Jak walczą ze sobą współczesne matki, czyli o tym, że cokolwiek zrobisz, zrobisz źle

Sosrodzice.pl: Też masz wrażenie, że matki toczą w internecie boje, że ścierają się „święte prawdy” i każda z nich uważa się za „największą”?

Synafia: Myślę, że internet dał matkom ogromną wolność i tak wiele możliwości, iż czasem się w nich gubimy. Z jednej strony dzięki internetowi znajdujemy pomoc i wsparcie innych matek. Z drugiej, schowane za internetowymi nickami, pozwalamy sobie wylewać na innych frustracje, których żadnej matce przecież nie brakuje. Może to dlatego matki tak bardzo walczą w internecie – bo zdaje się on idealną przestrzenią do rozładowania negatywnych emocji bez ponoszenia konsekwencji. Tyle, że słowo raz napisane, nawet  „tylko” w Internecie,  żyje własnym życiem i potrafi narobić wiele szkód.

Czy to potrzeba matkowania? Może gdy stajemy się mamami, zaczynamy „wychowywanie” też innych dorosłych?

Synafia: Być może jest to także potrzeba matkowania. Ja patrzę na to jeszcze inaczej. Żadna z nas nie rodzi się z umiejętnością bycia matką. Zwłaszcza po urodzeniu pierwszego dziecka czujemy się często zagubione i niepewne, bardzo potrzebujemy wsparcia i poczucia, że to, co robimy, robimy dobrze. Im więcej w nas niepewności, tym bardziej chwiejmy się w posadach w zetknięciu z innymi sposobami na życie, na wychowanie dzieci.

Chyba dlatego matki potrafią toczyć zajadłe walki o smoczek, chustę i picie soczków – w ten sposób walczymy tak naprawdę o własną tożsamość, o nasze „bycie dobrą mamą”.  Potrzebujemy mieć pewność, że robimy wszystko dobrze. A jeśli ktoś, kto robi coś inaczej niż my, miałby to robić dobrze – to czyż nie oznacza to, że my jednak robimy źle? No nie, tak być nie może, inaczej niż po naszemu – to musi być źle i koniec. Tymczasem 20 lat później nasze dzieci naprawdę będą mieć inne zmartwienia niż to, czy były noszone w chuście czy w nosidle, czy wożone wózkiem.

Inne poglądy traktujemy jako zamach na nasze własne status quo jako matki?

S: Tak, myślę, że u podłoża tych wszystkich matczynych wojen leży najczęściej lęk o to, czy na pewno postępujemy właściwie.  W ogóle myślę, że im mniej pewnie i dobrze czujemy się sami ze sobą, tym aktywniej angażujemy się w „naprawianie” innych. To dotyczy nie tylko macierzyństwa.

SynafiaDo której matki z „Matczynego radia” Ci najbliżej? Który typ najbardziej Cię drażni?

S: Po urodzeniu starszej córki najbliżej było mi chyba do matki-świętej pindy. Bardzo chciałam być matką idealną, bez skazy, matką, do której dzieci będą odczuwać tylko i wyłącznie żarliwą wdzięczność. Im bardziej chciałam, tym bardziej oczywiście nie byłam. Po urodzeniu młodszej córki trochę zmądrzałam, teraz bliżej mi raczej do eko-chusto-matki, z tendencją do katolickiej waryjatki – mutatis mutandis, ponieważ nie jestem katoliczką, tylko luteranką.
Która najbardziej mnie drażni? Wszystkie tak samo! Ale staram się też znajdować dla tych wszystkich „typów matczynych” czułość i zrozumienie. W końcu sama jestem jedną z nich :)

Tylko, że Ty masz do tego dystans…A to już zdrowe…

S: Nieustannie uczę się nabierania do siebie samej dystansu, bo mi samej ze sobą często trudno wytrzymać.  Nawet sobie takie motto ukułam, że człowiek powinien jak najwięcej śmiać się z siebie i jak najmniej z innych. Wtedy życie zyskuje właściwe proporcje  i jest o wiele przyjemniejsze.

Wielokrotnie przekonaliśmy się, tworząc stronę, że są tematy „nie do tknięcia”. Przykładowo napisanie, że karmienie piersią ma pewne wady, a noszenie w chuście nie jest dla wszystkich spotyka zdecydowany opór…A przecież myśląc logicznie, każde rozwiązanie ma swoje dobre i złe strony, jak to jest? Na pewne tematy nie wypada pisać?

S: Z rodzicielstwem jest chyba jak z filozofią – panują w nim pewne  sezonowe mody, które jednak za każdym razem traktujemy niczym właśnie odkryty klucz do rzeczywistości.  Teraz wracamy do karmienia piersią, do rodzicielstwa bliskości, co mnie osobiście cieszy, bo bliżej mi do takiego spojrzenia na relacje rodzic-dziecko. Co nie znaczy, że nie dostrzegam w nim pewnych pułapek. To prawda jednak, że obecnie nie wypada kwestionować np. założeń rodzicielstwa bliskości, to trochę tak, jakby kwestionować dekalog. Pamiętam jednak, jak jeszcze niedawno chodziłam w nocy po pokoju, próbując ululać wszelkimi sposobami krzyczącą młodszą córkę i złorzeczyłam przez zęby: Pieprz się, Jean Liedloff!

Pieprz się, ale dam radę?

S: Dam radę, jasne, że tak,  choć czasem przez łzy, bo młodsza ma głos operowy i jak już wrzeszczy, to wszystkie zwoje mózgowe mi się prostują z wrażenia. Ale choć wrzeszczy, to przecież jestem jej mamą i po to jestem, żeby ją wspierać nawet w tym wrzasku. W takich sytuacjach mawiam sobie: Mam dwa wyjścia – albo to przeżyję, albo tego nie przeżyję i padnę trupem. Wybieram zawsze wyjście pierwsze.

Przykładów można mnożyć: karmienie butelką, żłobek, używanie smoczka, spanie z dzieckiem – jest wiele tematów, które różnią współczesne mamy…

S: Myślę, że każdy temat jest dobry do tego, żeby się o niego porządnie poobijać.  Przestałam się tym przejmować w momencie, gdy zorientowałam się, że skoro jestem matką, to czegokolwiek nie zrobię, na pewno zrobię to źle. Bo jestem matką – po prostu.
Wrócę do pracy – źle! Nie kocham dziecka. Nie wrócę do pracy – źle! Będę pasożytem społecznym i uwstecznioną wózkową.  Poślę dziecko do przedszkola – źle! Zniszczę dziecku psychikę. Nie poślę dziecka do przedszkola – źle!  Zrobię z niego kalekę społeczną. Przykłady można by mnożyć w nieskończoność.
Boy- Żeleński pisał o „Piekle kobiet” – tak naprawdę nie wiedział jeszcze, czym jest piekło kobiet, bo nigdy nie widział wpisów na forum e- mama.

Same sobie stwarzamy piekło, chcąc być doskonałe? Czyli jednak syndrom Matki Polki, ale trochę w innym wydaniu?

S: Ja w ogóle myślę, że piekło to nie inni, jak mówił Sartre, ale to my sami. Człowiek bardzo często sam jest swoim największym wrogiem, to nie dotyczy tylko matek. A dążenie do doskonałości to już ósmy krąg piekła jest. Wiem coś o tym, bo sama się do tego kręgu co jakiś czas strącam.

Wiele mam boi się napisać, że życie rodzica nie jest różowe…Przyznanie się do błędów, do wątpliwości, słabości często nasuwa lawinę komentarzy „kobieto, nie narzekaj, inne mają gorzej..”

S: Żyjemy w czasach, które wbrew pozorom nie mają wiele zrozumienia dla słabości. Chcemy każdą słabość szybko pokonywać, usuwać jak coś wstydliwego, bo przecież mamy być ludźmi sukcesu. Tym bardziej chyba trudno jest przyznać się do słabości matce, dla której, wedle powszechnej opinii, dziecko powinno być  spełnieniem wszystkim marzeń. I ono oczywiście tym spełnieniem marzeń jest, tylko że spełnienie marzeń po prostu ma swoją cenę. Życie to nie jest bajka o Kopciuszku, i pewnie tak jest dobrze. Bo rzadko doceniamy coś, co przychodzi bez żadnego wysiłku.

Znam wiele kobiet, matek, które wspierały mnie w ciężkich chwilach. Nie byłabym tu, gdzie jestem, gdyby nie ich pomoc. Mam grono koleżanek starszych ode mnie, które mają już dzieci w szkołach, jedna z nich jest nawet młodą babcią. Za każdym razem, gdy jest mi źle, biegnę do nich – przez Internet – a one zbierają się nade mną i pocieszają, radzą, robią mi wirtualne okłady na moje siniaki i stłuczenia. A dziś moje dwie przyjaciółki, też matki, przed którymi rozsypałam się ostatnio w drobny mak, zrobiły mi niespodziankę – umówiły i zafundowały opiekunkę, żebyśmy mogli gdzieś wyjść na parę godzin z mężem, bo od roku tego nie robiliśmy.

Kobiety mogą być dla siebie ogromnym wsparciem, jeśli tylko chcą. Ale to wymaga bliskości i zaufania.  A dziś żyjemy tak szybko, że trudno jest nam budować takie bliskie, głębokie relacje z innymi. Często próbujemy znaleźć wsparcie na jakimś forum, a tam spotyka nas kubeł zimnej wody – bo w internecie najczęściej ludzie nie rozmawiają ze sobą nawzajem, lecz z własnymi wyobrażeniami, lękami, projekcjami.
Myślę, że kobiety powinny przed wszystkim spotykać się twarzą w twarz, otwierać się na siebie, zaufać – a wtedy mogą wiele dobra dawać sobie nawzajem.

Co starasz się przekazać, pisząc bloga? Jaka jest Twoja „misja”?

S: Piszę po to, żeby oddać światu choć trochę z tego dobra, które dostaję od innych. Mam nadzieję, że czasem udaje mi się poprawić komuś nastrój chociaż na chwilę – jeśli tak, to już bardzo dużo. Mnie samej często zdarza się, że czyjś uśmiech czy dobre słowo pomagają przetrwać jakiś wyjątkowo paskudny dzień.  Piszę też dlatego, że mam potrzebę mówienia o rzeczach prostych i ważnych. Bo świat składa się tak naprawdę z sumy naszych codzienności, i jeśli o te codzienności umiemy zadbać, jeśli umiemy w nich dostrzec prawdziwą wartość, to i nasze życie, i ogół rzeczywistości od razu na wartości zyskują.
No i oczywiście piszę po to, żeby nie zwariować, bo czasem blisko mi do tego.

Czy jako mama czujesz się często przezroczysta, czy raczej w pełni odnajdujesz się we własnej roli?

S: I jedno, i drugie. Nigdy nie żałowałam decyzji, żeby zostać mamą. Ale też często dopadają mnie chwile zwątpienia w siebie, w swoje możliwości. Jestem pracującą mamą dwójki dzieci – szczerze przyznaję, że jest mi nadal bardzo trudno odnaleźć się w tej roli (starsza córka ma 5 lat, młodsza ma 9 miesięcy). Zwyczajnie nie ogarniam wszystkiego i mam poczucie, że gdzieś po drodze zagubiłam jakąś cząstkę siebie. Pewnie też po to piszę, żeby tę cząstkę siebie przywrócić.

Ale jednocześnie gdybym nie była mamą, nigdy nie odkryłabym, jak wiele jestem w stanie zrobić, z iloma rzeczami mogę dać sobie radę. Zawsze byłam „jajogłowa”, jestem z zamiłowania i wykształcenia filologiem klasycznym, więc miałam zadatki na żeńską wersję Ignacego Borejko.  I pewnie gdybym nie miała dzieci, to tylko biegałabym sobie po Karkowskim Przedmieściu w dwóch różnych skarpetkach i pisała parodie dialogów platońskich. A dzięki dzieciom odkryłam w sobie zadziwiające umiejętności – np.  że umiem pojechać sama z 2 dzieci na dyżur pediatryczny komunikacją miejską, choć do tej pory nie umiałam nawet załatwić prostej sprawy w ZUSie. Odkryłam, że jestem w stanie znosić duże przeciążenia, że umiem pokonywać własne słabości, że jestem w stanie walczyć o dobro swojej rodziny. Dla mnie bycie mamą to odkrywanie w sobie ukrytych sił i zdolności. W szpitalu po urodzeniu młodszej córki czytałam „Biegnącą z wilkami” i chyba nadal pozostaję pod wpływem tej książki, dlatego teraz patrzę na macierzyństwo jak na uwalnianie pradawnych kobiecych mocy.

Czego brakuje Ci najbardziej jako mamie? Jakich treści w internecie nie znajdujesz? Co Cię najbardziej drażni, a co zaskakuje?

S: Najbardziej brakuje mi snu ;) W internecie znajduję już chyba wszystko, nawet to, czego wolałabym nie znajdować. Dobrze się dzieje, że powstaje tyle serwisów dla mam i dla ojców. Że tworzy się miejsca, które podają rodzicom rzetelną wiedzę i pomocną dłoń. Drażni mnie to, że nadużywamy tej wolności, którą dał nam internet – ale z drugiej strony, jesteśmy ludźmi, nadużywamy wszystkiego, czego da się nadużyć. A co mnie zaskakuje? Jestem mamą, chyba już nic nie jest w stanie mnie zaskoczyć.

Dziękujemy za rozmowę

Synafia – matka dwóm córkom, żona jednemu mężowi, kobieta samej sobie. Filolog klasyczny w rezerwie. Zamiast tłumaczyć pisma polemiczne Cycerona, pracuje w branży szkoleniowej. Poza tym sprząta, pierze, gotuje. Czyta, słucha, obserwuje. I bloguje.

Matczyne radio

Halo, halo! Tu matczyne radio w matczynym kraju,
Nadajemy audycję z matczynego raju.
Proszę, niech każdy nastawi aparat,
Bo zebrały się matki dla odbycia narad:
Po pierwsze – w sprawie,
kto głosował przeciwko ustawie?
Po drugie – czemu
żłobek prowadzi ku wszelkiemu złemu?
Po trzecie – o tym
że butelką karmią tylko niecnoty!
Po czwarte – jak
ukarać matkę,
co robi coś nie tak?
A po piąte przez dziesiąte
Będą mówić, dyskutować,
przekonywać i mordować
Matki następujące:

nienormalna feministka
laktacyjna terrorystka
katolicka waryjatka
oraz eko-chusto-matka
głupia zdzira, moherzyca,
egoistka, wampirzyca,
święta pinda, psychopatka
oraz każda inna matka.

Pierwsza z nich zaczyna furiatka:
„Halo! Ty tępa różowa lalo!
Tu nie lata sześćdziesiąte!
Jak można mieć dzieci piątkę?
Ty się naucz z gumką bzykać!
Albo idź do medyka,
niech ci podwiąże co trzeba!”

Na to druga: „Wielkie nieba!
„Jak to poszłaś do pracy?!
Moje dzieci są cacy,
Bo ja się umiem poświęcić,
Mnie kariera nie nęci.
A ty jesteś bez serca suka!
Ja wiem dobrze, mnie nikt nie oszuka,
Kobiety pracować nie muszę wcale,
Ja takie jak Ty to serdecznie walę!

Jak usłyszy to trzecia,
wrzaśnie: „Tobie się mózg rozleciał!
Ty od siedzenia w domu,
Masz intelekt silikonu!
Jak można w ogóle nie pracować,
Nie rozwijać się, marnować!
Mąż w końcu cię rzuci i dobrze zrobi!
Ty powinnaś mieszkać chyba w Nairobi!”

I od razu wszystkie matki,
wystukują cne notatki:
„Karmić piersią – to zwierzęce! Ja umywam z tego ręce!
Co? Butelką? Targowica! Butlą karmi wampirzyca!
Ja nie szczepię, nigdy w życiu! Wolę wylądować w kiciu!
Do przedszkola nie posyłaj! Tam kalectwo, syf i kiła!
Z mamą w domu? To kaleka! Jaka przyszłość dziecko czeka?
Moje na wierzchu ma być! A czyje?
Język ci wyrwę, oko wybiję!
Ty matką zwiesz się? Wstydź się, wstydź się!”
I wszystkie matki zaczęły bić się.
Przyjechała Święta Inkwizycja
I tak się skończyła matczyna audycja.

/synafia/

Uwaga! Powyższa porada jest jedynie sugestią i nie może zastąpić wizyty u specjalisty. Skonsultuj się z lekarzem.

Jesteśmy tu dla Ciebie. Podejmujemy tematy, które dla nas, Rodziców, są ważne. Miło nam Ciebie gościć na naszej stronie! :) Pozostaw ślad po sobie w komentarzu! Jeśli prowadzisz bloga, chętnie Cię odwiedzimy! :)

Komentarze

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

  1. olka k olka k

    Świetna babka!

  2. xxx xxx

    Gratuluję! Super wywiad!

  3. HelowaMama HelowaMama

    Świetne:) Matka matce wilkiem- taka prawda! Myślę,że wyładowywanie się na sobie nawzajem to efekt frustracji spowodowanej zmęczeniem, stresem, przedłużającą się zimą itd. A przynajmniej mam nadzieję,że to to, a nie wredność w czystej postaci:)

  4. ninka ninka

    Bardzo dobrze się czyta i najgorsze z tego wszystkiego, że prawdę się czyta…Kobiety patrzą na siebie wilkiem, a właśnie kobiety potrzebują siebie…Faceci są mądrzejsi, szkoda, że większość z nas tego nie widzi.

  5. ania skowronek ania skowronek

    Jestem absolutnie oddaną czytelniczką mądrego bloga Synafii, co polecam nie tylko matkom! Powyższa rozmowa oddaje Synafię – matkę. A ta tymczasem jest jeszcze słuchaczką dziwnych muzyk, czytelniczką dziwnych książek i głęboką myślicielką wzbudzającą refleksję nad wydarzeniami codziennymi znanymi z radia. Rewelacja!

    • Dorota Dorota

      Zgadzam się ze wszystkimi powyższymi komentarzami. Byłoby idealnie, gdyby każda mama miała tak „poukładane w głowie” jak bohaterka wywiadu. I choć rzadko aż tak „chwalę”, to według mnie w tym wypadku należy się w 100%!

  6. Paulina Paulina

    rany to ja na jakieś mądre kobiety trafiłam, większość wspierających dusz, tylko dwie wredne zgredy, a reszta to anioły!!!

  7. JJJ JJJ

    świetnie napisane, świetnie opisane, dobre pytania i naprawdę dające do myślenia odpowiedzi. podziwiam i jestem fanką :)