Jak wspierać rozwój dziecka? – wywiad z Natalią Minge

Nauka czytania niemowlaków wzbudzała mój opór. Trochę się to zmieniło po lekturze książki. Czy naprawdę to takie proste?
Natalia Minge: Z jednej strony to bardzo proste.  Oferujemy dziecku zabawę i jeżeli ona mu się spodoba, to bardzo szybko nauczy się czytać, nie wiedząc nawet, że się czegoś uczy, a w wieku kilku lat nie będzie nawet pamiętać, że kiedykolwiek nie umiało czytać. Z drugiej jednak strony wcale nie takie proste. Rodzic musi wyzbyć się wszelkich zapędów do podejmowania roli nauczyciela. Jego zadaniem nie jest dostarczanie wiedzy i sprawdzanie, ile dziecko się nauczyło. On ma się bawić i zaufać dziecku. Gdy będzie ono gotowe, to pokaże, co umie. Zrobi to znienacka, w przypadkowej sytuacji. Rodzic musi na każdym kroku pamiętać, że nie robi tego dla swojej satysfakcji, lecz daje dziecku prezent i nie ma prawa żądać w zamian popisów podczas imienin cioci.
Skąd pojawił się pomysł, by uczyć malutkie dzieci czytania?
N.M.: Pomysł oczywiście nie był nasz. Zanim na świecie pojawił się nasz najstarszy syn nie mieliśmy pojęcia, że coś takiego jest możliwe. Na ogólne informacje na ten temat trafiliśmy przypadkowo, a szukając dalszych dowiedzieliśmy się, że to nic nowego, nawet w naszym kraju. Pierwsza książka Glenna Domana została tu wydana w 1991 roku w bardzo ograniczonym nakładzie. Nam, znów przypadkiem udało się wejść w jej posiadanie.
Pierwszego syna zaczęliśmy uczyć, gdy miał półtora roku i po różnych perypetiach i poszukiwaniach sposobu, który wszystkim nam by odpowiadał w wieku trzech lat czytał zdaniami i do dziś nie wyobraża sobie dnia bez książki. Podobnie jak nasz młodszy syn, który dla odmiany był książkowym przypadkiem dziecka, które jest zachwycone perspektywą oglądania wyrazów. On z kolei pokazał, że potrafi czytać zdaniami już mając półtora roku.

Dziecko ma wiele skoków rozwojowych, trudnych momentów, czy jest czas na naukę czegoś dodatkowego?
N.M: Dziecko nieustannie się uczy. Każda rzecz, na którą patrzy, jest nauką. Każdy rzut zabawką, każde chlapnięcie wodą jest eksperymentem, dzięki któremu poznaje świat. Czy znajdzie przy tym czas na coś nowego? Znajdzie, o ile rodzic zaproponuje nową zabawę z szacunkiem dla dziecka i w pełni uwzględniając jego potrzeby i preferencje. Bawić można się tak długo, jak długo dziecku to się podoba. Nie ma tu miejsca na wymuszanie czegoś na dziecku. Jeżeli rodzic będzie chciał dziecku za wszelka cenę uczyć, a nie bawić się z nim i przyjemnie spędzać czas, nie wyniknie z tego nic dobrego ani dla rozwoju dziecka, ani dla relacji między nim a rodzicem.

Jeśli wewnętrznie czuję, że to nie dla mnie, mam się przekonywać, że to dla dobra dziecka, że dobrze by było, by córka maksymalnie wykorzystała swoją szansę?
N.M.: Jeżeli Pani wewnętrznie czuje, że to nie dla Pani, to powinna Pani słuchać swego wewnętrznego głosu. Jeżeli dany rodzaj aktywności Pani nie odpowiada, to z całą pewnością nie będzie odpowiadał również dziecku. Zmuszanie go do czegokolwiek z pewnością nie wyjdzie mu na dobre. O wiele lepiej jest poszukać innego sposobu na wspólne spędzanie czasu – takiego, który sprawi, że będzie on radosny dla Was obojga. W rodzicielstwie nie trzeba robić nic wbrew sobie. Nawet dla szeroko pojętego dobra dziecka. Jest wiele dróg, którymi można dojść do tego samego celu i powinniście wybrać tą, która Wam najbardziej odpowiada.

Od czego najlepiej zacząć – nauki czytania, czy matematyki, a może pokazywania obrazków i nauki wiedzy ogólnej?
N.M:Najlepiej zacząć od tego, co rodzicowi najbardziej odpowiada. Jeżeli mama, lub tata zapała entuzjazmem, to pociągnie za sobą malucha, a wtedy wprowadzanie kolejnych rzeczy będzie o wiele łatwiejsze. W przypadku dzieci starszych – przedszkolaków. Warto samych zainteresowanych zapytać o zdanie – co oni woleliby robić? Dla dziecka zawsze o wiele ciekawsze jest to, co samo wybierze.

Czy to prawda, że ucząc małe dziecko czytania globalnego, możemy w ten sposób przeciwdziałać dysleksji?
N.M:Dysleksja jest problemem pochodnym szkolnego sposobu nauki. Dzieci są uczone w pierwszej kolejności wokalizować, czyli czytać głośno, a dopiero potem wymaga się od nich rozumienia tekstu. U dyslektyków problem leży w trudności z wokalizacją. Jeżeli uczymy dzieci czytać globalnie, w ich mózgu powstaje bezpośrednie połączenie pomiędzy słowem, które widzą, a jego znaczeniem.  Nie ma więc miejsca na ujawnienie się dysleksji. Również dyslektyków w starszym wieku – 9 – 10 latków można z powodzeniem uczyć czytać tą metodą.

W książce sporo miejsca Pani wraz z Mężem poświęcają rozwojowi zmysłów u dziecka oraz konsekwencjom doboru złych sposobów spędzania czasu. Co Pani myśli o idei wyłaniania rodzicielskich hitów i kitów na naszym portalu? Czy wśród współczesnych „krzyczących” zabawek są w ogóle jakieś hity? Czy wystarczy przysłowiowy flamaster, sznurek, piłka i karton, by zabawkę zrobić samodzielnie?
N.M:Wybieranie dobrych zabawek spośród zalewu tego wszystkiego, co można znaleźć w sklepach to świetny pomysł, który pozwoli wielu rodzicom uniknąć zakupów, których mogliby później żałować. Czy wśród krzyczących zabawek można znaleźć hity? Jeżeli zabawka krzyczy, to hitem dla mnie nie jest. Jeżeli tylko mówi, albo gra, to być może jest akceptowalna, choć przyznam się, że pomimo trójki dzieci nie mam w domu ani jednej takiej, dlatego, że po pierwsze wielu rodziców (w tym ja), ale i dzieci po prostu źle reaguje na hałas. Robią się podenerwowani, co rzutuje na ich relacje. Poza tym nie ma co liczyć, że dziecku nauczy się mówić, liczyć, czy pozna słówka z obcego języka dzięki tym zabawkom. Maluch uczy się niemal wyłącznie od żywego człowieka. Mowy, na przykład, uczy się w dużej mierze, patrząc na ruchy warg i to wyłącznie w bezpośrednim kontakcie (a nie przez telewizję). Takie zabawki zatem nie spełniają obietnic producentów, a przy tym mogą negatywnie rzutować na nastrój i koncentrację dziecka.
Czy wystarczy flamaster, sznurek itp? Pewnie, by wystarczył, bo dzieci ze swoją niezwykłą wyobraźnią są w stanie z nich uczynić wszystko, co zechcą. Nie trzeba jednak popadać w przesadę. Jest na rynku wiele fantastycznych gier i zabawek, i nie ma powodu, by z nich wszystkich rezygnować. Najważniejszy jest umiar i pamięć o tym, że najlepszą zabawka jest zawsze drugi człowiek i żadne przedmioty nie zastąpią kontaktu z mamą, tatą, czy rodzeństwem.

A co z oglądaniem telewizji? Kiedyś na adres portalu trafiła informacja prasowa o tym, że warto kupić dziecku telewizor marki X, bo ułatwia zasypianie…
N.M:Obawiam się, ze nie był to nawet chwyt marketingowy, ale zwyczajne kłamstwo. Telewizja działa zdecydowanie negatywnie na rozwój fizyczny oraz psychiczny dzieci. Jej oglądanie prowadzi do krótkowzroczności i nadwagi, ale co gorsza wywołuje ona zaburzenia koncentracji i powoduje, że część mózgu odpowiedzialna za wyobraźnię jest mniej używana, a zatem mniej sprawna. Wracając do treści pytania – dzieci, które mają w swym pokoju telewizor o wiele częściej oglądają go w sposób niekontrolowany, nie tylko pod względem treści, ale i czasu. Śpią przy tym nie tylko mniej, ale i zdecydowanie gorzej, niż dzieci, których pokoje są wolne od wszelkich cywilizacyjnych nowinek. Trzeba powiedzieć głośno i wyraźnie, że w pokoju dziecka, niezależnie od tego, czy ma 2, 12, czy nawet 18 lat, telewizora być nie powinno.

Czy idea nauki małych dzieci nie kłóci się z tak popularnym dzisiaj rodzicielstwem bliskości, które zakłada, że dziecko wie lepiej, że ono nam wyznacza sposób bycia z nim, że nie trzeba wychowywać, tylko obserwować i dawać przykład?
N.M:Moim zdaniem obie kwestie daje się pogodzić bez większego problemu. Jestem orędownikiem rodzicielstwa bliskości, i sama staram się wychowywać dzieci w jego duchu. Jednym z najważniejszych jego założeń jest traktowanie dziecka, jako człowieka, kogoś, komu należy się taki sam szacunek, jak dorosłym. Nie ma tu miejsce na relację typu: „Ja mądry rodzic teraz będę Cie uczył, a ty dziecko będziesz siedzieć i chłonąć moja mądrość”. Mamy dzieciom wiele do zaoferowania obiektywnie umiemy więcej, niż one, mamy większe doświadczenie i możemy dziecku zaoferować możliwość korzystania z naszej wiedzy i umiejętności. Nie zmuszać je do nauki i uległości, tylko właśnie zaproponować coś dziecku i pozwolić wybierać, czy ma ochotę z tego skorzystać, czy nie. Jeżeli dziecko nie chce się uczyć czytać, to ma prawo po prostu odwrócić wzrok. I rodzic powinien to uszanować bez rozczarowania, czy zniechęcenia. Ono ma czas. Jeżeli nie chce tego robić, to znaczy, że nie jest na to gotowe. Ono zna siebie lepiej, niż ktokolwiek inny i po prostu wie, czego mu potrzeba.

Czy zauważa Pani różnice między nauką chłopców a dziewczynek? Istnieje stereotyp, że chłopcy rozwijają się wolniej…
N.M:Chłopcy rozwijają się nie tyle wolniej, co inaczej. Z resztą każde dziecko rozwija się w swoim tempie i konkretny chłopiec może prześcignąć konkretną dziewczynkę, na przykład pod względem rozwoju mowy. Tym niemniej ogólny trend jest zauważalny. Dziewczynki od urodzenia bardziej skupione są na ludziach – na ich emocjach. Chłopcy bardziej interesują się przedmiotami – wcześniej interesują ich zabawki, podczas, gdy dziewczynki mogą bardziej dążyć do interakcji z rodzicem. Ale to tylko statystyka. Prawda jest taka, że dzieci niezależnie od płci chcą się rozwijać z jednej strony i potrzebują uczuć z drugiej.  O wiele ważniejsza od ogólnych trendów jest obserwacja i próba zrozumienia i poznania własnego dziecka i jego potrzeb.
Z jakimi problemami najczęściej zgłaszają się do Państwa poradni psychologicznej rodzice dzieci do lat trzech?
N.M: Rodzice małych dzieci, w tym często wcześniaków, zgłaszają się, gdyż pragną dowiedzieć się co mogą zrobić dla swoich dzieci. Jak pomóc im się rozwijać. Są to często osoby, które pragną spędzać ze swoimi dziećmi czas w sposób aktywny. Druga grupa rodziców, ciut starszych dzieci, to osoby zaniepokojone tym, że dzieci mają kłopoty z aklimatyzacją w przedszkolu.

I na koniec: czy jest, według Pani, jakiś zbiór cech, który powinien mieć wystarczająco dobry rodzic?
N.M: Trudno ustalić taki kanon cech i chyba nikt go obiektywnie jeszcze nie obmyślił. Moim zdaniem to, co się przydaje, to umiejętność słuchania, akceptowania dziecka takim, jakim jest wraz ze wszystkimi jego trudnymi emocjami. Przydaje się też elastyczność, gdyż tylko ona pozwala na wzajemne dopasowanie się, które o wiele bardziej pomaga budować szczęśliwą rodzinę, niż wychowywanie dziecka podług sztywnych reguł.

Natalia Minge  – psycholog specjalizujący się we wspieraniu rozwoju mniejszych i większych dzieci. Właścicielka Poradni Psychologicznej Hipokampus. Prywatnie mama trójki dzieci w wieku od 1 do 5 lat.

Uwaga! Powyższa porada jest jedynie sugestią i nie może zastąpić wizyty u specjalisty. Skonsultuj się z lekarzem.

Jesteśmy tu dla Ciebie. Podejmujemy tematy, które dla nas, Rodziców, są ważne. Miło nam Ciebie gościć na naszej stronie! :) Pozostaw ślad po sobie w komentarzu! Jeśli prowadzisz bloga, chętnie Cię odwiedzimy! :)

Komentarze

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

  1. vica vica

    Bardzo mądre rady. Znam książkę Mingów o kreatywnym wychowaniu, bardzo pożyteczna.Polecam rodzicom, opiekunkom, dziadkom i wszystkim, którzy obcują z maluchami i brak im pomysłów na edukacyjne zabawy.

  2. anusia12346 anusia12346

    suuper rady super artykuł

  3. teachyourbaby teachyourbaby

    Robimy dokładnie to samo, co Pani Natalia do metody Domana włączając jeszcze elementy metody Shichidy i Heguru. Zaczęliśmy trochę później i teraz w sumie czekamy na czytanie przez malucha :)