Recenzja filmu Ki

Nie wie, co jutro przygotuje na obiad. Nie zastanawia się nad tym, czy za miesiąc będzie miała z czego opłacić czynsz. Nie przegląda ze swoim synkiem kolorowych książeczek, nie uczestniczy w wieczornych rytuałach. Przywdziewa wieczorowy strój i gdzieś pomiędzy malowaniem szminką ust i wykonywaniem telefonów do znajomych znajduje kogoś, kto poniańczy jej dziecko i zanim zdąży zaprotestować, za Ki zamykają się szybko drzwi i słuchać odgłos oddalających się wysokich obcasów.

Ki to dwudziestolatka z haczykiem, której obca jest stabilizacja. Wciąż gdzieś pędzi, nie potrafi usiedzieć w miejscu. Lubi bywać w popularnych miejscach, poznawać nowych ludzi i zmieniać miejsce zamieszkania. Nie może dojść do porozumienia ze swoim życiowym partnerem, więc któregoś dnia po prostu zabiera swój niewielki dobytek i wprowadza się do swojej koleżanki.

Macierzyństwo, które jej się przytrafiło jest niczym kałuża, w którą wdepnęła ulubionym butem

W świecie głównej bohaterki panują nieskomplikowane zasady, którym przyświeca motto ,,Jakoś to będzie”. Ona sama jest pasożytem, który żeruje na ludzkiej naiwności i miękkich sercach. Zachowuje się jak kukułka, która podrzuca swoje jajko ludziom, którzy w danej chwili napatoczyli jej się pod nogi. A wszystko to tylko po to, by opuścić swoje byle jak uwite gniazdo i nie myśleć o problemach codzienności.

Sposoby wyłudzania zasiłku od państwa opanowała do perfekcji. Dzięki sprzyjającym okolicznościom potrafi tak nagiąć rzeczywistość, że w oczach obcych figuruje jako  Matka Polka. I chociaż wydaje jej się, że sama udźwignie ciężar spoczywających na niej obowiązków z chęcią wyciąga dłoń po kieszonkowe od swojej rodzicielki i sporządza wniosek o wypłatę alimentów od ojca swojego dziecka.

Nie wie, czym jest wstyd, obce są jej wyrzuty sumienia. W prosty sposób udaje jej się zjednywać sobie ludzi i sprawiać, by byli częścią jej intensywnego życia. Na pierwszy rzut oka jest osobą, której numer telefonu warto mieć w swojej komórce, jednak traci przy bliższym poznaniu i gdy ktoś podaje jej swój palec, zachłannie sięga po całą dłoń.

Zupełnie nie odnajduje się w roli matki

Macierzyństwo, które jej się przytrafiło jest niczym kałuża, w którą wdepnęła ulubionym butem. Z taką plamą można żyć, da się do niej dorobić odpowiednią ideologię, ale ślad, który po niej pozostaje jest widoczny dla otoczenia, przed którym trzeba grać sprawdzoną rolę. Tak naprawdę Ki tylko pozuje- na uczelni, studentom podczas praktycznych zajęć z malarstwa oraz na co dzień, kiedy przywdziewa maskę niezależnej, przebojowej i beztroskiej kobiety.

Pewnego dnia wpada na pomysł, by zdemaskować kłamstwa swojego życia, by ujrzeć prawdę o samej sobie. Usiłuje nawet stworzyć coś w rodzaju dokumentalnego filmu, traktując go jak sztukę, godny uwagi performance.

W głębi serca nasza Ki zatrzymała się na etapie Piotrusia Pana, który na skutek zbiegu okoliczności oraz źle podjętych decyzji znalazł się w krainie do której ciężko mu się przystosować. Samej będąc jeszcze dzieckiem, niezwykle trudno jest być odpowiedzialną za człowieka, którego przez dziewięć miesięcy nosiła pod sercem. Jej synek, do którego zwraca się, jak w przypadku wszystkich swoich znajomych, w skrócie, obcinając dalszą część imienia, pozbawiony został domu, rodzinnej atmosfery z prawdziwego zdarzenia. Nie jest w stanie zrezygnować dla niego z wieczornego wyjścia, nie potrafi zapewnić mu opieki podczas swojej dorywczej pracy. Swoim zachowaniem nie daje mu pozytywnego przykładu, nie wpaja mu żadnych wartości. Dopiero w sytuacji, gdy czuje się zagrożona ze strony urzędników państwowych, inscenizuje przedstawienia, do których angażuje ludzi na których tak naprawdę jej nie zależy, których poświęcenia nie docenia…

Samolubna kombinatorka, która nie wyciąga wniosków, nie uczy się na własnych błędach w końcu po kolei traci osoby, które pozwoliły jej wejść sobie na głowę. Odchodzą od niej ci, którymi manipulowała, wciągała w swoje gierki.

Matka na samym dnie…

Choć w gruncie rzeczy jest mi jej żal, ponieważ wizja samotnego macierzyństwa w jej przypadku przyniesie zapewne opłakane rezultaty, czuję, że Kindze może pomóc wyłącznie stoczenie się na samo dno, wielka rewolucja w postaci ogromnego kopniaka od życia. Tak jak w przypadku alkoholika, który musi stracić wszystko, by zrozumieć, jaką wartość mają dla niego ci, których skrzywdził.

Patrząc na bohaterkę filmu coraz bardziej jestem przekonana do tego, że środki antykoncepcyjne powinny być reklamowane w publicznej telewizji. Ponieważ próba wytłumaczenia niektórym ludziom tego, że jeśli nie są gotowi na to, by założyć rodzinę, nie powinni powierzać swojego losu przypadkowi, często nie przynosi oczekiwanych rezultatów.

Dziecko zawsze się jakoś wychowa?

W naszym społeczeństwie funkcjonuje przeświadczenie, że niechciana ciąża nie jest tragedią, a dziecko zawsze się jakoś wychowa. Właśnie wokoło tego JAKOŚ krążą moje obiekcje. Niedojrzałej do roli matki Ki przez myśl nawet nie przeszło, że dla dobra własnego dziecka, nie swojego, najlepszym sposobem na zapewnienie mu opieki, bezpieczeństwa i stabilizacji jest oddanie go komuś, kto temu podoła z całym dobrodziejstwem inwentarza.

Takie skazywanie dziecka na dorastanie w przekonaniu, że jest niewygodnym bagażem, który z konieczności towarzyszy nam w życiowej podróży jest okrutne.

Nie wątpię w to, że Kinga na swój sposób kocha Piotrusia, ale sposób w jaki to okazuje, jest bardzo nieudolny. Czasami dopuszcza do siebie głos macierzyńskiego instynktu, ale kłóci się on z jej egoistyczną postawą.

Ki to beznadziejny przypadek, który nie ma żadnych pozytywnych perspektyw na przyszłość. To kobieta, która jest matką tylko z nazwy, z przypadku. Nieudolnie prześlizguje się między kolejnymi dniami, a gdy opuszcza ją jej ostatnia deska ratunku, współlokator, odgrywający rolę jej narzeczonego, dziewczyna z niedowierzaniem odkrywa, że może liczyć już tylko na siebie.

Mit o rodzicu

Czy Ki jest obrazem współczesnej matki, obalającej stereotypowy mit o rodzicielce, która dla dobra domowego ogniska poświęca swoją karierę, znajomych, osobiste pragnienia? Nie, jest wołającą po ciuchu o pomoc kobietą. Można ją naprowadzić na właściwą drogę, zamykając przed nią swój portfel i poświęcając czas na przeprowadzenie poważnej rozmowy.
Cóż więc mogę powiedzieć do osamotnionej w swych problemach bohaterki? Quo Vadis Ki? Twoje dziecko cię potrzebuje. Oprzytomniej, póki jeszcze nie jest za późno!

Uwaga! Powyższa porada jest jedynie sugestią i nie może zastąpić wizyty u specjalisty. Skonsultuj się z lekarzem.

Ewa, 27 lat. Na swoje szczęście czekała 5 zim. Stara się pogodzić bycie mamą z egoistycznymi przyzwyczajeniami. Czyta, szuka informacji, słucha rad doświadczonych mam, próbuje znaleźć złoty środek i wychować córkę na dobrego człowieka. Póki co, widzi małą kopię siebie, która sprawia, że pełną piersią, czuje, że żyje.

Komentarze

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.