Za moich czasów… (felieton w obronie gimbazy)

Za moich czasów  dzieci były inne, kobiety ubierały się skromniej, mężczyźni byli bardziej męscy, nie było tylu chorób, katastrof lotniczych… każdy z nas jeśli nie wygłaszał takiej opinii, to przynajmniej ją słyszał. Obrywa się wszystkim-dzieciom, kobietom, nastolatkom, dorosłym. O ile tego typu krytyka jest całkowicie zrozumiała i niegroźna, jeśli pada z ust staruszek nierozumiejących dzisiejszego świata i nieodnajdujących się w nowych realiach, o tyle zadziwia i śmieszy, kiedy słyszę ją z ust dwudziestokilkulatków.

My, dzieci końca lat dziewięćdziesiątych, wychowani przez podwórko i trzepaki… bzdura! Większość z nas miała gry komputerowe (stary poczciwy Pegasus  nie zrobiłby dzisiaj wrażenia na posiadaczach nowoczesnych konsoli, ale kiedyś był absolutnym hitem), wcinała chipsy i słodycze bez umiaru (bo umiar w podawaniu cukru dzieciom to stosunkowo nowy wynalazek) i popijała colą. Robiliśmy dokładnie to, co robią dzisiejsze dzieciaki .

…dzieci były bardziej samodzielne.

iStock_000007640794XSmallOwszem. Ale nie było to ich zasługą. W świecie pozbawionym zmywarek, gotowych półproduktów, niemnącej się bawełny i samopołyskowych past do podłogi, matki miały dużo pracy. Wypuszczenie dziecka na podwórko gwarantowało czas i możliwość podołania obowiązkom domowym. A dziecko nabywało umiejętności pracy zespołowej oraz samodzielności. Dlaczego dzisiaj nie da się tego powtórzyć? Ponieważ większość z dzisiejszych podwórek to tak naprawdę parkingi.

Pamiętam, że jako dziecko grałam w klasy na ulicy. Zdarzało się, że nadjeżdżający samochód przerywał rozgrywkę, ale zważywszy na częstotliwość, była to drobna niedogodność. Mieszkałam wówczas w dużym mieście. Dzisiaj mieszkam na wsi, kilkaset metrów od mojego bloku znajduje się szkoła. Na odcinku dwóch kilometrów stoją cztery przydrożne krzyże. Pijani kierowcy, nastoletni piraci.

Nic dziwnego, że matki nie wysyłają dzieci samych na osiedlowe podwórka. Dołóżmy do tego dostęp do informacji- psychopaci i pedofile istnieli zawsze. Nie ma ich dzisiaj więcej niż przed laty, jednak każdy przypadek jest rozdmuchany do granic absurdu (nic nie podnosi oglądalności tak bardzo, jak krzywda dziecka).

Nasłuchawszy, naczytawszy i naoglądawszy się trzystu materiałów o jednym i tym samym zwyrodnialcu, przeciętna matka ma wrażenie, że psychopatyczny morderca albo ksiądz-pedofil to norma! Czai się taki na każdym kroku, trzeba więc dziecko zamknąć w domu na cztery spusty, żeby było bezpieczne!  Dzieci nadal są takie same jak przed laty- są samodzielne na tyle, na ile pozwalają im na to dorośli.

… miały więcej wyobraźni.

To również nasza zasługa. Stymulujemy i edukujemy 24 godziny na dobę. Zapomnieliśmy, że najlepsze i najbardziej kreatywne zabawy rodzą się z… NUDÓW. Pozwólmy dziecku się znudzić, zamiast podtykać coraz to nowe zabawki i gadżety. Pozwólmy na samodzielną zabawę „byle czym”.
Współczesny rodzic pogubił się i dał się zwariować reklamom i modzie. Kupujemy na potęgę- wszystko dla rozwoju dziecka. Czy to znaczy, że niegdyś dzieci się nie rozwijały? Wyobraźcie sobie, że przed laty dzieci …raczkowały same z siebie! Nie trzeba było „walca do nauki raczkowania” za 100 złotych. Mało tego, WIDZIAŁY bez stymulacji noworodka arcydrogimi nowoczesnymi biało-czarnymi karuzelkami na łóżeczka. Nazw części ciała uczyła malucha mama, która podczas kąpieli tłumaczyła: a teraz myjemy Piotrusiowi nogę, rękę, cokolwiek innego. To samo z kolorami. Dzisiaj potrzeba do tego robo-zabawki, najlepiej skrzeczącej w pięciu językach, kiedyś starczała trawa, słońce, niebo i kolorowe kwiaty w ogrodzie. I mimo  braku zaawansowanej technologicznie stymulacji rozwoju od pierwszej sekundy życia,  ludzkość istnieje. Mało tego, mamy prąd, antybiotyki, latamy w kosmos i przeprowadzamy operacje na otwartym sercu. I pomyśleć, że Pasteur i Balzac nie mieli Szczeniaczka Uczniaczka!

… nie były takie chorowite.

Tak, ponieważ te najbardziej chorowite nie miały szans na przeżycie. Dzisiaj mamy wpływ na dziecko już w okresie płodowym-podtrzymujemy zagrożone ciąże, zdeterminowane kobiety spędzają miesiące w pozycji leżącej, aby ratować życie malucha. Kiedyś, wszystkie „słabe” ciąże rozwiązywały się w sposób naturalny. Dzisiaj ratujemy wcześniaki, które często wymagają wieloletniej rehabilitacji, leczenia. Nowotwory, alergie tych też wyjątkowo dużo, ale to już w dużej mierze wina  cywilizacji. Zresztą, w każdej chyba rodzinie funkcjonuję smutna opowieść o dziecku, które przed wielu laty zmarło zupełnie bez powodu, albo z powodu, który raczej nie przekonałby dzisiejszego lekarza: wieczorem napiło się brudnej wody z kałuży, a rano już się nie obudziło, zjadło kawałek ciepłego drożdżowego placka itd. Najprawdopodobniej zmarło z powodu choroby, którą dzisiaj dobrze znamy, a kiedyś  jej „nie było”.

…  były grzeczniejsze.

Nie były. Często za to dostawały lanie i bały się gniewu rodziców, w związku z czym psociły w ukryciu. Zapytaj dziadka, ojca, wujka. Może znajdą odwagę, by przyznać się do najlepszych „numerów”. A może Ty masz odwagę przyznać się do swoich?

…i lepiej wychowane.

No ten zarzut śmieszy mnie najbardziej. Jaka wina dziecka w tym, że rodzice nie wpoili mu zasad dobrego wychowania? Nie mieli czasu nauczyć „proszę”, „dziękuję”? Jaka wina dzieci w tym, że rodzice uczą braku szacunku? Niestety widać to mocno w przypadku zachowania wobec nauczycieli. Z modelu w którym nauczyciel był poważany do tego stopnia, że rodzice nie brali pod uwagę żadnego tłumaczenia ze strony dziecka (mało tego, uczeń mógł oberwać linijką po rękach za najmniejsze przewinienie) przeszliśmy od razu do modelu, w którym nauczyciel to wróg. Każda jedynka jest przejawem faktu, iż „uwzięła się ta małpa od matmy”, a nie tego, że rodzic zaniedbuje dziecko i nie widzi jego problemów. Nie ma chętnych do przyjścia na wywiadówkę, są za to tacy, którzy całą winę za niepowodzenie dziecka w szkole chętnie zrzucą na nieudolność pedagogów. A dzieci słuchają. Kultury lub jej braku nie da się nauczyć z książek. Można ją wynieść jedynie z domu. A jeśli nie ma czego wynieść, najłatwiej zrzucić na „takie czasy”.

Uwaga! Powyższa porada jest jedynie sugestią i nie może zastąpić wizyty u specjalisty. Skonsultuj się z lekarzem.

Żaneta, matka Heleny. Zadeklarowana przeciwniczka klapsów, nocnikowego terroru i hodowli geniuszy. Stara się wychować dziecko na jednostkę szczęśliwą, niekoniecznie wybitną. Od dwóch lat - spełniona i szczęśliwa kura domowa . Z "nudów i bezczynności" wymyśliła sobie zajęcie: blog. Wierzy, że bez poczucia humoru nie da się wychować dzieciaka "na ludzi". Stara się do misji, którą jest macierzyństwo, podejść z dystansem.

Komentarze

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.