Mamo, tato pozwólcie mi na samodzielność…

Czy miłość potrafi krzywdzić? Czy można kochać za bardzo? Czy potrafimy pogodzić się z tym, że nasze dzieci dorastają? Czasem, gdy zapada wieczór, a film jest bardziej nudny niż ustawa przewiduje, przyłapuję się na tym, że uciekam myślami gdzieś daleko, analizując swoje dotychczasowe życie. Nieraz dochodzę do wniosku, że wcale nie jestem taka wspaniała i idealna, jak mi się do tej pory wydawało…

W swojej bezgranicznej miłości do dzieci, uchroniłabym je najchętniej od wszelkiego zła, jakie czyha na nie w codziennym życiu. Gdybym tylko umiała, zapewne podłożyłabym im pod pupę poduszkę zanim upadną, przykleiłabym plaster jeszcze przed skaleczeniem, poszłabym na inny plac zabaw, gdybym wiedziała, że chłopiec w piaskownicy obsypie je piaskiem, albo użyłabym takiego grzebienia, który nie wyrywa włosów podczas czesania. Teraz już wiem, że choć będą dla mnie zawsze moimi najcudowniejszymi maleństwami i do końca moich dni będę pamiętać nasze pierwsze, wspólnie spędzone chwile, muszę pozwolić im na samodzielność, pozwolić uczyć się żyć…

Często wyręczamy nasze pociechy w najprostszych rzeczach. Karmimy przedszkolaka, wiążemy sznurówki, sprzątamy pokoje, myjemy, ubieramy, wyprowadzamy zwierzaki… Takich czynności jest tak wiele, że trudno je wszystkie zliczyć, czy wymienić. Zazwyczaj robimy to z pośpiechu, własnej wygody, nie zdając sobie sprawy z tego, że w ten sposób ograniczamy dziecko. Kochani, gdybyśmy ciągle byli noszeni, nie nauczylibyśmy się chodzić! Tak samo jest z młodymi ludźmi, którzy wkraczają dopiero w życie i małymi kroczkami uczą się tego, co dla nas wydaje się znane od zawsze. Nie pamiętamy, że kiedyś i nam to wszystko sprawiało trudność i ktoś tak samo, jak my teraz umożliwił nam doskonalić te umiejętności.

Z roku na rok zauważam, że rodzice coraz bardziej „chuchają i dmuchają” na swoje dzieci, ale czy na pewno idzie to w dobrym kierunku? Nowe pokolenia wyrastają na osoby często o niskim poczuciu własnej wartości, niezdecydowane, coraz więcej ludzi żyje w przekonaniu, że wszystko im się należy. Mam wrażenie, że poniekąd sami jesteśmy temu winni, odbierając im możliwość usamodzielnienia się i doskonalenia podstawowych czynności już od najmłodszych lat. Wiem z własnego doświadczenia, że wychowaniu dziecka często towarzyszy nam niepewność, niepokój, wątpliwości, a podejmowane decyzje nie zawsze prowadzą do zamierzonego celu. Tak łatwo przekroczyć tę ledwo zauważalną granicę, która dzieli zwyczajną, rodzicielską troskę i opiekę od nadopiekuńczości.

Co lepiej uczy niż własne,  popełnione błędy? Na pewno nie dobra rada, nie zakaz i nie opowiadana co wieczór bajka o niegrzecznym Jasiu. Choć nie jest to łatwe, musimy przygotować dziecko do dorosłego życia poprzez ćwiczenia, praktykę, potknięcia, powodzenia i niepowodzenia. Powinniśmy to traktować jak jeden z rodzicielskich priorytetów i pozwolić na więcej samodzielności, a być może zaowocuje to tym, że nasza pociecha wyrośnie na świadomego własnej wartości, pewnego, zaradnego, odważnie podejmującego codzienne wyzwania, dojrzałego społecznie i emocjonalnie człowieka.

Bądźmy rodzicami, którzy potrafią na czas wycofać się o krok, pozwalając na rozwój samodzielności naszego skarba. Niech nasz lęk o jego przyszłość nie przesłoni nam tego, co najważniejsze. Łóżko przecież nie musi być pościelone tak perfekcyjnie, jak tylko my jesteśmy to w stanie zrobić. Chwalmy nawet za najmniejszy sukces, choćby tylko za podjęcie próby zrobienia czegoś samodzielnie, a zobaczymy ile radości sprawi to maluchowi i świetnie zmotywuje do kolejnych prób.

Pamiętajmy, że praktyka, czyni mistrza, a bez niej nawet mycie włosów może być barierą nie do przeskoczenia. Nie uzależniajmy dziecka od naszej pomocy, bo kiedyś będzie musiało dorosnąć i wtedy może być już za późno na naukę wiązania sznurowadeł…
Pozwólmy dzieciom, nawet tym najmłodszym nabrać powietrza w płuca i zmierzyć się z przeciwnościami, pamiętajmy jednak, aby pozostawać w takiej odległości, aby w razie niebezpieczeństwa móc podać pomocną dłoń. Proszę Was, Drodzy rodzice, abyście to ostatnie zdanie potraktowali nieco metaforycznie, nie tylko w odniesieniu do krojenia nożem marchewki…

Uwaga! Powyższa porada jest jedynie sugestią i nie może zastąpić wizyty u specjalisty. Skonsultuj się z lekarzem.

Mam na imię Małgosia. Mam dwie wspaniałe córeczki, które są całym moim światem. Chcę być dla nich dobrą wróżką i ubarwić ich świat w radość i spełnione marzenia. Spędzamy razem każdą wolną chwilę i choć doba nie chce wydłużyć się ani o minutę staram się z całych sił, aby móc z czystym sumieniem usiąść wieczorem przy filiżance ulubionej herbaty i powiedzieć sobie, że to był dobry dzień. Wspólnie z mężem pracujemy na spełnienie naszych małych i dużych marzeń, prowadząc działalność, ale na pierwszym miejscu zawsze jest rodzina i nasze cudowne dzieci. Kocham dobrą kuchnię i uwielbiam rozpieszczać bliskich przeróżnymi smakołykami. Lubię, gdy jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki składniki zamieniają się w pyszny i zdrowy posiłek. Jestem niepoprawną optymistką, a w trudnych chwilach ratuję się uśmiechem i humorem, co już nieraz uratowało mnie od szaleństwa.

Komentarze

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

  1. nina nina

    oj, a ja bym we wszystkim młodą wyręczała…

  2. miraga_ miraga_

    Ja uważam, że od małego trzeba pozwalać dziecku na samodzielność. Mojej córce już od dawna pozwalam samej jeść (łyżeczkę swoją dostała, gdy miała 8 miesięcy) i choć to trwa dłużej, uważam, że warto. I tak czekam cierpliwie, kiedy zje. Trochę pomaga sobie rękami, ale chce to robić sama i to najważniejsze. Musi nabrać takich umiejętności, bo jak pójdzie do przedszkola, będzie wtedy czuła się o wiele pewniej.

  3. Mama Lili Mama Lili

    Bardzo podoba mi się takie właśnie podejście do sprawy i staram się robić podobnie. Wyręczam córcię tylko, kiedy sama prosi o pomoc, ale zdarza się to bardzo rzadko:)