Ostatnie 4 tygodnie ciąży – wspomnienie wieczności

W każdej niemal szkole rodzenia prowadzące zalecają mieć przygotowaną torbę do szpitala dla siebie i dziecka już na 4 tygodnie przed wyznaczonym terminem porodu. Tłumaczą to tym, że od 36 tygodnia ciąży „nie znamy dnia ani godziny”, kiedy nasze dziecko postanowi wyjść na jasną stronę brzucha.

Każda jednak kobieta ciężarna wie, że wspomniane 4 tygodnie ciągną się jak wieczność. Czemu? Ano, cześć z nas właśnie wtedy postanawia przejść na zwolnienie lekarskie i odpocząć od pracy, części nasilają się z każdym dniem skurcze przepowiadające, części z dnia na dzień rośnie niewyobrażalnie brzuch, a część zwyczajnie się nudzi, bo: dom posprzątany, bieżące sprawy (często i te zaległe również) już załatwione, wspomniana torba spakowana, pokoik przygotowany.

Pozostaje czekanie, wsłuchiwanie się we własny organizm. Z każdym kolejnym tygodniem zaczynamy się coraz bardziej niecierpliwić. Każda z nas nie może się już doczekać aż zobaczy swoje maleństwo na własne oczy, aż przytuli. Niektóre kobiety boją się porodu i to on przesłania im pozytywne myśli na temat ujrzenia malca. Za to snują wyobrażenia na temat przebiegu porodu, pęcherza płodowego, skurczy partych i innych. To nie tylko odbiera przyjemność oczekiwania i tłamsi tę nutkę ekscytacji, ale przede wszystkim wprowadza chaos w głowę ciężarnej, czasem doprowadza do paniki.

Czy da się temu zaradzić? Raczej trudno. I trudno też się dziwić przyszłej mamie, że ma już dość. Dolegliwości spowodowane dużym brzuchem nasilają się, codzienne czynności stają się zmaganiem z Himalajami na boso, ruchy dziecka powoli przestają być przyjemne, a stają się bolesne, ciało zaczyna odmawiać współpracy, boli kręgosłup, puchną nogi, często pojawiają się bóle w stawach.

W moim przypadku było i podobnie i inaczej jednocześnie. Ostatnie 4 tygodnie mogłabym podzielić na 2 części. Od 36 do 39 tygodnia minęły mi szybko. Wreszcie zaczęłam się szykować, przygotowywać torbę. Starałam się wykorzystać ostatnie chwile kiedy mogę gdzieś wyjść, spotkać się w większym gronie, kiedy mogę „sprzedać” Łucję dziadkom i wyskoczyć z mężem do kina, na obiad czy spacer, tylko we dwoje. Przez najbliższe miesiące nie będę miała takiej okazji. Te tygodnie minęły mi szybko. I mimo iż skurcze dokuczały mi mocno, nie mogłam już podróżować nigdzie dalej, bo wymuszona pozycja ciała podczas jazdy doskwierała mocno, to jednak czułam ostatni powiew wolności, energii. Wspomagana byłam pomocą teściów i mamy, więc łatwiej mi było w opiece nad Łucją, która korzystając z letnich dni, całe dnie spędzała na dworze, codziennie zdobywając nowe doświadczenia i umiejętności. Niezwykle miło mi było patrzeć jak uczy się co i raz czegoś nowego, jak na placu zabaw bawi się z innymi dziećmi, jak jest uśmiechnięta i szczęśliwa. Ja jej tych chwil dać nie mogłam, bo nie miałam na to sił.

Basia okazała się dość wrednym osobnikiem. W ostatnich tygodniach postanowiła zacząć spać na moich płucach. Skończyło się to tym, że podczas kilku nocy obudziłam się z bezdechem, ledwie łapiąc powietrze. Jednej nocy tak umiejętnie wpasowała się na płucko, że nie mogłam spać, do tego rano prawie zemdlałam. Efekt? Wizyta u lekarza internisty z dusznościami w klatce. Ten widząc ciężarną w 38 tygodniu, zadzwonił po karetkę, która miała odwieźć mnie do szpitalnego oddziału kardiologicznego. Tam dowiedziałam się, że nie powinnam do nich trafić, bo jako ciężarna zgłaszam się wyłącznie na patologię ciąży. I tak od Annasza do Kajfasza wyszło, że zatorowości płucnej nie mam, jedynie tętno zawałowca i częstoskurcz. Nie mniej odwiedziłam również szpital położniczy, gdzie upewniłam się, że cała akcja nie spowodowała niedotlenienia u dziecka. Uff.

2 tygodnie przed terminem udałam się ze skierowaniem na ktg do szpitala. Tam dowiedziałam się, że do porodu mam „hen hen”… Brzuch ciążył, sił brakowało, skurcze męczyły. Ja chciałam JUŻ, a nie za „hen hen” ! Pani doktor zasugerowała, że może postarać się mi pomóc, abym urodziła wcześniej niż „hen hen”. Podczas badania jednak stwierdziła, że jej starania na nic się zdadzą i odesłała mnie z kwitkiem do domu.

W ostatnich 4 tygodniach często odwiedzałam szpitalną Izbę Przyjęć. Jako wieloródka (bo na taki status teraz zasłużyłam) powinnam do tej ciąży podejść ze znacznie większym dystansem, a wręcz ignorowaniem wielu sygnałów. Tymczasem to właśnie w tej ciąży panikowałam i niczego pewna nie byłam. Prawdopodobnie spowodowane to było przejściami w I trymestrze, krwotokiem, błędną diagnozą i nerwami jakie wówczas mi towarzyszyły. To właśnie z Barbarą niczego pewna nie byłam. Czy skurcze, jakie mam to TE skurcze, czy nie? Czy ruchy mam odpowiednie? Czy nie jest ich za dużo/za mało? Dziecko było nisko usadowione, więc jak byłam w samochodzie dopadała mnie fobia, że może uszkodzę dziecko, że będzie niedotleniona, albo ją zdeformuję. Paranoje mi towarzyszące, nie były charakterystyczne nawet dla Pierworódki. Z jednej strony zdawałam sobie z tego sprawę, z drugiej jednak nie potrafiłam tego myślenia w porę wyłączyć. Wszak w tej ciąży ciągle coś się „działo”…

Potem nastał ostatni tydzień. Spałam już na siedząco, co by Basia mnie i siebie przy okazji nie udusiła. W dzień starałam się leżeć, ale utrudniała to skacząca po mnie Łucja. Koniec końców ostatni tydzień spędziłam w dużej mierze na krześle, gniotąc sobie niemiłosiernie brzuch.

Termin wyznaczony miałam na 17 września, a więc poniedziałek. Nic. We wtorek udałam się na ktg do szpitala z nadzieją, że usłyszę, że to już. Ta sama pani doktor co 2 tygodnie wcześniej stwierdziła to samo: „hen hen”. Zważyła dziecinę i okazało się, że jest kruszynką ważącą zaledwie 3300g. Po zapoznaniu się z kartą ciąży, zasugerowała mi, żebym w razie skurczy czy jakichkolwiek symptomów porodu szybko uwinęła się z przyjazdem, bo dziecię może mi „wypaść” po drodze i mogę nie zdążyć dojechać. Zasugerowała się tym, że zaledwie 15 miesięcy wcześniej urodziłam koloska 4180g i tym razem może mi pójść znaaaacznie szybciej. Pani doktor, widząc moją posmutniałą miną, powiedziała, że postara się mnie tak zbadać, żebym nie czekała z porodem kolejnych 2 tygodni, ale z moim „przygotowaniem” to i jej badanie może sobie nie poradzić. Z taką to diagnozą, zawiedziona zupełnie i po całej linii wróciłam do domu.

Kolejna szansa na dobre wieści uszła razem z usłyszanym „hen hen”.

Nadzieję znów się odrodziły we czwartek 20 września, kiedy to miałam naznaczone kolejne ktg. Myślę sobie: mam urodziny. To idealny dzień na dobre wieści. Młody pan doktor, wyglądem przypominający posła Roberta Biedronia potwierdził owe Hiobowe „hen hen”, dając jednak nutkę nadziei, mówiąc, że „coś drgnęło”. Dodał niestety, że ów stan może zarówno wskazywać na poród za godzinę (och, jak byłoby cudownie!) jak i za 5 dni. Załamana zupełnie wróciłam do domu.

No i nadszedł piątek. Od rana przepełniona byłam ogromną nadzieją. 21 września, piękna data, swoisty anagram (21-9-12), do tego piątek „weekendu początek”. Tak, to dziś chcę urodzić (wspomnę jedynie, że powtarzałam to sobie codziennie, już od miesiąca). Mąż pracuje w domu, ja mam pod opieką córkę, która od bladego świtu bawi się w piaskownicy, siedzę na 30-centymetrowym taboreciku i lepię z nią babki. W międzyczasie spotykam kilka sąsiadek. Swojsko.

Co siądę, to łapią mnie skurcze. Nie reaguję, bo to dość normalne, że dostaję skurczy, siadając na tak niskim taborecie, zginając się tym samym w pół. Koło południa zaczęły mnie łapać skurcze nawet w pozycji półleżącej. Mąż zasugerował notowanie. I tak wypadały one co 10 min, co 20 min, potem przerwa 40 min. Różnie. Przez ostatnią godzinę mąż przewertował notatki ze szkoły rodzenia i zaordynował mi NO-SPĘ. Powiedział, że albo mi skurcze przejdą, albo się uregulują. Stopniowo zaczęły się regulować. I tak koło 13:30 występowały co 10 min. Były jednak tak słabe i krótkie, że nie traktowałam ich jak porodowych.

Nie mniej postanowiliśmy z mężem jechać do szpitala, aby się upewnić. Założyliśmy, że jak nas wyśmieją, to trudno. Koło 15 odstawiliśmy Łucję pod opiekę do mamy i udaliśmy się do zaprzyjaźnionej już Izby Przyjęć. Tam pani doktor z dostojną miną stwierdziła, że to jednak są TE skurcze, ale że akcja porodowa jest w powijakach. Nie mniej przyjmą mnie. Ktg trwające ponad 40 min potwierdziło występowanie skurczy. Najdziwniejsze było dla mnie to, że te skurcze były słabe i krótkie. Z ostatniego porodu pamiętam jak łamały mnie wpół… Po 17:30 udaliśmy się do sali porodowej. Już w progu uderzył mnie luksus tamtego miejsca. Sama sala miała 40 – 50 metrów. Wydzielona w niej była łazienka, a w niej wszystko – prysznic, bidet. W Sali kosmiczne łóżko, worek, piłki, wanna do immersji, jakieś liny zaczepione do sufitu, drabinki, nawet stolik z 2 fotelami i radio. Luksus mnie przytłoczył. Przyszła położna i wskazała szafki na rzeczy, zaleciła, abym się przebrała i ją zawołała. Wykonałam polecenia.

Była już 17:50. Położna się przedstawiła i powiedziała, że do 19:00 będzie ze mną „pracowała”. Powiedziała, że mają mały kryzys i przyjdzie mnie zbadać ok. 18:15. Wyszła. W tym momencie jakby mnie ktoś kijem uderzył pod kolanami. Dostałam takiego skurczu, że o mało nie padłam na podłogę. Od tego momentu takich skurczy dostawałam co 1,5 minuty! Przyszła położna, stwierdziła 3 cm. Wtedy wpadłam w panikę. Jak to 3 cm jak mam skurcze co chwila? Przecież do 10 cm to zdążę umrzeć z 10 razy ! Podłączyła ktg. Reszta potoczyła się jakby poza mną. W pewnej chwili dotarł do mnie komunikat, że rodzę. I tak, w najdziwniejszej pozycji świata, urodziłam Basię o 18:40.

Tempo porodu tak nas z mężem zaskoczyło, że stwierdziliśmy, że czujemy się zawiedzeni. Byliśmy przygotowani na całonocną walkę, a tymczasem było jeszcze widno. Czułam się tak dobrze, że pod prysznicem stwierdziłam, że mogę już wracać do domu. Zaskoczenie trwało kilka godzin. Potem emocje nieco opadły i ogarnął nas sen. I tak od piątkowego wieczoru w naszym życiu pojawiła się kruszynka, Barbara.

Wiecie co jest w tym wszystkim najpiękniejsze? Mogę znowu spać na brzuchu!

Uwaga! Powyższa porada jest jedynie sugestią i nie może zastąpić wizyty u specjalisty. Skonsultuj się z lekarzem.

Mam na imię Julia. Jestem mamą dwóch żywiołowych księżniczek - Łucji i Barbary. Biorąc pod uwagę najnowsze trendy jestem mamą z innej planety. Kocham swoje córki i właśnie dlatego stosuję dyscyplinę, okazuję miłość, ale też niezadowolenie. Uprawiam wariactwa, kiedy jest na to pora, a kiedy trzeba odsuwam je na bok żeby zrobić obiad czy wypić kawę. Nie stosuję tzw. bezstresowego wychowywania, bo jego "efekty" widziałam (i widzę) i odczułam w pracy zawodowej (od prawie dekady uczę dzieci w różnym wieku – od przedszkola po liceum i dorosłych, z różnych środowisk). Wychodzę z założenia, że człowiek musi poznać życie żeby wiedzieć z czym będzie się mierzył przez następnych kilkadziesiąt lat.

Komentarze

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

  1. kinia kinia

    Pamiętam, jak mnie denerwowały pytania, dziwne komentarze w ostatnim miesiącu. ten czas ciągfnął się jak guma…

  2. Ewa Ewa

    Moje ostatnie 4 tygodnie spędziłam na patologii ciąży, pojechałam na kontrolne ktg i już do domku nie wróciłam… Dopiero po miesiącu z Córką już. Czas ciągnął mi się niemiłosiernie. Leżałam, leżałam i leżałam… Przeczytałam 6 książek i oglądałam tv, bo cóż innego można robić w szpitalu :( Skurcze miałam przez 3 tyg co drugi dzień tak średnio i o dziwo były one bardzo regularne, bo najpierw co 15 minut ( o sile 120 na zapisie) a już później co 10 minut i tak mnie badano co chwila czy to już czy nie… Córcia była drobiazg więc nie chciano nam za szybko pomagać i tak czekałam do 1go dnia 38tc… Gdy już mi ordynator określił, ze 10 marca idę „na górę” (czyli na porodówkę) czas zwolnił jeszcze bardziej, ale przynajmniej wiedziałam kiedy mnie czeka to wszystko. Dzień przed wieczorem na obchodzie usłyszałam od młodej Pani Dr, ze mam nie nastawiać się że jutro urodzę bo to tylko będzie próba wywołania porodu i że pewnie na obiad wrócę z powrotem na patologię… I tak się popłakałam,że gotowa byłam wyjść na własne żądanie… Ale na szczęście dnia następnego owa „próba wywołania porodu” zakończyła się sukcesem i wszyscy byli wielce zdziwieni, że pierworódka rodziła 2h40 min… :) i już byłyśmy razem z Moją Kruszynką :)))))

    • Dorota Dorota

      Tak, ciąża to stan mityczny, który trwa zdecydowanie za długo…;) Chociaż mi osobiście się chyba dłużył jedynie ostatni tydzień. W ciąży czułam się generalnie nie najgorzej. A ostatnie dni przed porodem to z tego co pamiętam jedynie wahania nastroju…

    • Dorota Dorota

      Na szczęście mnie patologia ciąży ominęła, a słyszałam na jej temat historie mrożące krew w żyłach…

  3. OlkaG OlkaG

    Oj tak, zdecydowanie, ostatnie 4 tygodnie ciąży dłużyły się niesamowicie! Szczególnie, że córkę urodziłam 3 tygodnie przed czasem i w sumie nie było mi dane zaznać tego wyczekiwania na rozwiązanie. Z synkiem więc przeżyłam to po raz pierwszy. Urodziłam 5 dni przed terminem, a czułam się jakbym urodziła miesiąc po:)

  4. Paula Paula

    Rzeczywiście jest chyba przyjęte, że za drugim razem to już łatwiej, a nie zawsze. Ciekawe, że będąc w 38,5 tygodnia odczuwam podobne skurcze co autorka od 2 tygodni, nie mogę czasem przez nie spać i tylko ruszenie się z łóżka i chodzenie(wtedy skurcze nikną) jest jedynym wyznacznikiem, że to jednak nie poród. Zdziwiła mnie tylko ta no-spa – mi lekarka w ogóle jej nie doradzała (bo „przecież skurcze muszą być, żeby urodzić!”), tylko kazała brać od 36 tyg. asparginian (jony magnezu i potasu). Nie widzę, żeby to miało jakiś wpływ na skurcze…Jednak ciąża rzeczywiście za długo trochę trwa, na finiszu jest ciężko, a jak się ma jeszcze małe drugie dziecko na głowie, to naprawdę hard core, także wielki szacun dla wieloródek

  5. szaroczek szaroczek

    Artykułu nie czytałem a o „Autorze artykułu” przeczytała mi żona. Chcę, żebyś widziała, że nie zostałaś na tym świecie jedynym „złym i wyrodnym” rodzicem. Spodziewamy się właśnie pociechy i, jeśli na świecie nie ma już innych „złych i wyrodnych” rodziców, to jeszcze ja wraz z żoną także stanowczo planujemy stać się „złymi i wyrodnymi” rodzicami. Co budzi mój szczególny do Ciebie szacunek to fakt, że potrafisz odważnie i publicznie zadeklarować swoje „zepsucie”. Z żalem wyrażę przeświadczenie, że jesteśmy wymierającym gatunkiem, czego skutki nasza cywilizacja już odczuwa, a będzie już tylko gorzej. Z wyrazami głębokiego szacunku – Wojciech.

    • Julia Julia

      Wojciechu drogi. Trzymam kciuki za Was, przyszłych Rodziców abyście byli takimi rodzicami,którzy działają dla dziecka, a nie uginający się pod presją bogactwa półek sklepowych czy roszczeniami ze strony innych rodziców. Będzie trudno, zapewniam od razu. Nie jest łatwo żyć w poprzek do dzisiejszego świata. Może wyjdzie to naszym dzieciom na dobre, a może nie. Nie wiem, czas pokaże.
      W razie gorszych dni, proszę pisać. Cała Redakcja z chęcią wesprze Młodych Rodziców chcących wychować własne dziecko wg własnych zasad i wytycznych, a nie podług porad psychologów.
      Trzymam kciuki, życzę wytrwałości i przespanych nocy oraz współpracującej z Wami INTUICJI :)

      • Johnette Johnette

        ^PRECISION : le mercure étant interdit dans la fabrication des écrans LED, ceux-ci ne sont plus protégés des champs éqiatromcgniételues, ce qui occasionne des pannes irréversibles aux niveaux des pixels (barres sur écran, non pris en charge dans les garanties).

  6. pszczółka pszczółka

    obecnie jestem na przełomie 35/36 tyd tzn w 12.07.2013 zacznie mi się 36 dłuży mi się nie samowicie to samo miałam w pierwszej ciąży tyle , że Patrysie rodziłam w styczniu i nie odczuwałam tak tych opuchniętych nóg i tego ciężaru ponieważ teraz to mam tylko brzuszek wielki jak balon który mam wrażenie , że zaraz eksploduje no ale pan doktor powiedział , że synuś będzie dużo większy niż jego siostrzyczka. A wiec pierwszy poród masakra 16 godzin na porodówce podłączona pod ktg , termin miałam na 11.01.2011 10.01 2011 wizyta u lekarza odesłał na s z kwitkiem nic się nie dzieje godzina 2 w nocy oho cos się zaczyna dziać skurcze nieregularne godzina koło 8 jesteśmy w szpitalu mój lekarz akurat kończy dyżur proszę go żeby mnie jeszcze zbadał śmieje się i mówi , czy się przestraszyłam i przyjechałam ale stwierdza również , ze do wieczora powinno się cos wyklarować przyjmują mnie na oddział koło godziny 17 zaczynają mi się sączyć wody odchodzi czop 15 minut później czując parcie na pęcherz wstaje w celu udania się do toalety niestety chlupnęło ze mnie jak by ktoś wiadro wody wylał dziwne uczucie dobrze , ze byłam już w szpitalu po godzinie 17 na porodówkę podłączają ktg po kilku godzinach zastrzyk w podwójnej porcji nic nie daje w miedzy czasie przychodzi lekarz i robi mi masarz szyjki największemu wrogowi tego nie życzę później oksytocyna zaczyna działać po kilku godzinach cała noc z głowy co chwile ktoś przychodzi patrzy rodziłam z moja siostra całe szczęście ze zmieniła się położna która już w tych największych skurczach pozwoliła mi choć na chwile wstać kucałam jak mnie brał największy ból może trochę pomogło sama nie wiem ciągnęło mi się niemiłosiernie ale w końcu o godz 8:47 12.01.2011 moja córcia była już z nami na pocieszenie powiedziano mi , ze to cały tatuś . Mam nadzieję że drugi poród będzie lżejszy

  7. MartaB MartaB

    Ja czekalam porodu jak zbawienia…nie mialam pzykrych dolegliwosci, jednak nie moglam sie doczekac chwili gdy zobacze malenstwo, urodilam tydzien po terminie…z wielka nostalgia wspominam ten czas, chociaz minelo dopiero 10 miesiecy od porodu.Czytajac te wszystkie posty, mam spodziewajacych sie dziecka , myslac o takim slodkim noworodku, zaczynam powaznie zastanawiac sie nad drugim dzieckiem :))) Zatesknilam!!

  8. Kasia Kasia

    Jestem tydzien przed terminem porodu. Czuję się marnie. Bombardują mnie okropne lęki i niemoc fizyczna. Do tego od kilku tygodni jestem na zwolnieniu i mocno odczuwam brak pracy i zwiazanej z nią byciem potrzebnym. Wypoczywanie mnie frustruje a na prace nie mam siły. Obłęd. Artykuł podniósł mnie na duchu. Bardzo przyjemny. Sama tez pracuje z dziećmi juz pare niezłych lat i mam podobne poglady na temat wychowania jak koleżanka. Pozdrawiam! Kasia

    • Flip Flip

      Hey – good weblog, simply looking around some blogs, seems a fairly good platform You Are using. I’m currently utilizing Drupal for a few of my websites however seeking to change one in all them over to a platform very a lot the identical to yours as a trial run. Anything spciefically you’d suggest about it?

  9. Agnieszka Agnieszka

    Najstarsza urodzila sie przed torba, 6 tygodni wczesniej. Pojechalam do szpitala z pizama. Reszte mi dowozili sukcesywnie. Juz z chlopakami bylam spakowana na 2 miesiace przed terminem… dla spokojnej glowy mej tylko I wylacznie :)

  10. ewa ewa

    Starszy syn urodził się w 36 tgc. Dwa dni po spakowaniu torby do szpitala

  11. Hakala Hakala

    Ostatnie tygodnie dłużą się niesamowicie. W 36 tygodniu dostałam plamienia (różowe). Było tego dość sporo, a że to moja pierwsza ciąża, troszkę się wystraszyłam. Z mężem pojechaliśmy do szpitala. Ktg, USG, badanie przez pochwę. Okazało się że mam 2cm rozwarcia i odchodzi mi czop. Z powodu braku innych oznak porodu, odesłali mnie do domku, a gdyby coś mnie niepokoiło, mam się zgłosić. Póki co nic, a w środę zaczynać się będzie nasz 40tc. Dzidzia się rusza, jakieś skurcze są, ale myślę że to tylko przepowiadające, bo nie są regularne i zbyt bolesne…

    Jakieś 3 dni temu nagle rozbolały mnie krzyże. Ból nasilał się przy tych moich skurczach, które jednak nadal nie były regularnie i nie częstsze niż co 20 minut.
    Po średnio przespanej nocy, rano wszystko ustało. I tak do dziś nic prócz lekkich skurczy i ruchów dziecka nie czuję…

    Psychika mi już siada. Wolałabym być już po, szczególnie że co chwila ktoś pisze lub dzwoni żeby sprawdzić jak się czuję i czy czasem już nie urodziłam. Mam dość i wielką nadzieję, że mała nie każe już na siebie zbyt długo czekać, bo chyba się wykończę…

Zobacz również