucie bezpieczeństwa i zupełnie nie chodzi mi tu odbieranie dziecku samodzielności, wyręczanie go czy interweniowanie gdy sytuacja tego nie wymaga… Chodzi mi o podkreślenie więzi rodzic – dziecko, o bezpieczeństwo jakim mamy obowiązek dziecko otaczać oraz o jednoczesne wychowywanie śmiałego, pewnego siebie dziecka a nie „mamisynka”. Chciałabym by dziecko wiedziało, że cokolwiek się dzieje ja jestem obok, że nie jest pozostawione same sobie…

        • lady in red lady in red

          wszędzie gdzie spojrzę to juul…ja jakoś nie lubię takiej agresywnej reklamy…

  7. agnieszka agnieszka

    Jestem świezo po lekturze innej pozycji tego autora pt. „Twoje kompetentne dziecko” i chyba kupię pozostałe. Dla mnie tamta książka jest rewelacyjna i mam nadzieję, ze co do pozostałych też się nie zawiodę. Może dlatego, ze nie jestem nadmiernie oczytana w tej dziedzinie ;)… Ale np. wspomnianej tu pozycji pt. „Jak mówić… jak słuchac… ” nie byłam w stanie doczytac do 1/4, bo o ile 20 lat temu mogła być odkrywcza, to dzisiaj zawarte tam informacje dostępne są w każdej gazetce dla rodziców i są oczywistą oczywistością…
    Jesper Juul świetnie wyjaśnia przyczyny zachowań dzieci i ja, porównując sytuację znanych mi dzisiaj nastoletnich dzieci wychowywanych na określone sposoby i opisanych przez autora skutków tych stylów wychowawczych, po prostu wiem, że ma rację. Mam nadzieję, że pozostałe książki tego autora sa równie wartościowe.
    Na dokładkę: Duńczyków uważam za bardzo fajnych ludzi i tak sobie myslę, że autor trochę się do tego przyczynił ;)…

  8. Iga Iga

    Autor w każdej publikacji pisze o tym samym, uważam, że nie ma sensu tego kupować…za mało konkretów, za dużo sielankowych wizji

  9. Mama Mama

    Jesper Juul to kolejny autor, który niestety zarabia na lękach rodzicach. szkoda

  10. Dawid Dawid

    Ja lubię Juula. Chociaż nie podeszła mi jego książka dla ojców.

Zobacz również