Kary naturalne. Zalety, wady i wątpliwości

Kary naturalne, przez wielu nazywane „brakiem kar” wzbudzają kontrowersje. Wielu rodziców łączy ów termin z „bezstresowym wychowaniem” a stąd już prosta droga do stwierdzenia, że z tak „karanego” dziecka nie wyrośnie nic dobrego. Niestety, nadal dla wielu ludzi wychowanie bezstresowe to straszak. Termin używany w zastępstwie wychowania bez przemocy (nie bijesz? Wychowujesz wrzeszczącego potwora) i wychowania bez  karnych kątów i innych miejsc przymusowego odosobnienia (nie stosujesz „porządnych” kar? Nie stawiasz granic. Wychowujesz potwora). Czy naprawdę kara naturalna to pozwolenie dziecku na wejście sobie na głowę?

Naturalna, czyli jaka?

iStock_000016155604XSmallTaka, która jest następstwem popełnionego przez dziecko uczynku, wynika z niego, ukazuje jego konsekwencje. Przykładowo, jeśli kilkulatek w przypływie złości psuje zabawkę to naturalną karą będzie jej brak. Oczywiście to rodzic musi sprawić, aby dziecko zdało sobie sprawę ze straty. Kupienie nowej zabawki w ramach wynagrodzenia utraty zniszczonej nie jest dobrym pomysłem. Ale wytłumaczenie, pokazanie, że zniszczony przedmiot trafił do śmietnika, że od teraz już go nie będzie to świetna metoda na nauczenie dziecka szacunku do własnych rzeczy.

Zalety

Jedną z największych zalet takiej metody jest brak poczucia żalu do rodzica. Dzieciaki karane odsyłaniem do pokoju, zabieraniem przywilejów, klapsem czy też inną tradycyjną metodą mają poczucie krzywdy.  Żałują nie tyle tego, co zrobiły, a tego, że rodzic je ukarał.

Kto nie zapomniał  jeszcze jak to jest być dzieckiem, z całą pewnością pamięta, co czuł zamknięty za karę w pokoju. Złość, niemoc, poczucie krzywdy i „ja wam jeszcze pokażę” na dokładkę. O biciu nie wspomnę, ono nigdy nie wzbudza miłości i szacunku do rodzica, wbrew frazesom powtarzanym przez niektórych dorosłych (jestem wdzięczny za to, że rodzice mnie bili, bo dzięki temu wyrosłem „na ludzi”).

Tymczasem kara naturalna „dzieje się” bez udziału rodzica. Jej zadaniem jest wytłumaczenie związku przyczynowo- skutkowego, pokazanie właściwego zachowania i (co wcale nie jest takie łatwe) pozwolenie dziecku odczuć negatywnych skutków złego uczynku. Dziecko nie odbiera takiej kary jako niesprawiedliwej, ponieważ jest ona logiczna.

Skuteczność. Tak, jako przedstawicielka dorosłych, wychowywanych „tradycyjnie” jestem zaskoczona skutecznością i mądrością takiego „karania”. Inteligencja dzieci bywa niedoceniana. Dwulatek ponoszący konsekwencje swojego zachowania w lot chwyta, co mu się bardziej opłaca. Jak to działa?

Kiedy moja córka w drodze na plac zabaw zobaczyła kałużę, nie mogłam żadną mocą jej od niej odciągnąć. Tłumaczenie, że na nogach ma trampki, a nie kalosze nie skutkowało.  W końcu wskoczyła w sam środek ostatniej kałuży na podwórku. Buciki przemokły w mgnieniu oka, a my, zamiast na plac zabaw wróciłyśmy do domu. Nie było płaczu z powodu powrotu do domu, ponieważ chlupoczące buciki sprawiały dziecku dyskomfort.

Mogłam oczywiście zmienić obuwie i wyjść ponownie, jednak zamiast tego zorganizowałam pokazowe pranie  brudnych trampek i pogadankę o rodzajach butów i ich zastosowaniu.

Nie możemy pójść na plac zabaw, ponieważ twoje buty są mokre – to prosty komunikat, zrozumiały dla malucha. I łatwy do zapamiętania. Wielbicielka kałuż nigdy więcej nie popełniła tego błędu. Nadal uwielbia brodzenie w wodzie, ale bacznie zwraca uwagę na to, czy ma na nogach odpowiedni „sprzęt”.

Długofalowy efekt. Dziecko, które zrozumiało, że dany postępek przynosi szkodę jemu samemu, nie będzie popełniało go w ukryciu. Wiele dzieciaków w obawie przed karą ze strony rodziców „broi” upewniwszy się uprzednio, że mama lub tata nie dowiedzą się o popełnianej psocie.

Kara naturalna „działa” bez względu na to, czy rodzic patrzy, czy nie. Obserwatorzy współczesności ubolewają nad faktem, że dzisiejsze dzieciaki nie bawią się same na podwórkach. Pięcio- sześciu- siedmiolatki z „dawnych lat” biegały grupkami, z dala od dorosłych oczu. Były bardziej samodzielne, same rozwiązywały swoje konflikty.

Jeżeli w grupce trafiało się dziecko, które nie potrafiło współpracować – biło, łamało zasady zabawy, było karane przez inne dzieci wykluczeniem: nie grasz z nami, bo oszukujesz/bijesz/zabierasz. Wykluczenie  było lekcją niezwykle bolesną i jednocześnie skuteczną. Dziecko wiedziało, że granie nie fair nie popłaca.

Dzisiaj sytuacja tego typu jest niemal niemożliwa. Nad każdą taką paczką czuwają dorośli. Przedszkolanki, nauczyciele, rodzice nie pozwolą na to, aby jakiekolwiek dziecko poczuło się choć przez moment odrzucone. Dorośli łagodzą konflikty, sugerując żal, którego dziecko nie zdążyło odczuć: jest ci przykro, nie chciałeś, prawda? Przeproś. A teraz bawcie się ładnie. Reszta dzieciaków, nawet jeśli niechętnie, przyjmuje winowajcę, nie umiejąc odmówić prośbie dorosłego.  Czego dowiaduje się z takiej lekcji winny? Tego, że jego zachowanie nie ma „skutków ubocznych”.

Uwaga! Powyższa porada jest jedynie sugestią i nie może zastąpić wizyty u specjalisty. Skonsultuj się z lekarzem.

Żaneta, matka Heleny. Zadeklarowana przeciwniczka klapsów, nocnikowego terroru i hodowli geniuszy. Stara się wychować dziecko na jednostkę szczęśliwą, niekoniecznie wybitną. Od dwóch lat - spełniona i szczęśliwa kura domowa . Z "nudów i bezczynności" wymyśliła sobie zajęcie: blog. Wierzy, że bez poczucia humoru nie da się wychować dzieciaka "na ludzi". Stara się do misji, którą jest macierzyństwo, podejść z dystansem.

Komentarze

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

  1. myszak myszak

    nie popieram bicia, ale kary jak najbardziej, i nie zgodzę się, że bezstresowe wychowywanie nie istnieje, to dzisiaj spory problem

  2. Lama Lama

    Nie jestem zwolennikiem bicia, ale w sytuacji kiedy dziecko coś wymusza, się złości i krzyczy, a tłumaczenie nie zmienia sytuacji tylko ją pogarsza (szczególnie u młodszych dzieci) to zaprowadzenie dziecka do swojego pokoju i tam pozwolenie żeby się uspokoiło nie jest złym pomysłem, a kiedy się już sie uspokoi to można spokojnie zaproponować jakąś zabawę. Dziecko też trzeba nauczyć, że jeżeli ma gorszy dzień czy nastrój to nie może tego przelewać na innych, ma prawo być złe i tez musi mieć możliwość wyrażenia tego ale nie kosztem innych. Dlatego jego pokój jest odpowiednim miejsce do tego żeby tam mogło się wyzłościć. Dziecko czasami złym zachowaniem stara się zwrócić naszą uwagę i jeżeli wtedy będziemy się produkować rozmową to ono nauczy się że złym zachowaniem zawsze naszą uwagę zwróci. Dlatego zaprowadzenie dziecka do pokoju w sytuacji złości, poczekanie aż się uspokoi i potem porozmawianie i pobawienie się z nim nauczy je że dziecko ma prawo być złe i to wyrażać ale ta drogą się nic nie osiągnie. tak samo jak zabranie dziecku możliwości pójścia na plac zabaw i zaprowadzenie do domu tak samo zaprowadzenie dziecka do swojego i nie pozwolenie mu na krzyczenie w salonie jest tym samym rodzajem kary. nie zamykamy tego dziecka na cztery spusty na bog wie jaki czas, tylko na parę do parunastu minut, zależy ile dziecko ma lat. w przyszłości jak dziecko będzie starsze i będzie złe to zanim przyjdzie z nami porozmawiać przemyśli sobie sprawę w swoim pokoju, a potem na spokojnie z nami porozmawia jak emocje opadną. emocje nigdy nie są dobrym doradcą.

    • Dorota Dorota

      Zgadzam się. Uważam, że czas odosobnienia jest niepotrzebnie krytykowany. Gdy dziecko przekracza pewne granice, nic mu się nie stanie, gdy zostanie wysłany do pokoju, żeby się uspokoił i dał czas również rodzicowi.

      • HelowaMama HelowaMama

        A ja jestem zdania, że kara separacji nie powinna być stosowana właśnie u młodszych dzieci. Dwulatek rzuca przedmiotem? Odbierz mu go bez zbędnych tłumaczeń.Powtarza podchwycone brzydkie słowo? Nie krzycz, nie śmiej się nie reaguj-zadbaj o to, żeby więcej go nie usłyszał. Rzuca się w sklepie na podłogę? Poczekaj, nie reaguj. Najczęściej rzucający się dzieciak drze się bez opamiętania, a nie płacze naprawdę. A w przypadku, w którym dwuletni maluch dostaje napadu autentycznej histerii, to już nie jest próba zwrócenia na siebie uwagi, tylko nieradzenie sobie z własnymi emocjami. Nie można ukarać dziecka, które właśnie przeżywa ogromy stres odseparowaniem od mamy. Ja to kiedyś zrobiłam, z bezsilności. Kazałam odejść, dopóki się nie uspokoiła, płakała jeszcze bardziej, próbowała się przytulać. Kac moralny i paskudne samopoczucie-tyle zyskałam. A ona? Może zrozumiała, że jeśli z czymś sobie nie radzi, to ma pójść do pokoju i płakać w samotności, bo na mamę nie ma co liczyć. Dwulatek nie jest w stanie pojąć, że miałam na myśli co innego. Następnym razem spytałam, czy chce się przytulić. Chciała. Uspokoiła się zdecydowanie szybciej. Małe dzieci uczące się przeżywania emocji najbezpiecziej czyją się w ramionach mamy. To też jak do tej pory najlepszy lkek uspokajający. A odesłanie do pokoju? Owszem. Jeśli zachowujesz się niestosownie wobec np. gości, jeśli nie wiąże się to z autentycznym stresem i histerią malucha.Myślę, że to lepiej sprawdzi się w przypadku starszego dziecka- Jestem zła z powodu tego co zrobiłeś. Idź do swojego pokoju i daj mi ochłonąć. Przemyśl co zrobiłeś, porozmawiamy później. Zresztą, z tym jest jak ze wszystkim-trzeba znaleźć złoty środek:)

        • Lama Lama

          Oczywistym jest że nie stosujemy separacji u dzieci kiedy przeżywają jakieś trudne emocje i wtedy kiedy chce się przytulic. no i nie w sklepie czy w innych miejscach. ale w sytuacji kiedy dziecku czegoś zabraniamy tłumacząc że nie wolno a ono nadal to robi, a po zabraniu wpada w histerie bo stara się wymusić. zajmowanie dziecka czymś w takiej sytuacji też nie jest dobre bo uczy go, że jak krzyczy (wymusza, nie chodzi mi o płacz kiedy dziecko staje się skrzywdzone) to mama zareaguje. chodzi o to że izolacja nie jest konsekwencja tego że dziecko coś zrobiło co mamie nie pasowało, tylko reakcja na jego złość, która stara się wymusić. a dwulatki potrafią świetnie wymuszać. bo wiedza że jak płaczą to mama przybiegnie. Normalne jest że dzieci broją i wymuszają, sprawdzają granice. Czasami są sytuacje kiedy pozostawienie dziecka aż się wywrzeszczy i stanie obok jest ciężkie do zrobienia np dokończenia rozmowy telefonicznej albo ważnego programu w tv. dlatego wyprowadzasz je do swojego pokoju. dużo zależy od sytuacji. nie zamykasz dziecka na klucz, czasami nawet nie trzeba zamykać drzwi. dziecka pokój jest jego pokojem zabaw wiec zaprowadzenie go tam, kiedy rodzic sobie nie radzi nie jest złe. Nie jest to jedyna metoda wychowawcza, ale rodzice czasami też nie widza co zrobić i jest to lepsze niż wrzeszczenie na nie.

          • HelowaMama HelowaMama

            Nigdy nie karzę dziecka za emocje, nawet jeśli to histeria. Nie znaczy, to bynajmniej, że ulegam. Przeciwnie. Kiedy mała zaczyna płakać, ponieważ coś chce „ugrać”, nie ma mowy, żeby to dostała. To, że dziecko próbuje coś wymusić, to jedno, ale jeśli się to nie udaje, to szybko rezygnuje. Reaguję na łzy córki, ale to nie znaczy, że daję sobie wejść na głowę. Poza tym…to metoda do której doszłam za pomocą prób i błędów. U nas sprawdza się znakomicie.Choć nie u każdego musi. Szczerze powiedziawszy ataki histerii Helki mogłabym policzyć na palcach jednej ręki. I nie pamiętam kiedy był ostatni. Możliwe, że mam grzeczne dziecko…albo działa moja metoda? ;) Aaaaa i zgadzam się zupełnie w kwestii zaprowadzenia malucha do pokoju, kiedy rodzic jest bliski wybuchu ( anie wierzę, że istnieje taki, którego szkrab nigdy nie wyprowadził z równowagi). To dobre rozwiązanie, żeby dać sobie czas na uspokojenie. Zdecydowanie lepsze rozwiązanie, niż takie, które moglibyśmy podjąć powodowani złością. Ps. Tekst powstał, aby pokazać możliwości, podsunąć pomysł, nie po to, żeby piętnować i krytykować, zresztą, tam nie ma krytyki, tylko propozycja „zamiast”, albo „obok”. Mażna spróbować, z pewnością nie przyniesie to negatywnych skutków. Pozdrawiam:)

        • Dorota Dorota

          Ok, gdy rzuca zabawką, można zabrać, gdy rozleje sok, można wręczyć szmatkę, ale już gdy usłyszy brzydkie słowo, to jak ja mam zadbać, żeby go więcej nie usłyszało? Zwłaszcza jeśli dzieckiem opiekuje się babcia/dziadek, chodzi do żłobka/przedszkola…Córka teraz przebywa kilka godzin w przedszkolu i choć wiadomo, że to my mamy na nią największy wpływ, to już obserwuję, jak wiele Młoda łapie „od otoczenia”. Stąd rady, że mam zadbać, żeby nie słyszała brzydkich słów są jak dla mnie odrealnione…

          A co do „kary odseparowania” ja wychodzę z założenia, że są różne dzieci. Nie ma co uogólniać.

          U nas taka „kara” się po prostu sprawdza. Nawet początkowo sceptyczni teściowie, który twierdzili, że tak małe dziecko (czytaj 2.5 latek, 3-latek) potrzebuje „jedynie” maksymalnej miłości, teraz, gdy z córką zostawali na sobotę czy niedzielę sami, potwierdzili, że gdy się źle zachowuje, wystarczy jej powiedzieć, że ma przestać, bo inaczej będzie musiała iść do innego pokoju. Działa? Działa. Jaki komunikat dostaje córka? Możesz robić, jak uważasz: bawić się tu z nami lub iść do pokoju i „broić” bez nas.

          Nie uważam, że córce dzieje się jakaś krzywda… z tego powodu, czy przez to odbiera negatywną lekcję. Wprost przeciwnie. Jednak kluczem do tego, by taka „kara” działała jest spokój i…przytulenie, gdy się ona skończy, czyli pokazanie: nie podoba mi się Twoje zachowanie, ale Ciebie kocham nad życie. I coś jeszcze: nie wypominanie dziecku „przewinienia”. Ja akurat należę do tych osób, które nie lubią „ględzić”, czy „prawić kazań” w ważnych sprawach mówię raz, ewentualnie dwa razy. Jeśli nie działa, to w zależności od sytuacji odpuszczam albo właśnie córka idzie do swojego pokoju.

          I powiem coś jeszcze. Oliwia w przedszkolu spotyka się z takimi samymi zasadami. Dostaje „nalepki” nagrody (między innymi) a gdy przekracza pewne granice – mają ławkę „karną”. Sprawdza się? Sprawdza. A że nie jest to idealne? No cóż…życie samo w sobie nie jest idealne.

          Jednak podkreślę raz jeszcze: uważam, że każde dziecko jest inne. I naprawdę nie każde potrzebuje „czynów”, w przypadku niektórych wystarczy „słowo”, upomnienie, czy groźna mina. Dlatego jestem zdania, że nie ma sensu wykluczać wszystkich metod z góry.

          • HelowaMama HelowaMama

            Wykluczam metody oparte na przemocy. Wszystko inne w odpowiednich dawkach i odpowiedniej formie może działaś na korzyść naszą i dzieci. I jest różnica, pomiędzy odosobnieniem, a odosobnieniem. Zapewne niektóre dzieci potrzebują samotności żeby opanować emocje i się wyciszyć. Moje ewidentnie nie. A co do brzydkich słów-użyłam przykładu korzystając z własnego doświadczenia. Jedyną .urwę dzieciak powtórzył za mną, nie za dziadkami, stąd określenie „zadbaj, aby więcej nie usłyszało”;D

            • Lama Lama

              Dziecko uczy się przez naśladowanie, jeżeli sami nie przeklinamy i osoby, które się nim zajmują to dziecko nie powinno również przeklinać. a to że gdzieś na podwórku zasłyszy czy ulic no to na to wpływu nie mamy, starszym tłumaczymy że tak nie wolno mówić i nikt tak nie mówi w domu, a młodsze nie rozumie sensu tego słowa i staramy się tego słowa nie wzmacniać, czyli nie reagujemy. dziecko jak uczy się mówić to zapamiętuje te słowa które się często powtarza. Moje dziecko nie przeklina więc nie wiem jak to wygląda w praktyce, ale u nas przy dziecko też nikt nie przeklina. a co ważne każde dziecko jest inne i inaczej się rozwija. poprostu trzeba umieć dostosować odpowiednia metodę do danej sytuacji. Moje dziecko jest bardzo otwarte i bardzo chce być samodzielne na co mu w większości sytuacji pozwalam,, jeżeli nie zagraża to jego bezpieczeństwu. nie jestem matką która zabrania wszystkiego dla idei zabraniania. dlatego pewnie też jeżeli juz znajdzie się rzeczy której jej zabraniam, jak np grzebanie w kuwecie kota albo wyjadanie mu karmy której nie mogę schować bo kot musi mieć stały dostęp do tego. reakcją jej jest złość więc jedynym sposobem jest zabranie dziecka z tego miejsca. a jeżli w trakcie pali mi się obiad to nie jestem w stanie pójść z dzieckiem do innego pomieszczenia, więc wysyłam je do pokoju i tam się zawsze ładnie bawi ( jak je tam prowadzę to jest oczywiście nie zadowolone i protestuje, ale jak się tylko odwrócę jest oki). jak ogarnę palący się obiad to wtedy do niej idę i daje jej do zrozumienia że bardzo się cieszę że potrafi się sobą zająć, czasami jest tak że sama wychodzi z pokoju i z uśmiechem na twarzy robi mi a kuku i przychodzi ale już wie że nie może grzebać w kocim jedzeniu i np daję jej wtedy do zabawy zamknięte przyprawy. a moje dziecko ma 2 lata. i ta metoda u nas działa. nie mam problemu z dzieckiem w sklepie, nigdy mi niczego nie wymuszało, nie wrzeszczało, jak jesteśmy u kogoś to też nie sprawia kłopotu i bardzo jest posłuszne, szczególnie do innych osób. przede wszystkim nigdy dziecka do niczego nie zmuszam, respektuje to że jest dzieckiem i ma prawo pewnych rzeczy nie robić jak dorosły. Jak zaprowadzam je do pokoju to nie uważam że robię mu coś złego, to jest jego miejsce i tam są jego zabawki i tam każdy stosuje się do dziecka zasad, to jest jego azyl. moje dziecko w swoim pokoju czyje się bezpiecznie, i nie jest złe jeżeli zostaje tam same.

  3. Budująca Mama Budująca Mama

    Świetna metoda! Nie wpadłabym na to, że to tak naturalnie może przychodzić. Dobrze, że trafiłam na ten artykuł, kiedy Zosia ma 8 miesięcy i jesteśmy na początku „wychowywania” :) Wielki plus dla autorki!

  4. doti doti

    My przynajmniej staramy sie stosować „kary naturalne”. I pozwalamy okazywać uczucia. I widzę, ze nasze dzieci są bardzo posłuszne i grzeczne (przynajmniej w porównaniu do tych, które najczęściej spotykamy). Nigdy nie miałam tzw. „sceny” w sklepie, nie ma wyrywania sie na ulicy, żaden z synów nie rzuca sie na nas z wrzaskiem i pięściami, nie niszczy zabawek w napadzie złości… Kiedy muszą coś zrobić – robią. To naprawdę jest łatwe.

    • Dorota Dorota

      Super, choć polemizowałabym, że to łatwe ;) Jak dla kogo :)

    • HelowaMama HelowaMama

      To jest proste, ale nie „łatwe”;) I stwierdzam, że coś w tym tkwi, skoro macie takie samo wrażenie Stosowałam te metody instynktownie. Nie zwracałam uwagi na rezultaty, bo nie bardzo miałam je z czym porównać-H to moje pierwsze dziecko. Ostatnio często słyszę, że mała jest „taka grzeczna”. Oprócz pierwszych prób wymuszania krzykiem (zakończonych niepowodzeniem), nie znam takich sytuacji. Nigdy nie miewamy sklepowych awantur. Do niedawna myślałam, że to kwestia wieku, ale jako świadek sklepowego dramatu w kilku aktach, stwierdzam, że nie. Zaczynam dostrzegać, że moja córka rzeczywiście jest grzeczna i skora do „pertraktacji” .No i kwestia „zwracania na siebie uwagi” wrzaskiem, rzucaniem, niszczeniem. Nie mamy tego. Może dlatego, że moje dziecko nie musi walczyć o moją uwagę? Nie wiem tego na pewno, ale póki jest jak jest, nie zamierzam zmieniać metod;)

Zobacz również