Dyscyplina czy łagodność – co warunkuje sukces w życiu dziecka?

Prawie każdy z rodziców planując lub oczekując dziecka, przygotowuje nie tylko pokój, ubranka i zabawki, ale również decydują JAKIMI rodzicami chcieliby być dla swojej pociechy. Najoczywistszym zdaje się być kierowanie systemem, w jakim sami wzrastali lub zupełnie odwrotnym (zwłaszcza jeśli wzrastali w rodzinie patologicznej, niepełnej lub kierującej się przemocą wobec dzieci). Coraz więcej rodziców woli jednak wspomagać się poradnikami i podręcznikami idealnego rodzica. Króluje w nich zasada tzw. bezstresowego wychowania. Co to właściwie jest? Kto to wymyślił i czy rzeczywiście takie wychowanie polega na pozwalaniu dziecku na wszystko?
Za Prekursorów wychowania „bez przeszkód” uznaje się psychologów amerykańskich, propagatorów psychologii humanistycznej. Jednak, co zaraz postaram się pokazać, poglądy takie pojawiły się w pedagogice europejskiej już dawno. Już w II połowie XVIII w. pedagodzy J.H.Pestalozzi oraz F.A.Froebel wykazywali silne podejście humanistyczne w swoich programach pajdocentrycznych. Pestalozzi jako zwolennik ludów zwrócił uwagę na naturalność wychowania, które powinno rozwinąć tkwiące w dziecku siły i zdolności. Rozwój ten nastąpi, gdy wychowawca będzie opiekował się wychowankiem, pozostawiając mu dużo swobody, przyswajał do obcowania z innymi i zachęcał do przejawiania własnej aktywności.

Do jego pedagogicznych teorii odwoływał się pisarz J.J.Rousseau postulując wychowanie dzieci polegające NIE na kierowaniu, ale na „usuwaniu przeszkód” i jak najmniejszej ingerencji w naturę ludzką z natury dobrą – „Człowiek jest z natury dobry, wypacza go cywilizacja”.

Wniosek zatem płynie jeden – jedynym kryterium dla pedagogiki powinna być swoboda. Powinno się uczyć tego, czego spontanicznie chcą dzieci. Naturalne potrzeby dziecka wyznaczają treści nauki, a szkoła jest dla ucznia miejscem „radosnego spędzania czasu”. Te swojskie i znajomo brzmiące poglądy nie są bynajmniej amerykańskie, ich autorem jest L. Tołstoj, który pod koniec XIX w. wciela je w życie w swojej szkole.

Pytanie jakie należałoby sobie w tym momencie zadać brzmi – na ile założenia ideologiczne mają zastosowanie i rację w dzisiejszych czasach?

Wolna szkoła

W latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku na fali krytyki aktualnych tendencji w wychowaniu i nauczaniu, powstaje w Anglii „rewolucyjny przykład wolnej szkoły”. A. Maslow i C. Rogers szczególnie mocno podkreślali wolność dziecka, a rolę nauczyciela ograniczali do wspierania jego naturalnego rozwoju. Styl wychowania określano mianem „laissez-faire” (tł. dosł. niech zrobi). Badania nad rodzicami i dziećmi kierowanymi w życiu w/w zasadami rozpoczęła D. Baumrind. Wg opiekunów – zwolenników brak kontroli rozwoju dzieci wpłynie u wychowanków na silny rozwój zmysłu samodzielności i kreatywności dzięki dysponowaniu nieograniczoną, swobodną przestrzenią. Rezultaty badań zaskoczyły wszystkich. Wg Baumrind leseferyzm polegający na zapewnieniu dziecku dużej swobody, brak oczekiwań i wymagań wobec dzieci, prawie nie istniejące kary za nieposłuszeństwo i złe zachowanie oraz pełna akceptacja i gotowość do rozmowy ze strony wychowawców w konsekwencji prowadzą do zachowań niedojrzałych, niewielkiej samokontroli. Dzieci wychowywane wg badanego stylu przeważnie są bardzo lękliwe i impulsywne. Są również pełni pretensji do opiekunów.

Zastanawiające jest, DLACZEGO mają mieć pretensje do opiekunów o to, że dali dzieciom wszystko czego pragnęli? W tym momencie przypominają mi się dwie sytuacje. Pierwsza miała miejsce w 2008 roku kiedy to 8-letnia wówczas Natalka na moje słowa, że one (ówczesna grupa, w której prowadziłam zajęcia teatralne) pewnie strasznie mnie nie lubią, bo jestem takim „żołnierzem” odpowiedziała bez zastanowienia: „My Panią właśnie dlatego uwielbiamy, Pani Julio. Bo u Pani to przynajmniej wiadomo czego Pani od nas chce.” Druga sytuacja miała miejsce w 2011 roku kiedy po moim odejściu na macierzyński szwagierka rozmawiając z wspólnymi uczennicami (gimnazjum) o „nowej” Pani od teatru powiedziały: „My wolałyśmy Panią Julię. U niej przynajmniej coś robiłyśmy, wiedziałyśmy na co i dokąd możemy sobie pozwolić.” Te dwie sytuacje utwierdzają mnie w przekonaniu, że badania Baumrind mogą odnosić się i do dzisiejszej sytuacji wychowawczej w Polsce.

Diana Baumrind w swych badaniach poszła znacznie dalej. Postanowiła porównać trzy najpopularniejsze metody wychowawcze z długofalowymi rezultatami w ostatecznym kształtowaniu małego człowieka w członka społeczeństwa. Pierwszą metodę omówiłam wyżej. Pozostałe dwie, to styl Autorytarny oraz Autorytatywny.

Model autorytarny

Autorytarna metoda wychowawcza w ogólnym rozumieniu zakłada chłód wychowawczy. Opiekunowie żądają pełnego posłuszeństwa i dostosowania się. Nie wyjaśniają poleceń, chętnie każą nieposłuszeństwo. Rodzice w wychowaniu stosują zasadę „dzieci głosu nie mają”. Efekt? Dziecko wzrastające w rodzinie autorytarnej jest dość niesamodzielne, zamknięte w sobie i bardzo często niezadowolone. W życiu posiada niewielką ciekawość świata i ma małą motywację w dążeniu do osiągnięć. Jako dorosły człowiek takie dziecko jest bardzo nieufne i ma niskie poczucie własnej wartości.

Model autorytatywny

Niejednokrotnie zdarza się, że rodzina autorytarna wymierza dziecku kary cielesne. Dlatego też często kojarzona jest z despotyzmem, rodzicami dyktatorami, czasem nawet z patologią. Taki model wychowania w Polsce występował bardzo często przed II Wojną Światową. Po wojnie utrzymywał się jeszcze do połowy wieku. Później stopniowo zaczął być wypierany przez model wychowania autorytatywny.

Model autorytatywny zakłada wywieranie wpływu na zachowanie dzieci za pomocą jasnych reguł i standardów. Stosowana jest wysoka ocena dyscypliny (mylnie kojarzona z pejoratywnym pojmowaniem dyscypliny w modelu autorytarnym) i samodzielności. Rodzice wychowujący wg tego modelu są konsekwentni w stosowaniu środków wychowawczych jednocześnie będąc gotowymi do dyskutowania poleceń z dziećmi. W tej metodzie rodzice na równi kierują się jasnymi zasadami jak i emocjonalnym ciepłem względem dziecka.

Nie trudno się domyślić, że dziecko wzrastające w takiej rodzinie jest pewne swoich możliwości w trakcie zmagań z nowymi zadaniami. W wieku dorosłym takie dziecko jest człowiekiem zadowolonym, wytrwałym ze zdrową samooceną. W życiu podejmuje czasem ryzyko, którego się nie boi.

Wychowanie bezstresowe?

Wniosek jest prosty. Dlaczego zatem tak wielu psychologów i pedagogów lansuje model wychowania bezstresowego, a więc bliźniaczo podobnego do stylu „laissez-faire”? Czyżby przywołane badania nie były przez naukowców znane? Czy rodzice wybierający taki model wychowania kierują się własnymi przekonaniami, czy może zwyczajnym lenistwem?

Dziś, niestety, coraz więcej rodziców decyduje się na dziecko „w trakcie” robienia kariery i zdobywania kolejnych szczebli awansu. Wyższe stanowisko, to wyższa płaca. Wyższa płaca, to więcej możliwości aby dziecku zapewnić zajęcia dodatkowe, rozwijanie zainteresowań, które w sposób oczywisty ukierunkują dziecko na sukces w przyszłości. Czy rzeczywiście tak jest?

Kolejna scena z życia. Przedszkole. Grupa 4-latków. Niesforny, bijący inne dzieci Kuba. Już pierwszego dnia zostałam ostrzeżona jakim to on jest Gagatkiem. Rzeczywiście – brak posłuszeństwa, ignorancja kar, niechęć do aktywizacji i współpracy z grupą. Jednym słowem – rozwalał każde zajęcia. Przyszedł czas przygotowań do małego pokazu. Rozmawiam z Kubą: „Nie weźmiesz udziału w przedstawieniu jak będziesz tak się zachowywał i nie znał swojej roli”. Na to czterolatek odpowiada: „Nie muszę brać udziału. I tak nikt do mnie nie przyjdzie”. Stwierdzenie, że mnie zamurowało jest tutaj mocnym eufemizmem. Po rozmowie z wychowawczyniami dowiedziałam się, że Kuba uczęszcza na WSZYSTKIE zajęcia dodatkowe, jest w przedszkolu jako pierwszy (już o 7 rano) i wychodzi jako ostatni (po 18:00). To ja się pytam Drodzy Rodzice: „Po diabła Wam dziecko? Po co? Żeby stworzyć (bo przecież, nie wychować) emocjonalnego potwora?”. Gniew jeszcze we mnie jest jak sobie przypominam tamten dzień i samego Kubę. Wniosek wydaje się być więcej jak prosty – dziecku nie jest potrzebnych tysiąc zajęć tworzących z niego „człowieka sukcesu”, a potrzebni są rodzice ich czas, miłość i przede wszystkim obecność. Jeśli dziecko posyłamy na zajęcia, to nie dlatego żeby tylko na nie chodziło i kiedyś wykorzystało w swojej karierze ! Dziecko potrzebuje abyśmy patrzyli na nie, na efekty które uzyskuje, na jego rozwój. Wówczas ma to dla dziecka sens.
Dzieci, choć mają różne temperamenty i sprawność psychomotoryczną, nie rodzą się złe, głupie, ani leniwe! Mogą takie się stać, jeśli dorośli nie wskażą im norm zachowania, nie wytyczą nieprzekraczalnych granic i nie będą konsekwentni w swych wymaganiach, co do ich przestrzegania.

Jak wspomniałam w przytoczonych wcześniej przykładach „z życia” dzieci czują się znacznie lepiej jeśli mają jasno wytyczone normy zachowania, kiedy wyraźnie widzą co jest dobre, a co złe. Każdy człowiek, nie tylko dziecko ma potrzebę posiadania swojego terytorium, a także respektowania cudzych granic. W życiu codziennym powinno dokonywać się to niemal automatycznie. Przy odrobinie wrażliwości dobrze zrozumiemy sygnały mimiczne, werbalne, pantomimiczne, wysyłane w wypadku przekraczania granic. Dzieci muszą się tego nauczyć. W swoim życiu szukają granic testując otoczenie, jest to naturalny element ich rozwoju. Stwierdzenie zatem, że „dzieciom wszystko wolno” jest jednym z najbardziej szkodliwych poglądów dla całokształtu ich wychowania, tak w domu jak i w szkole.

Nie da się ukryć, że osiągnięcia psychologów humanistycznych dotyczących właśnie bezstresowego wychowania na trwałe weszły do współczesnej pedagogiki i psychologii. Gdy przyjrzymy się bliżej zobaczymy, że właściwie cały program wychowawczy w szkołach oparty jest na tych zasadach, choć z realizacją bywa różnie.

Coraz częściej rodzice „spychają” na nauczycieli obowiązek wychowania dziecka. Argumentują, że gdzie jak nie w szkole dziecko ma posiąść wiedzę i wszelkie zasady. Włos jeży się na głowie słysząc takich rodziców ! Kłopot nie w tym, że nauczyciel nie dałby rady, ale w coraz bardziej ograniczonych prawach w postępowaniu z uczniami. Pamiętamy jak chyba każdy dostał linijką po rękach od Pani w szkole, a to za ogryzanie paznokci, a to za pyskowanie, a to za jeszcze coś innego. Urażone dziecko spłakało się od stóp do głów, w domu poskarżyło i wielce zaskoczone dostało burę od rodzica za skarżenie się. I nie było w tym nic dziwnego. Rodzic zawsze stał po stronie nauczyciela. Sama pamiętam jak przyszłam do domu, poskarżyłam się, że nauczycielka się na mnie uwzięła i postawiła niesłusznie pałę. Cóż moja rodzicielka zrobiła? Dostałam od niej burę (i to nie małą) i za skarżenie się i za pałę, do tego doszła kara (naturalnie podwójna) i obowiązek natychmiastowej poprawy wspomnianej pały. Wniosek dla mnie płynął taki, że nie opłaca mi się kombinować, tylko należy wziąć się do roboty. Dziś to wiem. Wtedy byłam naturalnie oburzona, rozgniewana, zła i uważałam, że ze „światem dorosłych” nie da się wygrać.

A dziś jak wyglądałaby podobna sytuacja? Rodzic następnego (o ile nie tego samego) dnia przybiegłby rano do szkoły, od razu do Dyrekcji z wielką pretensją, że dziecko jest maltretowane psychicznie, gnębione i dołowane. Reszty zarzutów nie zacytuję, bo byłoby tego zbyt wiele. Dyrekcja wzywa na dywanik nauczyciela, ten z kolei ma za zadanie wycofać zarzuty wobec ucznia pod groźbą zgłoszenia sprawy do Rzecznika Praw Dziecka, Ministerstwa, Kuratorium i Bóg jeden raczy wiedzieć do kogo jeszcze.

Dziś to Uczeń ma prawa, a nauczyciel, szkoła, rodzice – obowiązki. I czy ten pęd za trendami wychowawczymi wychodzi nam na dobre? Czy my – wychowywani zdecydowanie cięższą ręką, wg norm, zasad, zakazów i dyscypliny – wyszliśmy na złych ludzi? Czy mamy dziś pretensje do rodziców, że swego czasu zabronili nam tego czy owego? Czy jesteśmy dziś ludźmi zakompleksionymi bez szans na sukces życiowy? Czy zatem najnowsze trendy wychowywania mają rację bytu? Czy należy je stosować? Czy jeśli dziecko postanowi iść na dach domu, to idąc za poradami „ekspertów” wychowywania nie zabronisz, ale pójdziesz z nim?

Zadajmy sobie pytanie – Kto ma prawa, a kto obowiązki? I jakie? Wszak to my, rodząc dziecko, przyjmujemy na siebie ogromny OBOWIĄZEK wychowania dziecka na wartościowego człowieka. Wywiążmy się z tego obowiązku. W wychowaniu nie kierujmy się poradnikami ani pseudo naukowymi trendami psychologów i pedagogów. Kierujcie się, Drodzy Rodzice, zdrowym rozsądkiem, intuicją. Bądźcie konsekwentni, nawet jeśli będzie to bardzo trudne, a będzie – zapewniam. Patrząc na żal dziecka pomyślcie nie o tej chwili, ale o dziecku za lat 5, 10 czy 15. Czy wyjdzie mu to na dobre? Jeśli odpowiecie sobie twierdząco, to znaczy, że warto tę chwilę żalu przetrwać.

Bo koniec końców liczy się efekt długofalowy…

Uwaga! Powyższa porada jest jedynie sugestią i nie może zastąpić wizyty u specjalisty. Skonsultuj się z lekarzem.

Mam na imię Julia. Jestem mamą dwóch żywiołowych księżniczek - Łucji i Barbary. Biorąc pod uwagę najnowsze trendy jestem mamą z innej planety. Kocham swoje córki i właśnie dlatego stosuję dyscyplinę, okazuję miłość, ale też niezadowolenie. Uprawiam wariactwa, kiedy jest na to pora, a kiedy trzeba odsuwam je na bok żeby zrobić obiad czy wypić kawę. Nie stosuję tzw. bezstresowego wychowywania, bo jego "efekty" widziałam (i widzę) i odczułam w pracy zawodowej (od prawie dekady uczę dzieci w różnym wieku – od przedszkola po liceum i dorosłych, z różnych środowisk). Wychodzę z założenia, że człowiek musi poznać życie żeby wiedzieć z czym będzie się mierzył przez następnych kilkadziesiąt lat.

Komentarze

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

  1. kinia kinia

    denerwuje mnie to, że tak wiele osób wychowuje dziecko, chuchając i dmuchając. przecież to jest bez sensu. dziecko i tak spotka się z „prawdziwym” światem. u mnie w bloku mieszka taka rodzina. mama była pobłażliwa, ciągle tylko się uśmiechała, a dziecko robiło, co chciało..nie muszę chyba pisać jak to się skończyło. chłopak miał problem skończyć podstawówkę, w pewnym momencie był postrachem osiedla, teraz na szczęście wyjechał za granicę i strach po nim zaginął.

    • Julia Julia

      I właśnie Pani Kiniu o takim „długofalowym” myśleniu pisałam. Co z tego, że w danym momencie dziecko się uśmiecha i jest szczęśliwe, jak za 5-15 lat efekt tego ciągłego uśmiechu jest opłakany… Też mam w bliskiej okolicy kilka przykładów/efektów ciągłych ustępstw ze strony rodziców. Z jednej strony chciałoby się pomóc, z drugiej jednak jest już za późno. Jak nalać oleju do głowy i mamy i 18letniego dziecka?

      • kinia kinia

        tak, nie da się albo jest trudno…moim zdaniem takie „lekkie” traktowanie pozbywa też dzieci czegoś naturalnego: szacunku do rodziców, który jest wpojony w geny, a potem przez samych rodziców tępiony w myśl „traktujmy się po równo”. nie da się po równo traktować mamy i taty razem ze sobą. dziecko nie jest takie dojrzałe…nie można go traktować jak dorosłego!

  2. oleandra oleandra

    ja nie umiem byc konsekwentna:-(

    • Julia Julia

      Pani Oleandro, a któż z nas potrafi być w pełni konsekwentym i asertywnym wobec płaczącego dziecka, naszego kochanego Skarba?
      To niezwykle trudna sztuka, której uczymy się całe życie. Sama wielokrotnie mam z tym problem. ale staram sie tłumaczyć sobie „po co to robię?” „co chcę uzyskać?”. czasem pomaga, czasem nie. Mam jeszcze małe dziecko,więc największe próby dopiero przede mną. Z uczniami jest łatwiej,bo nie mam skrupółów Mamy, więc nie mogę powiedzieć żebym była już przetrenowana. patrzę jednak, obserwuję, wyciągam wnioski i mogę mieć tylko nadzieję,że to pomoże.

  3. Joanna Joanna

    Dziękuję za artykuł. Jest mój:-) Moje przemyślenia i plany w wychowywaniu dziecka nie-bezstresowo:-). W najbliższej rodzinie mam przykłady dzieci wychowywanych w różnych modelach. Aż włos na głowie się jeży jak patrzę na te dzieciaki, które robią co chcą, wykrzyczą każdą sytuację. Rodzice bezradni, a dzieci biedne, bo zagubione w tym calym świecie w którym wszystko wolno. Także nie powtarzam się. Julia juz wszystko napisała na ten temat. Pozdrawiam :-)

    • Dorota Dorota

      Tak, artykuł rzetelny, bardzo merytoryczny i ja również za niego dziękuję :)

    • Julia Julia

      Niezwykle mi miło czytając takie opinie :) Serdecznie za nie dziękuję.
      Cieszę się, że nie tylko ja mam takie spostrzeżenia obserwując dzisiejszy świat, rodziców i dzieci.
      Obiecuję, że zawsze będę starała się być merytoryczna tak aby każda opinia czytelników znalazła „coś” dla siebie :)

  4. anka484 anka484

    Ja z mojej skromnej osoby chciałabym dodać że na wychowanie składa się również umiejętność słuchania i ja wiem czasem wydaje nam się że umiemy słychać bo odpowiadamy dziecku „mhhh” czy „tak”na jego pytania. Tymczasem problemy maluch zupełnie różnią się Nasz maluch traktuję dla nas błahy niby problem bardzo poważnie i nie należy się z niego wyśmiewać czy krzyczeć. Warto czasem poświecić odrobinę czasu na aktywną i efektywną rozmowę z maluchem. Dzieki temu bedzie czuło się kochane i będzie czuło się bezpiecznie, będzie wiedziało że jego problemy są dla nas bardzo ważne i że traktujemy to poważnie:)

  5. Olunia33 Olunia33

    Zdecydowanie dyscyplina, o której zbyt często się zapomina i bagatelizuje jej rolę w wychowaniu. łagodność jest prostsza, łatwiej być łagodnym niż wymagać.

Zobacz również