„Pod presją”

„Według wszelkich znaków na niebie i ziemi, wychowujemy najbardziej okablowane, monitorowane i rozpieszczone pokolenie w historii. Ale czy to naprawdę coś złego? Po tysiącach lat prób i błędów może w końcu znaleźliśmy magiczny przepis na wychowywanie dzieci? Może to mikrozarządzanie w końcu się opłaci? Może wychowujemy najzdolniejsze, najzdrowsze i najszczęśliwsze dzieci, jakie świat kiedykolwiek widział?” zastanawia się Carl Honore prywatnie ojciec dwójki dzieci, niepozbawiony ambicji, by zrobić wszystko, aby wychować „cudowne dziecko”, utalentowane i przygotowane do mierzenia się z bardzo wymagającym współczesnym światem.

Czas, by zwolnić

„Pod presją” to kolejna książka londyńskiego dziennikarza i publicysty Carl Honore, który zadebiutował „Pochwałą powolności”, w której zwrócił uwagę na potrzebę zwolnienia tempa życia. Kolejna propozycja kierowana tym razem zwłaszcza do rodziców. „Pod presją” została przetłumaczona na 30 języków i stała się pozycją bestsellerową w wielu krajach.

Nadrodzicielstwo

Współcześnie coraz częściej mówi się o zmianach, jakie nastąpiły w wychowywaniu dzieci. Ich symbolem ma być wyniesienie dziecka na piedestał oraz zwracanie uwagi na każdy ruch, każdą potrzebę i każde choćby minimalne, wyimaginowane zagrożenie. Tak powstaje rodzicielstwo helikopterowe (nadrodzicielstwo), w którym rodzice stale krążą nad głowami dzieci

W Skandynawii mówi się żartem o rodzicach, którzy gorączkowo szczotkują lód, zanim dziecko postawi pierwszy krok. Na całym świecie zwraca się uwagę na przesadną dbałość o bezpieczeństwo dzieci (które nomen omen żyją w dużo bezpieczniejszym – paradoksalnie – świecie niż kiedykolwiek wcześniej), ich wyedukowanie, jak najwcześniejsze przygotowanie do życia, nauki, potrzebie poszukiwania talentów.

Rodzice na całym świecie poświęcają niemal każdą wolną chwilę na to, by ich trud wychowawczy się opłacił. Podporządkowują cały dzień pod „grafik dziecka”, rezygnując z własnych przyjemności, na bieżąco inwestując w pociechy i tym sposobem wkraczają w świat wiecznego pośpiechu spod znaku „zarządzania dzieciństwem”.

??????????Dzieciństwo jest zbyt cenne, by zostawić je dzieciom

W świecie, w którym liczy się każda sekunda, wielu rodziców odczuwa dziwny dyskomfort, gdy obserwuje bawiące się beztrosko dzieci. Z tyłu głowy kiełkuje myśl, że może tak „marnowany” czas można by było spożytkować w inny sposób? Lepszy?

Dlaczego to właśnie nie moje dziecko miałoby być trzyletnim wirtuozem, czy występującym w telewizji pięciolatkiem, który opanował do perfekcji sztukę szybkiego czytania? Czy pozwalając dziecku na swobodną, często pozornie „głupią” zabawę, nie odbieramy mu szansy, by stało się kimś szczególnie ważnym? A może dwa lata to już najwyższy czas, żeby maluch zaczął się uczyć liczyć, czytać nie tylko w ojczystym języku?

Niektóre media, eksperci sugerują bowiem, że chłonność małego umysłu jest tak duża, że jeśli nie wykorzystamy trzech pierwszych lat na stymulację, okres ten będziemy mogli uznać jedynie za stracony. A podobna szansa już się nie powtórzy…

Autor zwraca uwagę na nowy rodzaj dzieciństwa. Dawniej mówiliśmy o Dziecku Pracującym harującym na polu, a potem o Rewolucji Przemysłowej i w XX wieku Dziecku Wolnego Chowu. Dzisiaj zmierzamy się z epoką Dziecka Zarządzanego.

Zawsze na oku

Przekazy medialne muszą się sprzedać. To dlatego do granic możliwości opisuje się, powtarza i rozpowszechnia wszelkie przypadki porwań, gwałtów, zabójstw. To przyciąga przed ekrany widzów i czytelników. Czy to oznacza, że zabójstw, morderstw jest więcej? Autor sugeruje, że niekoniecznie. Tym bardziej, że dzisiaj mamy tę przewagę, że większość zbrodni jest ujawnianych, a przestępców ujmuje się i karze. Bezkarność jest dużo niższa niż było jeszcze kilkanaście lat temu.

Mimo to, współczesny świat każe nie tylko odgradzać place zabaw od ulic wysokim płotem, ale również do granic absurdu przygotowywać dom na przyjście dziecka: zabezpieczając narożniki, czyszcząc każdy kąt, stosując na każdym kroku płyn antybakteryjny, czy dezynfekujący. Istnieje potrzeba eliminowania każdego, choćby minimalnego ryzyka.

Rodzice zamiast pozwolić kilkulatkowi na zabawę na zewnątrz, wolą oddać dziecko pod opiekę innego dorosłego, wysyłając maluch na dodatkowe zajęcia. W ten sposób tworzy się rozkład dnia dla dzieci, który przyprawiłby o ból głowy niejednego dyrektora generalnego.  Nawet jeśli dzieci mają wolny czas, rodzice nie spuszczają ich z oczu. Autor zauważa, że od lat 70-tych przeciętna odległość, na jaką małym Brytyjczykom wolno się oddalić od domu zmniejszyła się o 90%.

Samodzielność i zarządzanie

Autor zwraca uwagę na konsekwencje mikrozarządzania dziećmi, usuwanie każdej kłody spod nóg, odbierania możliwości na chwilę nudy oraz planowania każdej sekundy. Nawiązuje do uwag doradców uczelnianych, którzy opowiadają o studentach, którzy w trakcie rozmów kwalifikacyjnych przekazują im telefony komórkowe ze słowami „Może proszę to ustalić z moją mamą”.

W świecie zachodu, gdzie sytuacja jest trochę inna niż w Polsce, dwudziestoparolatkowie nie opuszczają rodziców, mieszkają z nimi do 30-tki a nawet dłużej, nie dlatego, że ich nie stać na samodzielność, ale dlatego, że odpowiada im życie w świecie, gdzie wszystko kręci się wokół nich, a oni sami znajdują się w centrum: zawsze najważniejsi.

Carl Honore pisze: „Wyniesione na piedestał dzieci spodziewają się, że świat legnie u ich stóp i wpadają w złość, kiedy tak się nie dzieje”.

Co ja sądzę?

Po przeczytaniu, nie ukrywam, ze sporym zainteresowaniem „Pod presją”, po „odwiedzeniu” razem z autorem kilku różnych szkół, przeszkoli, w których ich założyciele starają się wyjść poza szereg i wprowadzić system, który by wyłamywał się spod potrzeby uczestnictwa w wyścigu szczurów oraz źle pojętej ambicji, mam wrażenie, że zagrożenie jest spore. Co prawda jeszcze nie tak silnie jak w świecie zabieganego Londynu, ale tendencja jest jasna i co grosza propagowana i popierana jako „ta właściwa” przez wielu ekspertów.

Zgadzam się, że nadopiekuńczość jest równie groźna co brak uwagi ze strony rodziców. Zgadzam się również z tym, że  łatwiej dziecko wysłać na kilkanaście zajęć pozalekcyjnych niż spędzić z nim wspólny czas na odpoczynku, zabawie, spontanicznej, a nie zarządzanej, podczas której patrzy się ze zniecierpliwieniem na zegarek. Tak samo jak łatwiej założyć dziecku (czy to dosłownie czy w przenośni) dziesiątki ochraniaczy na nogi i ręce, zamiast pozwolić się nauczyć, że nieostrożność kończy się bólem kolana…

Zbyt wielkie skoncentrowanie na dziecku nie jest dobre ani dla rodzica, ani tym bardziej dla dziecka. Warto czasami, jak sugeruje autor, dać dzieciom (i tym samym sobie) święty spokój.

Dziękujemy Drzewu Babel za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego książki.

 

Uwaga! Powyższa porada jest jedynie sugestią i nie może zastąpić wizyty u specjalisty. Skonsultuj się z lekarzem.

Kobieta, żona, matka. Po krótkim zastanowieniu - właśnie w takiej kolejności. Nie lubi przesady oraz forsowania tylko jednego trendu w wychowaniu.

Komentarze

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

  1. ona ona

    Znajomi mają dwulatkę, chodzi już na 3 zajęcia dodatkowe: baby jogę, angielski i coś plastycznego, chyba garncarstwo… dla mnie to juz przesada

  2. HelowaMama HelowaMama

    Ja też nie jestem zwolenniczką planowania każdej sekundy i poświęcania każdej sekundy dziecku. Znam maluchy, które co prawda potrafiły czytać w wieku trzech-czterech lat, ale za to do tej pory nie potrafią pobawić się SAME. Moja półtoraroczna córka właśnie układa wieżę z klocków a ja piję kawę i udzielam się…tu. Rozpiera mnie duma:)

  3. monika06 monika06

    zajecia dodatkowe dla dziecka ok-w koncu my rodzice tez potrzebujemy czasami odpoczac- tylko z umiarem i w zgodzie z wiekiem i rozwojem dziecka;)
    presje wywiera na nas samo zycie, kazdy chce zeby jego dziecko bylo lepsze, madrzejsze i samo naj, naj, naj. Bedac ostatnio z corka w kulkolandzie zasiadlam na kanapie obok 3 mam podziwiajacych i wychwalajacych swoje pociechy, dalo sie wylapac same och i ach. po kilku minutach tej monotoni wolalam dolaczyc do dziecka i meza i choc przez chwile zapomniec o calym swiecie i najnormalniej w swiecie poczuc sie jak dziecko;)

  4. KINIA KINIA

    Dobrze by było przeczytać :)

  5. Ania Ania

    Zauważam to u matek dzieci, które chodzą do przedszkola wraz z moją pociechą. Po przedszkolu od razu na lekcje fortepianu, basen lub angielski. Do szkoły przychodzą z tabletami i netbookami, co dla kilkuletnich dzieci raczej nie jest dobre. Dzieci w drugiej klasie podstawówki mają telefony komórkowe. Nie wiem do czego ten świat zmierza. Ja jakoś nie miałam tych wszystkich zajęć i udogodnień. A dzieciństwo miałam cudowne

    • Dorota Dorota

      Hmm…no właśnie. Jeszcze nie jesteśmy na tym etapie, córka idzie do przedszkola we wrześniu, ale już dzisiaj zdarza nam się obserwować skraje podejścia do tematu. Znajomi rówieśniczce Oliwce kupili tablet ;)