Jestem „tylko” mamą. Dla ludzi nierobem

Na forach i portalach społecznościowych aż się roi od „specjalistów od spraw wszelakich”, którzy na każdy temat mogą sypać mądrościami jak z rękawa. Jesteśmy ekspertami od wszystkiego, od sportu, przez politykę, diety, modę, historię itd. Najwięcej jednak jest wśród nas ekspertów od wychowywani dzieci. Jedna z mam napisała do nas w tej sprawie tak:

„Mam 26 lat i dwójkę dzieci. W ciążę zaszłam jeszcze na studiach i z powodu komplikacji musiałam je przerwać. Wygląda na to, że niektórzy, w tym osoby z bliskiej rodziny, nigdy mi tego nie zapomną. Przestałam już bywać na urodzinach ciotek i kuzynek, bo od wejścia nie mija więcej, niż 10 minut i pada pytanie – a ty, Iza, dalej nic nie robisz?

Jestem tylko mamą. Dla ludzi nierobem. Mój Starszy synek cierpi na astmę i z tego powodu na razie jeszcze nie chodzi do przedszkola. Dla Młodszego zabrakło miejsca w żłobku. Mój mąż dobrze zarabia, często wyjeżdża na całe tygodnie służbowo, ale musieliśmy się do tego jakoś przyzwyczaić, żeby utrzymać naszą gromadkę bez problemu. Wtedy praktycznie od rana do nocy jestem zdana sama na siebie. Ale co za różnica, no nie? Przecież i tak nie mam nic do roboty. I „ale mam fajnie”, według wszystkich wokół. „Powodzi mi się”. „Marzenie, całymi dniami się wylegiwać”.

Czy wiecie, jak to jest, kiedy starsze dziecko się dusi i znowu gdzieś podziało inhalator, a młodsze płacze i nie chce się odkleić od Waszych nóg? Czy wiecie, jak bardzo można mieć dość zakupów z dwójką dzieci, gotowania, kiedy połowę rzeczy się przypala, bo nikt nie pomoże mieszać w garnku, kiedy trzeba nagle rzucać wszystko i biec do dziecka?
Lubicie się na chwilę położyć z nogami do góry, żeby odsapnąć po pracy? Pewnie, kto by nie lubił. Też bym lubiła, gdyby nie to, że w tym czasie jednocześnie układam puzzle, robię pranie, czytam książeczkę i usiłuję nie rozryczeć się na głos.

jestem mamą nierobem

Mój plan dnia wygląda tak:
6.30 – pobudka, świątek, piątek, czy niedziela. Młodszy syn nie uznaje późniejszego wstawania i od razu budzi Starszego. Poranne mycie, zachlapana łazienka, pierwsze wycieranie podłogi.
6.45 – ubieranie. Młodszy musi mieć skarpetki w autka. Wszystkie są w praniu? Będzie się wił po podłodze, aż wyjmę z kosza na pranie wczorajsze i założę mu je. Tak, wiem, daję się terroryzować – w przeciwnym razie starsza sąsiadka z dołu zacznie walić szczotką w kaloryfer, albo nawrzeszczy na mnie na klatce schodowej, bo przecież taki nierób jak ja może przynajmniej „uciszyć tego smarkacza, żeby się tak nie darł całymi dniami”.
7.20 – śniadanie. Starszy nie zje innych płatków na mleko niż czekoladowe kółka. Młodszy będzie kółkami pluł dalej niż widzi – drugie wycieranie podłogi.
7.40 – zaczynamy zabawę – Starszy układa puzzle. Młody wykorzysta każdą okazję, żeby jakiś kawałek porwać i wyrzucić. Gdziekolwiek, do miski niedojedzonych płatków, do WC. Zaczyna się awantura (z pozdrowieniami dla sąsiadki)
8.00 – obaj zaczynają kwękać, że chcą obejrzeć bajkę. Wszystko świetnie, tylko czy ktoś mógłby w końcu nakręcić coś o tym, jak Dzielny Lew Eryk jeździ pociągiem Tomkiem, żeby wszyscy byli zadowoleni?
9.00 – drugie śniadanie i banan wdeptany w dywan – nie wiem, skąd się tam wziął, serio.
9.20 – wymarsz na zakupy. Młodszy siedzi w sklepowym wózku, Starszy ryczy obok, bo też chce. Jakiś facet burczy „jak się nie umie panować nad bachorami, to się ich nie wlecze wszędzie ze sobą”. Przy kasie okazuje się, że mam w wózku dodatkowe 3 batoniki, model Batmobila i karmę dla psa. Nie. Nie mamy psa.
10.30 – powrót do domu. Bez karmy dla psa – pierwszy mały sukces.
10.50 – Młodszy przynosi nocnik i pokazuje, że chce siku. Jestem taka dumna! Do czasu, kiedy wychodzę na chwilę z pokoju,a po powrocie widzę, że zalał pół podłogi – trzecie wycieranie.
11.00 – zabawa dowolna, co oznacza, że próbuję zjeść śniadanie, a w międzyczasie nadmuchuję balon, robię trzy łódki i czapkę z gazety, rysuję misia. I jeszcze drugiego. I całą rodzinę, aż któryś w końcu jest dostatecznie misiowaty jak na potrzeby Starszego. W międzyczasie Młodszy pożera moją kanapkę. Tylko raz upadła posmarowaną stroną na dół, nic nie szkodzi – czwarte wycieranie podłogi.
12.00 – zaczynam gotować obiad. Młodszy nie zje niczego, w czym jest marchewka. Starszy zje cokolwiek, pod warunkiem, że będzie na talerzu z pociągiem Tomkiem. Talerz stłukł się dwa dni temu, nie mogę znaleźć nigdzie nowego, posiłek to walka na argumenty. Ups, w zupie jednak ostał się kawałek marchewki – piąte wycieranie podłogi
Macie dość, co? A przecież to raptem parę godzin słodkiego nieróbstwa, gdzie tam jeszcze do wieczora? Potem już tylko trzeba wyprać i rozwiesić kosz prania i wyprasować już wysuszone. Pamiętać o skarpetkach w autka! Pozmywam w nocy, co tam. Albo nie, bo Starszy ostatnio boi się Beboka Pod Łóżkiem i nie chce spać sam. Budzi się jak tylko ośmielę się wyjść z pokoju i zająć sobą. Trzeba jeszcze ogarnąć zabawki, posprzątać mieszkanie, zadbać w tym wszystkim o siebie i to wszystko z uśmiechem, bo nie można wpajać dzieciom poczucia winy za zły humor matki.
21.00 – śpią, sukces! Jem obiad. I wtedy dzwoni kuzynka. „No co tam Izka u ciebie, obijasz się jak zwykle, he he he?”.

Ja wiem, że inni mają te same obowiązki co ja i do tego pracę na etacie. Wiem, że niektórzy mają trójkę dzieci albo więcej, super dają sobie radę i ukłony dla nich. Ale ja już nie umiem być Wonder Woman, która udaje „u mnie doskonale, dzięki” i uśmiecha się jak w reklamie pasty do zębów. Mam dość tego, że całymi dniami nie ma wokół dorosłych, z którymi mogłabym pogadać. Mam dość, że nie mogę mówić mądrych rzeczy jak „przeprowadzimy dla pana kalkulację” albo „jutro mamy deadline”, tylko muszę powtarzać „ko-tek, jak robi ko-tek?” albo „a co to za piękny pociąg narysowany kredkami na tej ścianie, którą dwa miesiące temu osobiście odmalowałam?”.
Jestem tylko mamą i nic nie robię. Chętnych na zamianę na dzień lub dwa zapraszam z otwartymi ramionami Takie wakacje last minute ze zniżką, jeśli znajdziecie dla mnie ten przeklęty talerz z pociągiem”.

Powiedzenie mówi, że trawa jest zawsze bardziej zielona po drugiej stronie. Wiele razy sama mówiłam, że marzy mi się siedzenie w domu z dziećmi, bez terminów, telefonów i stosów papierów. Teraz już sama nie wiem, a Wy?

Uwaga! Powyższa porada jest jedynie sugestią i nie może zastąpić wizyty u specjalisty. Skonsultuj się z lekarzem.

Jestem absolwentką pedagogiki przedszkolnej i wczesnoszkolnej oraz rachunkowości. Z zawodu jestem księgową, ale doświadczenie wyniesione ze studiów pedagogicznych przydaje mi się na co dzień przy dwójce dzieci. Ich ciekawość świata łatwo udziela się także mnie, a każdy dzień jest dobry, żeby nauczyć się czegoś nowego. Jestem także molem książkowym i działkowcem, a w naszym domu urzęduje kilka zwierząt. Robię wszystko, żeby nie dawać szans nudzie.

Komentarze

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.