„Dziecko z bliska”

Prawdą, jest, że „Dziecko z bliska” Agnieszki Stein czyta się lekko i dobrze. Tak jak opisało to już wiele osób przede mną: ma się wrażenie, że rozmawia się z bliską osobą, która pocieszy, przytuli i powie: „dasz radę”. Z drugiej strony z każdej karty wyłania się jeden obraz: potrzeby stworzenia nierealnej bajki, w której dzieci są bardziej dojrzałe niż w rzeczywistości, a rodzicom nie brakuje czasu i cierpliwości, by podążać za nimi niczego nie zabraniając, ani w żaden sposób nie ograniczając ich nieposkromionej potrzeby odkrywania i przekraczania wszelkich granic.

Autorka ma jedno dziecko. Da się to wyczuć. Równie mocno jak to, że jej przedstawiana wizja rodzicielstwa jest tak trudna w realizacji w praktyce, że właściwie niemożliwa. O ile rodzice jedynaka, przy dużym wsparciu ze strony bliskich i rodziny, mogą wprowadzać wskazówki Autorki w życie, to bardzo wątpliwie jest to, że w takim samym stylu będą w stanie wychować dwoje dzieci, nie wspominając już o bliźniakach, czy większej gromadce.

Sposób na jedynaka wychowywanego przez całą wioskę

„Można więc powiedzieć, że najlepsze przygotowanie do rodzicielstwa to stworzenie sobie sieci wspierających i życzliwych dorosłych. Jak mówi afrykańskie przysłowie potrzebna jest cała wioska, aby wychować jedno dziecko.” (s. 120)

Aż się chce zapytać – co zrobić, jeśli kobieta nie ma pomocy? Jeśli jest samotną matką, musi szybko wrócić do pracy, ciągle pędzi i goni, by sprostać wszystkim wyzwaniom? Co w sytuacji, kiedy rodzice mierzą się z wychowaniem bliźniaków, czy dzieci urodzonych rok po roku, jak wtedy wyobrazić sobie bieganie z chustą ze śpiącym niemowlakiem za roczniakiem na spacerze? Jak karmić i być gotowym na każde wezwanie i spać z dzieckiem (bo maluch po tym, jak mama wstaje od razu się budzi), gdy mamy drugie dziecko, które również domaga się naszej uwagi? Realia są różne: nie każdy z nas ma sztab pomocników gotowych na każde skinienie pomagać nam w wychowywaniu i zajmowaniu się dzieckiem. Co wtedy? Autorka nie daje odpowiedzi, jednak ma świadomość ograniczeń swojej wizji, pisząc na samym końcu:

„Sytuacje i informacje zawarte w tej książce najczęściej dotyczyły relacji jednego dorosłego z jednym dzieckiem. A przecież rzeczywistość jest dużo bardziej złożona (…)” (s. 302).

Oczywiście idea rodzicielstwa bliskości przedstawiona przez Agnieszkę Stein wygląda pięknie i sama chciałabym, żeby świat dał rodzicom możliwość jej wprowadzania w życie. Niestety taką perspektywę mają nieliczni. I kto wie, czy właśnie ze względu na te wyśrubowane oczekiwania co do powinności rodziców wiele rodziców decyduje się tylko na jedno dziecko?

Jesteśmy rodzicami

Jedną z głównych idei rodzicielstwa bliskości jest spanie z dziećmi oraz długie karmienie piersią. Autorka również się do tych aspektów odnosi, jednak nie poświęca im zbyt dużo uwagi.

„Jeśli rodzice chcą być naprawdę sami, to jedynym sposobem, aby to sobie zagwarantować, jest zapewnienie dziecku na ten czas opieki. Jeśli ma się w domu małe dziecko, to niezależnie od tego, czy śpi ono w swoim pokoju, czy w rodzinnym łóżku, jest pewne ryzyko, że obudzi się w najmniej oczekiwanym momencie”. (s. 92)

Każdy rodzic decyduje sam, czy spać z dzieckiem. To jego prawo i nie ma co w nie ingerować. Jeśli godzi się na brak intymności i potrzebującego sporo miejsca w łóżku malucha, to oczywiście jego wybór. Gdy nawet postanawia spać z trójką małych dzieci, a partnera wyprowadzić do łóżka w salonie: również.
Nie jestem w stanie jednak pojąć celu zrównywania tych dwóch sytuacji. Dla mnie to oczywiste, że łatwiej o bliskość między kobietą a mężczyzną wtedy, kiedy dziecko śpi w innym pokoju niż kiedy jest przytulone do piersi mamy, zaspokajając swoją potrzebę bliskości.

Reakcja kontrolowana

„Kiedy dziecko robi coś, co dorosłym nie pasuje, mają oni do wyboru dwa sposoby interakcji. Pierwszy, który polega na tym, że przerywa się dziecku działanie i ocenia je jako nieprawidłowe, a potem próbuje się załatwić sytuację, czyli uzyskać to, że dziecko podda się i zrobi to, czego się od niego oczekuje. I drugi, w którym zaczyna się od obserwacji dziecka i próby zrozumienia, o co mu chodzi. Można zastanowić się, do czego potrzebne jest dziecku jego zachowanie, w czym mu pomaga jego strategia. A potem wesprzeć je w zaspokojeniu potrzeby, która została odkryta pod jego zachowaniem. Dziecko rzuca jedzeniem. Można je ukarać, powiedzieć, że nie wolno, można wreszcie ostrzec je, co się stanie, jeżeli natychmiast nie przestanie. Można również zastanowić się, o co mu chodzi. Czy lubi sobie porzucać – może więc zaproponować mu zabawę w rzucanie….” (126)

No dobrze..Wyobrażam sobie…Mąż w pracy, ja próbuję wyjść z dzieckiem na zakupy. Najpierw staram się włożyć córkę do wózka, ona protestuję. Zgodnie z wymogami rodzicielstwa bliskości, przestaję to robić, myśląc „może córka chce pochodzić”. W takim razie „tracę jedną” rękę na to, by w razie potrzeby chwycić córkę, a drugą rezerwuję na zakupy. Wiem, że mam mniejsze możliwości, ale się nie poddaję.

Wychodzimy. Córka znajduje kałużę. Jako rodzic wychowujący zgodnie z zasady rodzicielstwa bliskości nie zabraniam do niej wejść, nawet się w niej pobawić, pochlapać. Córka jest mokra, ale zadowolona. W końcu nic się nie stało – mówię do siebie. Proszę córkę, by szła za mną. Ona protestuje, chce iść inną drogą. Nie ograniczam jej wolności, idziemy. Tak mija nam czas. Zbieramy kamyczki, oglądamy liście. Córka jest coraz bardziej brudna, robi się głodna. Zakupy niezrobione. Ludzie dziwnie się na mnie patrzą. Nagle przekonuję, że robi się późno i musimy iść do sklepu. Córka protestuje i rzuca się na ziemię, uderzając rękami o trawę i wyraźnie się złoszcząc. Nadal jej nie karcę i nie stosuję kar. Czekam aż się uspokoi. W końcu udaje mi się ją zaprowadzić do sklepu. Z trudem robię zakupy. Tuż przy ladzie córka trzymana na rękach zrzuca szklaną butelkę z piwem. Myślę: „no nic, może chciała zobaczyć jak spada”….

Powiecie historia przerysowana. Może…A kto inny zapyta, co z tego, w końcu tak wygląda rodzicielstwo i nie można wymagać od małego dziecka zbyt wiele? Z drugiej strony, czy w takim wypadku każdy dzień rodzica ma wyglądać jak ciągła batalia?

Rodzicielstwo bliskości: tak, ale tylko w domu

Ciągle trapi mnie to, co autorka pisze dalej: że nie da się do naszych metod przekonać innych. Nagrody i kary, których stosowania Agnieszka Stein nie zaleca, są częstą praktyką: właściwie zakładają je wszystkie metody wychowawcze. Dziecko spotyka się z nimi w przedszkolu, u babci, cioci. W różnej formie.

Jak zatem postąpić, gdy jesteśmy w domu rodziców, a maluch nieprzyzwyczajony do naszych zakazów, robi bałagan i eksponuje zawartość szafek z bielizną. Jak zareaguje dziecko na stanowcze „nie” ukochanej babci? A co stanie się w przedszkolu, w którym maluch również będzie próbował postępować według zasad, które zna z domu? Czy na pewno rodzice stosujące ideę rodzicielstwa bliskości, będą w stanie pogodzić się z trudnościami, jakie najprawdopodobniej napotkają, gdy dziecko zmierzy się z „innym światem”?

Autorka w pewnym sensie rozwija moje wątpliwości. Sugeruje, by skupić się na tym, co „tu i teraz” i nie wybiegać w przyszłość, bo tej nie zna nikt i że od rodziców nie wszystko zależy. To prawda. Jednak czy mamy się godzić, że  nie zależały od nas nic albo prawie nic?

Nie dla wszystkich

„Dziecko z bliska” to niewątpliwie interesująca publikacja. Unikalna i pełna informacji, które każą nam zastanowić się nad swoim postępowaniem i stosowanymi metodami. Obawiam się jednak, że wizja, jaką przedstawia jest zbyt idealna i przy tym nieżyciowa. Mimo wskazywania, że „tylko ten, kto siedział kiedyś przez cały dzień sam na sam z małym dzieckiem, wie, jak silne emocje budzi jego zachowanie, kiedy potrzeby dorosłego są niezaspokojone”, to rady Autorki stają się właściwie bezwartościowe w świecie pracujących mam, kobiet łączących wiele obowiązków, wychowujących więcej niż jedno dziecko oraz mieszkających z dala od rodziny, niemających wsparcia od znajomych i bliskich. W takich sytuacjach po prostu z myślą o sobie i swoich potrzebach jako rodzica, partnera, czy osoby realizującej swoje marzenia, lepiej zabronić, zachęcić dziecka do działania w określony sposób, po prostu zacząć wychowywać, zamiast czekać aż maluch sam dojrzeje, by pewne umiejętności zdobyć i pewne zachowania wprowadzić…albo czekać bezskutecznie.

Co pozostaje?

Gdy zastanawiam się głębiej nad ideą rodzicielstwa bliskości przedstawionąprzez Agnieszkę Stein, nie mogę się oprzeć wrażeniu, że w gruncie rzeczy jest mało odkrywcza. Każdy rodzic pragnący dobra swojego dziecka, stara się spędzać z nim czas, przytulać, rozmawiać, wspierać. Nie potrzeba do tego specjalnych terminów, nazw oraz dodatkowych idei. Każdy kochający rodzic ma potrzebę bliskości, tak, jak instynktownie każdy stara się wychowywać dziecko na dobrego człowieka. To w gruncie rzeczy łatwiejsze niż obarczanie odpowiedzialnością malucha, czy przerzucanie obowiązku wychowywania na innych…

Uwaga! Powyższa porada jest jedynie sugestią i nie może zastąpić wizyty u specjalisty. Skonsultuj się z lekarzem.

Kobieta, żona, matka. Po krótkim zastanowieniu - właśnie w takiej kolejności. Nie lubi przesady oraz forsowania tylko jednego trendu w wychowaniu.

Komentarze

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

  1. nula nula

    zgadzam się w pełni. te rady są totalnie nieżyciowe…stawiające mamę niżej niż dziecko. niby mówią, że chodzi o równię, ale to nieprawda…a potem mamy rozwydrzone dzieciaki, które po prostu są zagubione..

  2. magda magda

    odpowiedź w stylu rodzicielstwa bliskości: zakupy robi mąż, żona ma trzech pomocników: jeden robi obiad, drugi sprząta, a trzeci zajmuje się drugim dzieckiem, by kobieta mogła wyjść na spacer…a bym zapomniała, jeszcze jedna osoba do znoszenia wózka…nie, no co ja piszę: wystarczy chusta. i wszyscy zadowoleni. :D bezrobocie spada, wszyscy się rozwijają, a dziecko rośnie jak na drożdżach. no o co chodzi, pytam? bajka…:D

  3. iza iza

    Beznadziejny artykuł… Jeśli stosujesz zasady rodzicielstwa bliskości/porozumienia bez przemocy od święta to rzeczywiście staczasz batalie. Mam dwójkę dzieci (2 i 5), mąż często na wyjazdach, babcie 300 km od nas i najważniejsza dla mnie jestem JA. A żeby to osiągnąć, traktuje dzieci jak LUDZI.
    PS – zakupy można zrobić przez internet.Chyba, że mieszkasz w dżungli, ale wówczas pomoże wioska…

  4. Kamila Kamila

    Serdecznie polecam powtórne przeczytanie książki, tym razem, dla odmiany, ze zrozumieniem. A uwagi „sienieda” przekaże wielodzietnym kolezankom albo mamom-singielkom, niech mają odrobinę radości :)

    • magda magda

      Izo i Kamilo, wracajcie do swoich „światów”. I nie zawracajcie ludziom głowy głupotami. :) A dla mnie Wasze komentarze mówią same za siebie ;) I zamiast zachęcać do lektury, bo taki chyba macie cel, zniechęcają mnie tym bardziej. Jak mam być taka jak Wy, z waszym ekofanatyzmem, to nie takiej bliskości potrzebują moje dzieci i nie taka chce być dla innych ludzi :) pozdrowienia!

      • Kamila Kamila

        A dlaczegóż miałabym zachęcać kogokolwiek do czegokolwiek? Każdy żyje, jak chce, a co z tym przedrostek „eko” ma wspólnego to ja, doprawdy, nie wiem.
        Bardzo tu „gościennie” btw :D :D :D

        • Dorota Dorota

          Kamilo, dziękuję Ci za komentarze. Jest gościnnie. :)

  5. mamaa mamaa

    Wychowuję dziecko w bliskości i mam dużą wiedzę w powyższym temacie mogę więc spokojnie powiedzieć, że zupełnie się z Panią nie zgadzam. Argumenty które Pani przytacza często pojawiają się w ustach osób które po prostu nie korzystały z takiego sposobu wychowywania dzieci więc go de facto nie znają i się go boją. W praktyce jest to prosty i bardzo zdroworozsądkowy model. Noszę syna od urodzenia i niech mi Pani uwierzy, nic mi nie skrzypi, chusty i nosidła ergonomiczne są tak zbudowane, że odciążają kręgosłup i jak trzymam syna na rękach to naprawdę się zawsze dziwię jaka jest różnica. Jednak ktoś kto tego nie próbował po prostu nie widzi różnicy. Podobnie jak wydaje mu się, że dzieci wychowywane w bliskości wyrastają na drące paszczę potwory goniące samopas i robiące co im się podoba. Akapit „Reakcja Kontrolowana” jest natomiast po prostu obraźliwy. Bo fantazjuje Pani bardzo intenstywnie i bardzo negatywnie, mój 1,5 roczny syn czasem bawi się w kałuży a czasem nie, robi ze mną zakupy i towarzyszy w różnych czynnościach a jak coś mu nie po nosie i położy się na ziemi krzyczeć to mocno go przytulam i czekam aż mu przejdzie, tłumaczę albo staram zainteresować czymś ciekawym. Nie biję go wtedy jak to wielokrotnie widziałam na placach zabaw. Mogę w podobny sposób napisać o tradycyjnym rodzicielstwie bo na własne uszy słyszałam historie kiedy kilkumiesięczny maluch płacze 40 minut w swoim pokoju a jego mama nie podnosi się z łóżka bo przecież „nakarmiony i ma sucho i żeby się nie nauczył, że na każde zawołanie będę biegła”. Bo wielu rodziców nie dopuszcza do świadomości, że ich dziecko mogło się źle ułożyć, zdrętwieć czy mieć zły sen, obudzić się przerażone albo cierpieć na ból brzuszka. Dla nich między innymi jest ta książka.

    • Dorota Dorota

      Mamaa, dziękuję za merytoryczną odpowiedź. Nikogo nie miałam zamiar obrazić. Raczej przedstawić własną opinię na temat tego, co przeczytałam. Tak, jak podkreśliłam książka jest interesująca, dobrze napisana. Sama Autorka ma jednak świadomość trudności wprowadzania rad, jakie daje (cytaty w recenzji).
      Mama tuląca 12-kilogramowe dziecko – prosiłabym o pewny poziom wypowiedzi. :) A opis dotyczący „tulenia” dziecka pozwolisz, że zignoruję. :)

      • mamaa mamaa

        Z tym tuleniem i noszeniem sprawa jest również dyskusyjna, Olo jest 14 kilowym pulpetem i noszę go bez problemu, co więcej do niedawna usypiał bujany na rękach;) Dzieci nie rodzą się od razu tak ciężkie, nabierają masy stopniowo i po półtora roku treningu ramiona są naprawdę mocne, aż sama na siebie z dumą spoglądam:)

    • Aneta Aneta

      ładnie to opisałaś.
      ja mam dwójkę, jedno noszone, drugie nie. przy pierwszym miałam kręgosłup w strasznym stanie i rehabilitacja, przy drugim (noszonym w chuście i dobrym nosidle) nie.
      i rodzicielstwo bliskości nie polega na dawaniu – to podstawowe niezrozumienie tematu, który niestety jest powszechne. w rzeczywistości polega ono na dawaniu prawidłowych wzorów, szanowaniu drugiego człowieka. to wraca do rodzica i innych z otoczenia. nie chodzi o uleganie dziecku, ale dawanie i sobie i jemu prawa do potrzeb, ich wyrażania, złości, czy własnego zdania. ale jak napisałaś, żeby to zauważyć trzeba to praktykować.
      poza tym te teorie nie są wyssane z palca, tylko oparte na wieloletnich obserwacjach, dorosłych już ludzi, tworzone przez rodziców wielu dzieci (Searsowie), a nawet oparte na obiektywnych badaniach mózgu.
      odniosę się jeszcze do bliskości z partnerem. ponownie opinia osoby, która nie próbowała. dziecko w niczym nie przeszkadza, trudniej z dwójką ;) to nie jest tak (nie cały czas), że dziecko wisi na piersi. poza tym współspanie z małym dzieckiem w niczym nie przeszkadza ;) łóżko to nie jedyna opcja. poza tym łatwiej skupić się na mężu wiedząc, że dziecko jest bezpieczne.
      nie chcę nikogo urazić, ale czasami mam wrażenie, że najbardziej ironiczni są ludzie, którzy nie chcą tego spróbować, albo próbowali w niedostosowany do sytuacji sposób (jak z tym wyjściem do sklepu). i dochodzili do wniosku, ze to za trudne. bo i owszem bywa, szczególnie jeżeli sami dorastaliśmy w rodzinach, gdzie tego brakowało. ale wyśmiewanie kogoś, tylko dlatego, że samemu się nie chce czegoś robić, jest strasznie małe :(
      uczenie dzieci posłuszeństwa, bycia grzecznymi i siedzenia cicho odnosi czasami tragiczne skutki. bo ta energia w końcu musi gdzieś ujść, bo takie dzieci są bardziej narażone na krzywdzenie przez innych.
      polecam większy wgląd w potrzeby swoje, dziecka, i przeczytanie trochę więcej artykułów. to na prawdę nie jest tak zwane „bezstresowe wychowanie”.
      to wychowanie w szacunku, także do mnie !!
      nikt tak nie uszanuje uczuć drugiej osoby, jak osoba, które uczucia zostały uszanowane. nikt nie będzie tak odporny na trudy świata, jak ten, któremu pozwolono się na nie nie godzić, chroniąc siebie.

      p.s. chusta przy rozbrykanym starszaku to zbawienie – polecam ;)

      • Aneta Aneta

        jeszcze tak mi przyszło do głowy. któż z nas nie chce partnera czułego, wyrozumiałego, szanującego nasze odmienne potrzeby, czasami gorsze humory? czy chcemy zatem aby takimi partnerami były nasze dzieci i takich partnerów miały w życiu? jeżeli tak to najprostszym na to sposobem jest danie takiego przykładu dzieciom w domu rodzinnym, z którego czerpią wzór i siłę. nawet jeżeli nie zawsze się układa, nawet jeżeli nie wszystko robimy idealnie (nikt nie robi), to chyba warto próbować? szanując także swoje siły i potrzeby. ale, ja to zawsze powtarzam, to my decydujemy się na dziecko a nie ono na nas, to zobowiązuje :)

  6. mama tuląca 12 (!)-kilogramowe dziecko, gdy tego potrzebuje mama tuląca 12 (!)-kilogramowe dziecko, gdy tego potrzebuje

    Ciekawa recenzja, aczkolwiek znów myślę, że książki dla rodziców powinny być pisane totalnie łopatologicznie, wtedy byłyby lepiej rozumiane;)

    • mama kasi mama kasi

      a ja myślę, że w Polsce to nie można być szczerym :) załamują mnie te komentarze. a za recenzję plus!

  7. myszka myszka

    W rodzicielstwie bliskości chodzi o równowagę i zaspokojenie potrzeb wszystkich członków rodziny także matki. Kiedy się bawi w takie przerysowane sytuacje jak ta z niezrobionymi zakupami to tylko po to żeby usprawiedliwić swoje zachowanie w stosunku do dziecka, bo przecież i tak nie dałoby się inaczej. Dla mnie nieżyciowe i niewyobrażalne jest krzyczenie na dziecko, stosowanie kar, zmuszanie je do czegokolwiek wbrew woli – tego ja nie dałabym rady, nie wytrzymałabym psychicznie. Dla mnie nieżyciowe są kolorowe gazety, w których mamy mają tylko czyste uśmiechnięte dzieci i razem w pięknych wnętrzach pieką pierniczki, a potem spędzają upojną noc z mężem nie naruszając fryzury i manikuru, podczas gdy dziecko śpi w pięknie umeblowanym pokoiku. To jest dopiero kosmos i próby wprowadzenie takiego ideału w życie odbywałaby się kosztem dziecka. Prawdziwe życie dla mnie jest wtedy kiedy dziecku poświęcam kupę czasu, słucham go i szanuję i tak przy okazji pracuję i zajmuję się domem, a pomaga mi w tym wszystkim tylko mąż. Po prostu gdy mam wybór co jest ważniejsze staram się zawsze wybierać dziecko kosztem porządku, gotowanych obiadów, zasad dobrego wychowania czy opinii wśród sąsiadów i czasem mojej kariery, która mimo to wcale nie stoi w miejscu. Nie zawsze się udaje, ale myślę, że nie mam więcej kłopotów wychowawczych niż tradycyjne mamy, a na pewno więcej frajdy i radości z rodzicielstwa. Pozdrawiam.

    • Dorota Dorota

      Myszko, dla mnie krzyczenie również jest nieżyciowe, tak jak każda forma znęcania się nad dzieckiem: czy to psychiczna, czy fizyczna. W tym w pełni się z Tobą zgadzam :)

    • kinia kinia

      przecież każdy rodzic tuli, spędza czas: nie mówmy o oczywistościach. nie o tym jest powyższa recenzja…tylko o idei rodzicielstwa bliskości A. S. Ta jest recenzowana. Tymczasem tutaj panie skupiają się na tym, czy można kochać dziecko, czy nie. wiadomo, ze można. wiadomo, że rodzic jak kocha, to spędza czas…kurcze, Drogie Panie, trochę poziomu w tej dyskusji :D

  8. bliska mama bliska mama

    Witam, niestety nie mogę się zgodzić z tą recenzją, jako mama 2 dzieci chowanych w duchu rodzicielstwa bliskości mogę coś powiedzieć, po pierwsze droga do rodzicielstwa bliskości w moim przypadku była długa i kręta.

    Starsza córka obecnie ponad 3,5 letnia ma nadpobudliwość, nadruchliwość, nadaktywność i generalnie jest trudna do opanowania. Ale mama nie miałą wystarczająco dużo problemów i zafundowała sobie niemowlaka 8,5 miesiąca (między dziewczynkami jest prawie idealnie 3 lata różnicy).

    Mając takie dziecko przetestowałam wszelkie metody wychowawcze (które nie zakładają karcenia, bo to zostało wyeliminowane na początku) karne jeżyki też były. Były metody krótkich poleceń i wiele innych, i wszystkie te metody sprawdzały się przez miesiąc. Metoda samodzielnego zasypiania 3-5-7 na wypłakanie trwała u nas 20 minut i doszliśmy że coś jest nie tak, i dobrze, 2 lata temu wpadła mi w ręce książka Margaret Sunderland „Mądrzy rodzice” która przeorała moje postrzeganie rodzicielstwa i opieki. Żadnych psychologicznych wywodów, sama nauka i medycyna poparta badaniami, jak działa mózg dziecka, dziecka z ADHD, jakie ma potrzeby, porównanie mózgu człowieka, dziecka, ssaka naczelnego, innego ssaka i gada. Czysta nauka.

    Matko jaką ja krzywdę robiłam własnemu dziecku, chciałam zrobić z niego sierotę, Tak miała swoje łóżeczko, tylko nie chciała w nim spać, zasypiała więc z nami, a potem ją przekładaliśmy, w nocy się budziła i wracała.
    Chustowana była odkąd skończyła 4 miesiące. I jeszcze rok temu na wakacjach.
    Młodsza wskoczyła do chusty, bo dzięki temu mam szczęśliwe dziecko, wyspane dziecko i 2 ręce wolne, co na spacerze i zakupach ze starszą jest bardzo przydatne. Śpi z nami i nie przeszkadza nam to w relacjach intymnych, w żaden sposób. Ostatnio zdarza nam się spać w 4 na łóżku 138 cm szerokości i wszyscy są szczęśliwi.
    I obie są karmione nadal piersią.
    Ze starszą rozmawiam, tłumaczę mówią o swoich emocjach, nazywam jej emocje.

    Podsumowując bez większego rozpisywania się.

    Tak rodzicielstwo bliskości sprawdza się przy 2-ce dzieci, gdzie starsze robi za 3-je. Przynosi rewelacyjne efekty, córka jest grzeczniejsza, niż przy innych metodach wychowawczych, nie karze jej ale ponosi konsekwencje naturalnie wynikające ze swojego postępowania, a oto chodzi w rodzicielstwie bliskości.
    ja jestem szczęśliwa (chociaż bywam zmęczona, ostatni weekend po raz pierwszy od wielu miesięcy odpoczywałam i nabierałam energii z pomocą babci).

    Tak rodzicielstwo bliskości jest możliwe przy większej liczbie dzieci, nie potrzeba na to tak dużo czasu jakby się wydawało, tylko zrozumienia dla małego człowieka i jego potrzeb i emocji, bo ono o nie samo zadbać nie umie, za ty my możemy zadbać sami o siebie i o nasze dzieci.

    • Dorota Dorota

      Drogie Mamy, dziękuję Wam za wszystkie wypowiedzi. Niestety niektóre ze względu na niski poziom merytoryczny i inwektywy kierowane w stronę rodziców wychowujących w idei bliskości oraz tych mam, które stoją po stronie braku konieczności wymyślania nowych terminów na „coś”, co jest jak najbardziej naturalne: nie mogą być zatwierdzone.
      Ponadto proszę Was o wypowiadanie się w temacie, bez złośliwości. Komentarze łamiące tę zasadę nie będą akceptowane.
      Nie będę jednak odnosić się do Waszych komentarzy dotyczących mojej osoby. Nie o tym mowa powyżej. Dodam tylko, że fragment o spacerze i odwiedzeniu sklepu nie był inspirowany MOIM doświadczeniem. Nie o MNIE jest powyższy tekst. Przedstawiłam osobistą OPINIĘ na temat przeczytanej książki. Każdy może mieć własne zdanie. Proszę tylko o odrobinę klasy przy wypowiadaniu się…Komentarze też świadczą o Autorach :)

      • mama kasi mama kasi

        to teraz ja. :) czytałam książkę – od razu zaznaczę. :) I powiem tak. Próbowałam nosić dziecko w chuście: w wieku 2 miesięcy. Nic z tego, córka krzyczała w niebogłosy. nie podobało się jej.
        spałam z córką, gdy karmiłam piersią. o seksie nie było mowy. Nie było tak jak dawniej. Pracowałam tak, jak mąż w ciągu dnia też nie było mowy o bliskości. Niby jak? Bardzo lubiłam karmić, ale też kocham męża. Odstawiłam córkę. Nasze małżeństwo odżyło.
        Próbowałam nie stosować kar. Niestety, córka potrafiła nawet nas uderzyć. Nie, nie biliśmy i nie bijemy jej. Nie wiem, skąd jej się to wzięło. Wystarczyło raz zareagować – zanieść ją na chwilę do kojca, powiedzieć, że nie wolno i zostawić na minutę. Sytuacja się nie powtórzyła nigdy więcej. Dzisiaj córka nikogo nie bije. Podobnie postąpiliśmy przy inych okazjach. Tylko „kary skutkowały”. Nie, nie biję dziecka, nie krzyczę. Daję karę, ale z miłością, spokojem, bo wiem, że to z troską o dziecko.
        Nie chce, żeby moje dziecko uzewnętrzniało swoje emocje, jak pisze autorka. Wolę, żeby wiedziała, kiedy można się wypłakać w maminy rękaw, a kiedy lepiej być „spokojnym”.
        Nie, nie terrozuje dziecka. Ja je wychowuje. A ta książka sugeruje, że nie trzeba tego robić.
        Dodam pracuję: w domu. Nawet gdyby dziecko przekonało się do chust, nie byłabym w stanie jej nosić i pisać…Więc jednak chusta nie rozwiązuje wszystkiego i czasem po prostu lepiej jak dziecko pogłaszcze się po głowie niż od razu nosi…
        Rozumiem tę recenzję i podpisuję się pod nią: doświadczeniem, umysłem i sercem.

        • Joanna Joanna

          Książki nie czytałam i już pewnie nie przeczytam, bo tylko bym się zdenerwowała. Mimo,ze moja córeczka ma dopiero 10miesięcy to ‚już’ ją wychowujemy. Nie będę zbytnio się rozpisywała, bo pewnie jeszcze przed nami wiele nauki i doświadczeń w tym zakresie. Mala jednak już teraz czasem pokazuje swoj upór i charakterek. Oczywistym jest, że oboje z mężem okazujemy jej wiele milości i uwagi. Ja poświeciłam poki co caly swoj czas dla córki, czasami jest to 24h ;-). W moim mniemaniu jednak tzw. ‚bezstresowe wychowywanie’ nie wchodzi w grę. I w jakims sensie zgodzę się m.in. z Mamą Kasi. Uważam, ze dziecko musi miec wyznaczone pewne granice, wiedziec co jest ‚dozwolone’ a co nie. Przemoc i krzyki oczywiście niedopuszczalne. Dziecko nie moze układać dnia według swojego pomysłu. Choć muszą być i takie chwile, w których ono może sie wykazać, wyszumieć, jakkolwiek to nazwać. Lakonicznie rzecz ujmując jest czas na zabawę i wygłupy z rodzicami, na chlapanie w kałuży i robienie balaganu w pokoju, na oglądanie kwiatów i kamyków na spacerze (czekam na te chwile z niecierpliwością, póki co mała szybko sie nudzi), ale i musi znaleźć się czas na wypełnienie dziennych obowiązków (bo każdy je ma i mały i duzy), czy na zrobienie porządku po tych zabawach i harcach…

          • bliska mama bliska mama

            Nie wiem czemu wszyscy utożsamiają wychowanie bezstresowe z wychowaniem w duchu rodzicielstwa bliskości.
            Nie to nie są tożsame stwierdzenia.
            Moje dzieci maja wyznaczone granice, dzieci uderzają (zwłaszcza małe) bo tak się komunikują, przecież nie powiedzą „jestem na ciebie zła bo…” tylko reagują agresją na frustrację, naszym zadaniem jest nazwać te emocje, pozwolić je dziecku zrozumieć i wytłumaczyć że to jest złe, przytulając dziecko i tłumacząc pozwalamy rozładować emocje i odwrócić zachowanie w coś pozytywnego. Odstawiając dziecko, nie rozwiązujemy jego problemu, nie wie czemu to jest złe, nadal nie umie poradzić sobie ze swoimi emocjami, nie uderzy nas ręką, tylko pójdzie walić głowa w ścianę (tak dzieci tak też robią).
            W rodzicielstwie bliskości są granice, ale to rodzić pomaga dziecku ich nie przekraczać. Rodzic ma do wykonania olbrzymią pracę. Tak czasami odmawiam dziecku, jeśli jest to istotne dla lego zdrowia, psychiki (dziecko potrzebuje granic by czuć się bezpieczne), czy bezpieczeństwa.
            Czasem mamy wspólny timeout, tzn kiedy córka jest mocno pobudzona, to dla jej dobra zamykam się z nią w ciemnej łazience aż się uspokoi, śpiewam jej i przytulam.

            Jasper Juul powiedział, że możemy nasze dzieci wychowywać, ale tak na prawdę nigdy nie wychowamy ich na nikogo innego niż nas samych, tak więc naszym zadaniem jest dawać dzieciom dobre wzorce, wspierać prawidłowe zachowania i tłumaczyć dlaczego coś jest złe. Dzieci bardzo lubią kiedy się z nimi rozmawia i traktuje jak dorosłych (adekwatnie do wieku).

            Pisze tu o rodzicielstwie bliskości z życia codziennego, tym co działa, nie jest to nic zaczerpnięte z książek, tylko żywe przykłady jak to funkcjonuje w 4-roosobowej rodzinie.

            Jeśli dziecku pomożemy nazwać emocje, łatwiej sobie z nimi poradzi i będzie szczęśliwsze ma to także pozytywny wpływ na jego zachowanie, nie wystarczy możliwość przytulenia się, dziecko chce wiedzieć co się z nim dzieje, dzięki temu łatwiej mu się uspokoić.

            Drogie mamy zadam pytanie. Czy kiedy jest wam źle, zastanawiacie się czemu starając się coś z tym zrobić, czy tylko płaczecie (tak wiem płacz oczyszcza, też czasem muszę odreagować)?

            żeby nie było, nie jest to do nikogo skierowane personalnie, jak wspominałam, to moje własne refleksje i doświadczenia z życia.

          • marlena marlena

            Bliska Mamo, a czym jest wychowanie bezstresowe? ten termin jest przecież tak różnie rozumiany…czy w Polsce nie jest właśnie utożsamiany z brakiem stosowania kar, z większą niż w powszechnym modelu swobodą, z brakiem stawiania granic w rozumieniu takim, jak można odczytać z powyższego? Podkreślasz, że rodzice wychowujący w bliskości stawiają granicę, ale czy właśnie nie tym się różnicie, że są one bardzo szerokie, tak szerokie, że niektórzy są skłonni twierdzić (moim zdaniem słusznie), że ich nie ma: w codziennym życiu, szarej rzeczywistości, wyborach i dylematach?
            TY również źle odbierasz model nazwijmy go „tradycyjny przyjazny rodzinie”. To nie jest tak, że jeśli mama wykaże swoją dezaprobatę, że dziecko rzuca się na podłogę i wpada w histerię (zamiast go objąć- jak tu ktoś sugerował i mocno przytulić), to się nad dzieckiem znęca, czy w jakiś inny sposób poniża. Ta matka jest po prostu sobą. Okazuje emocje. Tak jak je okazuje dziecko. Emocje potwierdzone tysiącem lat. Tutaj też natura się nie myli. Nie bez przyczyny czegoś jako ludzie nie akcetujemy. Nie demonizujmy, że tylko „mały wiedzą jak wychowywać swoje dzieci”. Rodzice przez wieki też doszli do pewnych wniosków. To, co najlepsze w tym, co ustalili: przetrwało.
            Skoro dziecko ma prawo do emocji, to czemu nie matka? Tym bardziej w takich sytuacjach, kiedy dziecko wpada w histerię. Matka ma prawo pokazać, że jej się to nie podoba. Tym bardziej, że to nie jej wymysł, ale właściwie tak wygląda powszehcny odbiór społeczny.
            Są pewne reguły społeczne i według mnie wychowanie jest właśnie po to, by się do nich stosować. Nie mówię, być tacy, jak wszyscy, ale umieć żyć w społeczeństwie. Gdybyśmy tak wszyscy kierowali się emocjami, pozwalali by na ich okazywanie zawsze i wszędzie, jak by wyglądał świat?
            Moim zdaniem w Waszym poglądzie jest wiele niespójności. Dlatego jako mama nie chce i nie umiem ufać takim rozwiązaniom. Nie ma idealnych modeli, sposobów wychowania, jednak ja wolę zaufać temu, co sprawdzało się przez wiele lat. Tymczasem naokoło mam zbyt wiele przykładów „eksperymentów” stosowanych przez rodziców.
            Na koniec tylko dodam: kochajmy swoje dzieci. Nieważne czy wychowujemy je „blisko”, czy inaczej. Ważne, żeby robić to, do czego jest się przekonanym.

          • madzik madzik

            Drogie Bliskie Mamy, dziecka nie trzeba nosić całymi dniami, by okazywać mu bliskość. Można po prostu przytulić, w tym czasie siedząc, czy pogłaskać po główce…Można karać i robić to z miłości :)

  9. kamila-82 kamila-82

    Marleno,
    wychowanie bezstresowe to olewanie dziecka, to kupowanie mu playstation zamiast rozmowy przy kolacji, to niereagowanie na rozpaczliwy krzyk dziecka, które agresją i bezczelnością woła o uwagę rodzica. Tym jest bezstresowe wychowanie, tak pełne stresu dziecka i otoczenia (a w końcu i rodzica, który budzi się jak dziecko ma 16 lat i bierze twarde narkotyki).
    Więc nie porównuj tutaj proszę rodzicielstwa bliskości bo obrażasz naukowców i rodziców, którzy tę metodę propagują i zgodnie z nią żyją.

    Jak dziecko rzuca się na podłogę w histerii to choćbyś stała na głowie ze złości, nic to nie da. Możesz ew. na siłę, wyrywając dziecku rękę, zaprowadzić je do domu, żeby sąsiedzi nie patrzyli (których się tak obawiasz, jak wiele „tradycyjnych”, jak to mówisz, rodziców). A w domu i tak dziecko się wywrzeszczy i dopiero uspokoi.
    Możesz też dziecko objąć albo dać mu spokój, być blisko i czekać aż emocje opadną. A potem pogadać, co się stało, dlaczego kochana przez Ciebie istota aż tak się zdenerwowała (zawsze jest przyczyna, warto ją poznać – jak wracasz wkurzona z pracy to też najpierw rzucasz torebką, a potem, jak opadną pierwsze emocje idziesz do męża pogadać co się stało).

    Patrzysz strasznie krótkowzrocznie, piszesz, że coś jest potwierdzone tysiącem lat, otóż masz rację, natura się nie myli – przez tysiące lat matki spały z dziećmi, karmiły piersią, były blisko. Uwierz, ze tysiąc lat temu nie było osobnych pokoi, łóżeczek i elektronicznych niań.

    Piszesz o powszechnym odbiorze społecznym – ja mam się wstydzić, że pozwalam dziecku skakać w kałuży, czy nie leję go w tyłek jak akurat włącza mu się głupawka, a NIKT nie zwraca uwagi na zasrane chodniki, jak sąsiad leje żonę, jak tony jadu leją się na forach? Mam gdzieś opinie ludzi, żyję tak, by nie krzywdzić innych, staję w obronie słabszych, kieruję się zasadą uczciwości i pielęgnowania wartości.

    Pytasz, jak wyglądałby świat pełen emocji – otóż właśnie uwierz, że dziecko, które ma mocne poczucie własnej wartości, mocny szkielet wykształcony dzięki temu, że rodzice są jego podporą, jest spokojne na co dzień. Że radzi sobie ze stresem, że nie ma blokad i potrzeby dodawania sobie odwagi np. alkoholem. Jakoś nie znam żadnego alkoholika z domu, w którym rodzice byli blisko, za to takich z „porządnych tradycyjnych rodzin” znam wielu.

    Piszesz, że nie ufasz rozwiązaniu, bo jest za dużo niespójności – otóż nawet gdyby tu była spójność absolutna (co nigdy i nigdzie nie jest możliwe), to i tak byś tej metody nie stosowała. Wydaje mi się, że powielasz metody własnych rodziców. Tylko zastanów się w głębi serca, jakie miałaś i masz z nimi relacje. Wiem, że to trudne i wielu z nas wypiera prawdę. Ale spróbuj. Czy masz pewność siebie, siłę w sobie? Czy mogłaś i możesz liczyć na rodziców w każdej sytuacji? Czy mówisz im i słyszysz od nich „kocham cię”?

    Nie zgadzam się z Twoim podsumowaniem – to podstawa, jak je wychowujemy. Jeśli kochasz dziecko, a nie okazujesz tego bliskością, to kochanie jest w sferze słów, myśli. To za mało. Za mało.

    • Julia Julia

      Pani Marleno,
      Historia i ideologia „bezstresowego wychowania” jest bardzo pokrewna z zasadą „rodzicielstwa bliskości”. Polecam podobny artykuł w tym serwisie oparty przede wszystkim na merytoryce. Bardzo mylnie jest odbierana zasada bezstresowego wychowania, nie tylko w dzisiejszej Polsce, ale również na całym świecie. Wielu osobom wychowującym dzieci w stylu „usuwania barier” nie udaje się stosować prawidłowych „zasad” bezstresowego wychowania zrzucając niejako wychowanie właśnie przywołanym przez Panią przedmiotom i jak to Pani określiła „olewając” dziecko i Jego potrzeby. Jest to nic innego jak zła interpretacja metody wychowawczej wynikająca najpewniej z niewiedzy lub niekonsekwencji.
      Polecam artykuł „Dyscyplina czy łagodność…”, gdyż wydaje mi się, że wielu osobom rozjaśni się określenie „bezstresowe wychowanie”, a co za tym idzie będą mogli odnieść się do reguły „rodzicielstwa bliskości” porównując te metody lub je od siebie definitywnie odróżniając.

  10. vica vica

    Tak, jak autorka napisała, każda matka ma chyba na tyle wyostrzony „instynkt” i „intuicję”, by wpaść samodzielnie na te rozwiązania. Ale bliskość i czułość popieram. Dziecko ma wtedy większe poczucie bezpieczeństwa.

  11. MAnia MAnia

    ja mam zupełnie inne wrażenia po lekturze tej książki. Patrzę na swoje półroczne dziecko, wobec którego stosujemy podejście bliskości i widzę z każdym dniem, że robię dobrze. Patrzę ufnie również w przyszłość i rady Agnieszki Stein wydają mi się intuicyjnie bliskie. Nawet jeśli moje emocje nie pozwolą mi zrealizować nakreślonego przez nią, idealnego modelu – pretensje będę miała tylko do siebie, a raczej podejdę do tematu ze zrozumieniem, którego uczy ta książka. Widzę w niej mnóstwo bardzo fajnych sposobów na życie – m.in. zapewnienie sobie wsparcia innych dorosłych rozumiem jako np. zapisanie się na grupę wsparcia dla mam albo tzw. krąg matek – mam taki cykl spotkań za sobą i wszystkim polecam – to właśnie zadbanie o siebie i swoje potrzeby. No i póki co, widzę, że stawianie poprzeczki sobie ma o wiele większy sens, niż stawianie jej dziecku – jest to po prostu o wiele bardziej skuteczne. Polecam tę książkę wszystkim rodzicom! Znam też kilkoro dzieci w wieku przedszkolnym, których rodzice mają podobne podejście i są to pewne siebie, współpracujące i urocze osoby!

    • Dorota Dorota

      MAnia, dzięki za komentarz. Dziękuję też za pozostałe komentarze.
      Mimo to pozostaję „przy swoim”. Dla mnie dziecko nigdy nie będzie równoważnym partnerem (partnerem może być dla mnie Mąż, nie dziecko), nie zgadzam się z traktowaniem go jako dorosłego. Każdy wiek ma swoje prawa i obowiązki. Miłość, szacunek dla dziecka nie kłóci się z ideą jego wychowywania. Dziecko powinno wiedzieć, co „wolno” a czego „nie wolno”, dlatego kary i nagrody są potrzebne. Wszystko oczywiście z pełnym szacunkiem. Nie potrzeba rodzicielstwa bliskości w takim wydaniu jak w książce, by wychować dzieci na pewnych siebie dorosłych. Nie potrzeba tych zasad, by dzieci miały poczucie bezpieczeństwa…Potrzeba bliskości nie musi mieć „dodatkowych nazw” i uzasadnień, by ją stosować…:)

      • kinia kinia

        w pełni się podpisuje. przeczytałam całą tę dyskusję i naprawdę tylko stwierdzam, że ludzie to jak fanatycy podchodzą do wychowywania dzieci. jak stosujesz kary, to już musisz być patologicznym rodzicem. jak kochasz, to już musisz nosić całymi dniami, karmić piersią do piątego roku życia i spać z dzieckiem aż pójdzie ono do szkoły! litości!

        • maria maria

          też stosuję kary. zbyt wiele dzieci widzę codziennie, które kar nie znają. płacz dwulatka to nie jest dla mnie płacz niemowlaka. dziecko w tym wieku wie, że w ten sposób może coś uzyskać. wie, bo rodzice zbyt często tego uczą. naprawdę ludzie obudźcie się i zacznijcie wychowywać swoje dzieci!!! dla dobra nas wszystkich!!!

          • monika06 monika06

            czytając te wszystkie wypowiedzi pozostaję przy swoim, że jednak dziecko musi wiedzieć co mu wolno a czego nie….no niestety ale czasami dziecko musi dostać jakąś karę żeby „nie weszło nam na głowę” i wcale nie chodzi mi o bicie, krzyk na dziecko. czasami wystarczy chwilowe „łóżeczkowanie” ;)

          • Pani Mama Pani Mama

            Lubię ten portal i recenzje książek zwłaszcza :) Dzięki Wam nie czytam ciągłe pięknych, ale nieprawdziwych rekomendacji!!!

          • Jolka22 Jolka22

            Na pewno nie przeczytam tej książki…

          • AP rodzic AP rodzic

            Kolejna, która myśli, ze rodzicielstwo bliskości to brak wychowywania…
            Dorota a ja myślę, że nie bardzo zrozumiałaś koncepcję tej „metody” i ogólnie książki, takie mam wrażenie po przeczytaniu Twoich komentarzy.
            Ciągle się podkreśla, że nie chodzi o to żeby w kółko nosić, karmić piersią, być niewolnikiem i usłużnym dziecka, chodzi o odczytywanie sygnałów jakie śle nam dziecko poprzez swoje zachowanie i poprawne reagowanie na nie. Nie ma to nic wspólnego z brakiem wychowania, czy brakiem granic, chodzi tylko o to żeby robić to z szacunkiem, miłością a przede wszystkim zniżyć się do poziomu dziecka – dosłownie i w przenośni żeby choć na chwilę zrozumieć jego percepcje świata.

          • mala11 mala11

            Przeczytałam zarówno wnikliwie recenzję, jak i komentarze. Co prawda książki nie czytałam, ale zarówno komentarze jak i treść recenzji przekonuje mnie, że…nie warto. Uważam, że w życiu potrzebna jest harmonia. To udowadnia mi ta recenzja. „Przeginianie” w żadną stronę to nie jest dobry pomysł.

  12. Karenina Karenina

    Jak cudownie przeczytać taki zdrowo zdroworozsądkowy artykuł. Ja uważam wyżej wymienioną pozycję za zbiór górnolotnych wypowiedzi, pozbawionych sensu.
    Nie wyobrażam sobie swoje życia ograniczyć do kp, noszenia i spania z dzieckiem.

  13. Olenka Olenka

    chociaz jakis portal, na którym kazda ksiazka nie jest genialna! Czyta sie swietnie!!! I tez mam podobne wrazenia co do calego rodzicielstwa bliskosci;)

    • mamama mamama

      Bardzo dużo rozmawiam z moimi znajomymi (w większości posiadającymi dzieci) o tym jak byli wychowywani przez swoich rodziców i jak się czuja dzisiaj, jako dorośli ludzie. Okazuje się, że większość z nich pod maską przebojowych, pewnych siebie i zadowolonych ludzi ukrywa lęk, nieznajomość własnych i cudzych granic, nieumiejętność okazywania innym bliskości, nieumiejętność ufania innym, nieumiejętność radzenia sobie z własnymi trudnymi emocjami, brak pewności siebie. I ja to też u siebie odkrywam i od lat pracuje nad sobą. Ja i moi znajomi byliśmy wychowywani w tradycyjny sposób: były kary i nagrody były klapsy (naszczescie dzisiaj sie od tego odchodzi), było „uczenie samodzielności” poprzez popychanie do niego bez wyraźnych oznak gotowości na to, były komunikaty, że nie wolno się złości, że nie wolno płakać – nie wolno okazywać swoich, nie wygodnych dla innych, emocji w nieodpowiednich momentach. Atmosfera, że „dzieci i ryby głosu nie mają” i „każdy wiek ma swoje prawa”…

      Nie jestem psychologiem, ale dużo czytam na ten temat, moje wiedza na temat psychologicznych aspektów traktowania ludzi ogranicza się do własnego doświadczenia i opowieści innych (paru znajomych). Pamiętam jak się czułam jak mnie rodzice traktowali w „tradycyjny” sposób. Wiem, że czułam się strasznie i nie chcę, żeby moje dziecko się tak czuło. Czułam jedynie złość i frustrację, poczucie niezrozumienia i osamotnienia. Za mało czasu żeby się wdawać w szczegóły. Mam dowody na to, że można inaczej wychowywać, przykłady moich znajomych posiadających cudne dzieci, poparte wiedzą naukową i doświadczeniem takich ludzi jak Agnieszka Stein. Już wiem, że strach nie jest dobra metoda wychowawczą i wiem,że można inaczej. Pewnie się znajdą osoby, które powiedzą, że moi rodzice ( moich znajomych) wychowywali mnie w jakiś „skrajny” sposób – nie, wychowywali mnie tak jak większość wtedy wychowywała (nie pochodzę z żadnej patologii :))

      Ludzie, sięgnijcie w głąb siebie (wiem, że czasami to bardzo trudne – piszę bez ironii) i zastanówcie się zanim coś zrobicie ze swoim dzieckiem, czy wy tez chcielibyście być tak potraktowani. Czy chcielibyście w oczach męża/żony uchodzić za manipulantów? histeryków? chcielibyście być przez małżonka wysyłani do kąta lub jakoś ukarani, bo nie spełniacie jego/jej oczekiwań lub po prostu nie udało Wam się czegoś zrobić, jak by inni oczekiwali? chcielibyście być zignorowani jak przychodzicie do niej/niego z jakimś problem lub trudnymi emocjami? czy wysielibyście się przytulic w trudnych chwilach i być wysłuchani? (dziecko jak płacze, złości się „histeryzuje” przezywa jakaś trudna sytuacje – potrzebuje wsparcia i pomocy w rozwiązaniu a nie informacji ze ma się tak nie zachowywać) i nie mówcie mi że jest różnica miedzy dzieckiem i dorosłym! nie ma! dziecko to mały człowiek, który tak samo czuje i przezywa trudne sytuacje (różnica polega na braku doświadczenia i umiejętności radzenia sobie z emocjami, ta umiejętność przychodzi z czasem, bez względu na to czy się zastosuje jakieś techniki wychowawcze, czy nie) Oczywiście, że można stłumić takie wybuchy i dziecko jest „grzeczne” ale jakie to ma konsekwencje na całe jego życie? – tłumienie to brak kontaktu z własnymi emocjami w przyszłości).

      Takie tradycyjne wychowanie zakłada przede wszystkim zaspokajanie własnych potrzeb, żeby nam rodzicom było wygodnie. Niewielu z nas rodziców decydując się na dziecko zdaje sobie sprawę ze chyba nie o to chodzi, my mamy dać stabilne podstawy na całe życie małego człowieka. I oczywiście ze nie chce powiedzieć, ze mamy rezygnować z siebie – nie, ale są sytuacje gdzie my powinniśmy być „ponad”. My zazwyczaj mamy narzędzie żeby sobie poradzić, dziecko nie.

      Rozpisałam się… mogłabym tak jeszcze długo:) Oszczędzę Wam tego…:)

      Wiele osób krytykuje AP bo go tak naprawdę nie rozumie, lub nie chce zrozumieć, bo zburzyłoby to całą dotychczasową filozofie wychowawczą.

      Ja biorę to co czuje ze mi pasuję, nie realizuje wszystkich punktów. Jest nam dobrze i czuje, że taka forma komunikacji to jest to.
      Pozdrawiam

      • Dorota Dorota

        Mamama, dziękuję za komentarz. Każdy chce dla swojego dziecka/swoich dzieci jak najlepiej…I masz rację, z każdej filozofii/idei warto brać to, co nam pasuje. Pozdrawiam serdecznie! :)

        • mamama mamama

          I jeszcze chciałam dodać, że wielu z nas, rodziców realizuje założenia AP intuicyjnie, nawet nie zdając sobie z tego sprawy, i tak powinno być:) Natomiast wiele osób denerwuje nazywanie tego, co jest naturalne i intuicyjne – mówią, że nie ma sensu wymyślać jakiś nowych określeń typu „rodzicielstwo bliskości” dla tego co jest od zawsze. Jest to wg nich śmieszne. To prawda z jednej strony… ale z drugiej strony MI OSOBIŚCIE odkrycie AP dało siłę i pewność, że postępując zgodnie z własną intuicją (czyli tym, co w większości zakłada AP) postępuję ok. Niestety nie miałam tej pewności, gdyż nie miałam takich wzorców w dzieciństwie, często natomiast jestem krytykowana za to jak postępuję (że przyzwyczajam do wspólnego spania, noszenia, nie ignoruję wybuchów „histerii”, staram się podchodzić empatycznie w każdej trudnej sytuacji a nie stosować jakieś techniki wychowawcze… i tak dalej). Ja czuje, że to co robię jest ok, ale mam mnóstwo sygnałów z zewnątrz ze moja intuicja się myli (te wszystkie poradniku dostępne na rynku, dające konkretne instrukcje postępowania w niwelowaniu „problemu” tez tu mają swój udział). Nazwanie tego co robię AP dało mi pewność i podejrzewam, że wiele osób podobnie czuje. Jest też spora grupa, która takiego wsparcia nie potrzebuje i z tego trzeba się cieszyć.
          Pozdrawiam:)

  14. AGNESIK AGNESIK

    Czytałam i bardzo zawiodłam się na tym tytule. szkoda, że nie trafiłam na tę recenzję prędzej…

  15. Gosia Gosia

    Jeżeli po przeczytaniu tej książki autorka recenzji nadal nie odróżnia bacznego przyglądania się potrzebom całej rodziny i chęci ich realizacji w miarę możliwości, a uleganiu chcącemu poskakać w kałuży dziecku nawet kosztem braku obiadu (zaspokojenia potrzeb fizjologicznej), to już żadne tłumaczenia nie pomogą. Czytelnikom polecam przeczytać książkę i samodzielnie wyrobić sobie na jej temat własne zdanie, bo autorka powyższej recenzji z całą pewnością nie zrozumiała przesłania Agnieszki Stein :)

Zobacz również