Druga ciąża – zagrożona czy błogosławiona?

Nasz związek nie miał żadnych szans na przetrwanie. Byli o tym przekonani zarówno nasi znajomi jak i my sami. I nic dziwnego – łączyły nas tylko różnice: On programista, ja – aktorka, On lubi blondynki z długimi włosami, ja wówczas miałam krótkie i kasztanowe, Ja – gustująca w wysokich blondynach, On – niewysoki, „przy kości” z lekko przerzedzoną czupryną. Różnice mogłabym wymieniać do jutra. A jednak. Przetrwaliśmy, a nasz związek rozkwitał jak w idealnym scenariuszu.

Piękne początki

Poznaliśmy się na pierwszym roku studiów, przeszliśmy razem przez całe 5 lat, zaręczyliśmy się na ostatnim roku, po ukończeniu nauki ślub, po ślubie własne M i w październiku 2010 roku dowiedzieliśmy się, że będziemy rodzicami. Jak tylko zobaczyłam 2 kreski na teście natychmiast zadzwoniłam do niego. Uwierzył, ale bał się ucieszyć, żeby nie okazało się, że test się pomylił.

Następnego dnia poszliśmy razem do lekarza. Jak pokazałam mu zdjęcie USG naszego 4,4mm ROBALA, Paweł zastygł, a w oczach jego ujrzałam łzy. Były to łzy szczęścia. Nie był już w stanie prowadzić samochodu. Do domu wróciłam ja.

Od tamtej pory zakochaliśmy się w sobie na nowo. Dbał o mnie lepiej niż ja sama bym to robiła, pilnował nie tylko co, ale i ile jadłam. Dzięki niemu poranną kawę zastąpiłam śniadaniem. Po kilkunastu tygodniach dowiedzieliśmy się, że będziemy mieli córeczkę. Wtedy mąż zwariował już zupełnie. Ubranka wybierał z dużo większym zapałem niż ja, szykował dom na przyjście dziecka dniami i nocami, rozmawiał z brzuszkiem jak tylko mógł, tulił nas i kochał coraz mocniej.

Pod koniec maja, kiedy byłam już na ostatnich nogach pracował z domu. Kiedy puchłam jak balon, budował ekstremalne konstrukcje, by zapewnić mi choć trochę ulgi. Z cierpliwością i niesłabnącą miłością w oczach i głosie wyczekiwał moich humorów, zachcianek.

Ciąża bez dolegliwości

Ciąża jednak była stanem ewidentnie błogosławionym. Brakowało w niej typowych objawów i dolegliwości. Nie miałam mdłości, zgagi, braku ani nadmiaru apetytu. Nie pojawiały się zachcianki, nieprzespane noce, obolałe nogi czy kręgosłup. Do III trymestru mało co było widać ciążę. Potem jednak zaczęłam rosnąć w zastraszającym tempie. Kiedy już nie mieściłam się w żadne ubrania, zapewniał, że nie jestem hipopotamem, ale najpiękniejszą kobietą na świecie.

Rodzinny poród

Wreszcie przyszedł TEN dzień. A właściwie noc. Nieprzespana. Nad ranem 11 czerwca pojechaliśmy do szpitala. Poród trwał i trwał. Było coraz gorzej. Straciłam mnóstwo krwi i… przytomność. Nie opuścił mnie nawet na chwilę. Trzymał za rękę, podawał wodę, pomagał przeć, oddychał razem ze mną, a w rękaw wycierał łzy. Cierpiał razem ze mną. W końcu się udało i po przeszło 12 godzinach nasza (bagatela 4180g) córeczka wyszła na świat. Od samego początku był z nią – tulił i kołysał kiedy ja nie mogłam. Znów ze łzami w oczach zostawił nas na noc w szpitalu. Nieprzytomny ze zmęczenia, głodny, wyczerpany dbał tylko o nas, zapominając o swoich potrzebach. Nazajutrz z samego rana był już z nami. Kiedy wyszłyśmy ze szpitala do domu, zajmował się wszystkim – prał, gotował, sprzątał, zajmował się Łucją. Ustaliliśmy nawet Dzień tylko dla tatusia – niedzielę, kiedy mama ma „urlop” od dziecka, a tatuś zajmuje się córcią. Jest to najpiękniejszy dzień całego tygodnia. Kiedy patrzę na nich razem, łzy pojawiają się w oczach.

Niespodziewany obrót spraw

Łucja rosła i rozwijała się nader szybko. Mając pół roku zaczęła stawać i przemieszczać się przy meblach. Od początku była dzieckiem bardzo żywiołowym, więc gdy przestała być już statyczna, wiedzieliśmy, że zaczyna się trudny okres. Nie spodziewaliśmy się jednak, że będzie aż tak trudny.

Zaraz po nowym roku zaczęłam czuć się bardzo źle. Ciągłe mdłości i zawroty głowy zrzucałam na wyjazd w góry. Coś jednak się nie zgadzało. Przeczucie mnie nie myliło. Na teście znów zawitały dwie kreski. Druga ciąża była faktem.

Planowaliśmy kolejne dziecko, jednak nie wcześniej niż poprzez rozpoczęcie starań w wakacje. A tu kolejny malec pojawi się właśnie w okolicy końca wakacji… Tym razem nie byłam już taka szczęśliwa. Natłok obaw zaczął mnie przerastać.

Pierwsze dziecko jeszcze jest niesamodzielne, a tu rośnie kolejne. Nie mieliśmy samochodu, a jakoś musiałam jeździć do miasta na badania. I to z dzieckiem. Zbyt mała na przedszkole, a żłobka brak. Do tego stan już nie błogosławiony, a istny horror. Ciągłe zawroty głowy, omdlenia, mdłości i wymioty. Brak apetytu powodował, że byłam coraz słabsza i słabsza. Od początku lutego miałam wrócić do pracy. Wszystko nie tak, nie w porę. Kręgosłup bolał bardziej niż w pierwszej ciąży w 9 miesiącu. Czułam, że chudnę, bo wciąż nie mogłam jeść. Wchodziłam do sklepu, patrzyłam na regały i natychmiast mnie muliło. Mąż starał się jak mógł, wybierał same frykasy, a ja wciąż narzekałam. Fala hormonów spowodowała, że zaczęłam nienawidzić cały świat. Stan podenerwowania, to wyjątkowy eufemizm. Agresję czułam nie tylko do ludzi, ale i do własnego dziecka. A ono cierpiało. Ząb wychodził za zębem, zaczęła uczyć się chodzić, a więc potrzebna jej była moja pomoc, cierpliwość i miłość. A mnie denerwowała, swoim zachowaniem, ciekawością świata, marudzeniem, przyklejaniem się do mnie. Miałam świadomość, że hormony szaleją, a ja przez nie świruję. Nie mogłam jednak nad tym zapanować. Nie wiedziałam jak walczyć, bo nigdy wcześniej czegoś podobnego nie miałam.

Dziecka nie ma?

Przyszedł luty. Wiedziałam, że kończy się I trymestr, a więc miałam nadzieję na poprawę, przynajmniej samopoczucia, ustabilizowania huśtawki nastroju, może na poprawę apetytu. Pewnego wieczoru przeglądając w Internecie przepisy kulinarne poczułam, że coś dzieje się ze mną dziwnego.

Poszłam do toalety. Zauważyłam ogromną kałużę krwi. Zmobilizowałam się w sobie, umyłam, ubrałam, spakowałam i ruszyłam samodzielnie do szpitala. Mąż nie mógł ze mną pojechać, przecież ktoś musiał zostać z dzieckiem, nakarmić je, umyć, położyć do snu. W drodze zastanawiałam się, co się mogło wydarzyć, jaka może być konsekwencja.

Przez chwilę przeszło mi przez myśl, że jest już „po wszystkim”, że dziecka już nie ma. Poczułam ulgę. Natychmiast skarciłam się za tę myśl. Jak mogłam tak pomyśleć?

Przyjechałam do szpitala, powiatowego. Obawiałam się tego miejsca, czytałam wiele niepochlebnych opinii. Nie chciałam jednak jechać do Warszawy. Wszak zostawiłam męża i dziecko w domu. Tu łatwej mu będzie do mnie przyjechać, w razie co. Najpierw przywitała mnie obskurna izba przyjęć, naturalnie ogólna, nie ginekologiczna. Odczekałam swoje, denerwując się coraz bardziej.

Potężny krwiak

Po niekończącym się czasie oczekiwania, pojawiła się młoda Pani doktor. Zaprosiła do gabinetu. Zrobiła niezbędne badania, obejrzała USG. Żeby mnie uspokoić od razu zapewniła, że dziecko żyje. Po chwili dodała zaniepokojona, że widzi pewną zmianę, którą musi skonsultować. Po kilku minutach zdiagnozowano u mnie potężnego krwiaka. Ponad 8cm, przy dziecku niespełna 6cm. Prawdopodobne przyczyny jego powstania były nieznane. Być może była to ciąża bliźniacza, być może przeciążenie, być może zbyt krótki okres przerwy między ciążami. Nie wiadomo i nigdy się nie dowiemy. Diagnoza jednak wiązała się jednoznacznie z pozostaniem w szpitalu. Nie wiadomo na jak długo.

Mąż dowiózł niezbędne rzeczy. Zostałam. Następnego dnia znów badania. Diagnoza ponownie taka sama. Dowiedziałam się również, że najpewniej, o ile w ogóle wyjdę ze szpitala do rozwiązania będę musiała leżeć plackiem. Jak mam leżeć plackiem mając maleńkie, bardzo żywiołowe dziecko w domu??? Nie mam opiekunki, obie babcie pracują, mąż też. Mam zatrudnić do opieki nad nami obiema ponad 80-letnią PRA babcię? Absurd.

Wiadomo było jedno. Trzeba szybko zorganizować życie na nowo. O powrocie do pracy mogłam z miejsca zapomnieć. Po dwóch dniach udało się wszystko zorganizować tak, żeby reszta tego koszmaru zwanego ciążą mogła iść mniej więcej według planu.

Nieprawidłowa diagnoza

Przyjmowanie końskiej dawki progesteronu i leżenie bykiem nie sprzyjało ani samopoczuciu, ani poczuciu własnej wartości, ani zdrowiu psychicznemu. Apetyt stał się jeszcze gorszy, o ile mogło takowe pogorszenie w ogóle nastąpić. Do tego popsuła mi się cera. W tempie błyskawicznym stała się szara, wręcz ziemista, pokryta prawie w całości krostami. Trądzik młodzieńczy przy moim stanie cery to gładka powierzchnia. Po niespełna dwóch miesiącach logistycznego seppuku okazało się, że diagnoza jest niedopatrzeniem lekarzy, czyli błędem odczytywania USG. Ciąża nie tylko nie jest zagrożona, ale rozwija się całkowicie prawidłowo, dziecko jest zdrowe, podobnie jak mamusia. Nie muszę leżeć, ani nawet bardziej się oszczędzać! Wszystko jest i było w porządku. Krwawienia i krwotoki zdarzają się często, a ów błąd okazał się wolniej przyklejającą się owodnią, co jest rzadkim zjawiskiem, ale się zdarza u kobiet nawet do 21 tygodnia ciąży.

Bycie tą drugą…

Tak więc zupełnie zdrowa, szczuplejsza o 4 kilo (ciągłe mdłości, brak apetytu oraz pogłębiające ten stan leki progesteronowi spowodowały spadek masy ciała), z kompletnym brakiem kondycji (2 miesiące leżenia plackiem zrobiły swoje) i fatalną cerą powoli wracałam do normy. Bałam się, że po tym wszystkim nie będę w stanie kochać tego dziecka. Bo jak mam cieszyć się z przyjścia na świat kogoś, kto nie tylko zrujnował mój wygląd, ale również samopoczucie, poczucie własnej wartości, uniemożliwił powrót na tych kilka miesięcy do pracy itd. Itp. ? Najbardziej nie chciałam właśnie takiego rozwiązania. Sama byłam drugim dzieckiem i ponosiłam konsekwencje bycia „tą drugą”. Bardzo chciałam tego uniknąć. Ale nie umiałam. Moja miłość do dziecka występowała jedynie pod postacią umiarkowanej sympatii. Wielokrotnie, w trudnych chwilach, powtarzałam, że byłoby łatwiej gdyby tej ciąży nie było… Potem naturalnie karciłam się za takie myśli i słowa, co odbijało się na kondycji psychicznej. I tak w kółko…

Polubiłam kropkę

Dziś jestem w 25 tygodniu ciąży. Wyglądam nadal fatalnie, jednak samopoczucie zaczyna się poprawiać. Wiem, że będę miała drugą córkę. Polubiłam KROPKĘ, może nawet zaczynam ją kochać. Do września jednak daleka jeszcze droga. Mam nadzieję, że najgorsze jest już za mną i jednak będę mogła zacząć cieszyć się tym stanem i kiedyś nazwę go Błogosławionym. Wszak jest tyle kobiet wokół, którym zajście w ciążę przychodzi z ogromnym trudem i dla których moje wątpliwości i słowa mogą wydać się bluźnierstwem i marudzeniem. I pewnie mają rację. Ale jak tu się cieszyć jak wszystko jest dokładnie odwrotnie niż miało być? Pierwsza ciąża – stan błogosławiony, świetne samopoczucie, brak huśtawek emocjonalnych, skoków hormonalnych, kłopotów. Druga – istny koszmar, od samopoczucia po przygody z lekarzami włącznie. A przecież różnica między córkami będzie raptem 15miesięczna! No i obie to dziewczynki, a więc mowy nie ma o różnicach w ciąży spowodowanej odmienną płcią.

Trendy a rzeczywistość

Wokoło lansuje się trend, że ciąża to czas wyjątkowy, najpiękniejszy, niepowtarzalny kiedy to tworzy się więź między matką, a jej dzieckiem. Rzeczywistość jednak bywa mniej różowa. I czy jeśli przez 9 miesięcy nie tryskam euforią i wszechobecną radością to znaczy, że jestem gorsza, zła, wyrodna i bez uczuć? A może po prostu mit jest zbyt silny i nakręcany wciąż i wciąż? Dziś strach jest przyznać się i głośno powiedzieć o tym, że nie jest się szczęśliwym (o ile wyznanie nie dotyczy 15letniej dziewczyny po wpadce, która zamierza oddać dziecko do adopcji), bo zaraz społeczeństwo nawiedzone artykułami PRO, BIO, EKO mamowymi linczuje taką kobietę, traktuje jak margines, zło chodzące i wroga publicznego numer 1.

Każda z nas, Matek i przyszłych Matek ma prawo do swoich emocji. Ma prawo ześwirować na punkcie dziecka i gadżetów, jakie rynek oferuje. Ma prawo też przeżywać głęboko własną tragedię lub po prostu zwyczajny zawód spowodowany nie takim obrotem sprawy jak by się chciało. Społeczny nacisk na macierzyństwo pełne tryskającego optymizmu utrudnia zarówno zajście, jak i bycie w ciąży. Że o samym macierzyństwie nie wspomnę…

Uwaga! Powyższa porada jest jedynie sugestią i nie może zastąpić wizyty u specjalisty. Skonsultuj się z lekarzem.

Mam na imię Julia. Jestem mamą dwóch żywiołowych księżniczek - Łucji i Barbary. Biorąc pod uwagę najnowsze trendy jestem mamą z innej planety. Kocham swoje córki i właśnie dlatego stosuję dyscyplinę, okazuję miłość, ale też niezadowolenie. Uprawiam wariactwa, kiedy jest na to pora, a kiedy trzeba odsuwam je na bok żeby zrobić obiad czy wypić kawę. Nie stosuję tzw. bezstresowego wychowywania, bo jego "efekty" widziałam (i widzę) i odczułam w pracy zawodowej (od prawie dekady uczę dzieci w różnym wieku – od przedszkola po liceum i dorosłych, z różnych środowisk). Wychodzę z założenia, że człowiek musi poznać życie żeby wiedzieć z czym będzie się mierzył przez następnych kilkadziesiąt lat.

Komentarze

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

  1. Ewa Ewa

    Najwyższy czas przestać gloryfikować ciążę. Narzucanie nam, kobietom uczuć uważam za dalece niestosowne i krzywdzące. O ile bezgranicznie zakochanemu w rosnącym brzuchu mężczyźnie można wybaczyć brak zrozumienia naszych nastrojów (zwątpienie, niechęć do zmian, na które nie jesteśmy gotowe), tak już zachowanie przedstawicielek naszej płci, które uważają, że nie ma innej opcji jak wychwalać na potęgę ciążę wywołuje we mnie konsternację i bunt.
    Twoje ciało, Twoje emocje, Twoje życie. Masz prawo się złościć, być rozczarowana takim obrotem sprawy.
    Pozdrawiam Cię serdecznie i witam w Redakcji.

    • Julia Julia

      Droga Doroto – święte słowa !
      Dla każdej z nas inny jest „ten dobry” czas. Nie oszukujmy się, że często na naszą decyzję mają wpływ warunki w jakich mieszkamy (np. zbyt małe mieszkanie) lub sytuacja finansowa czy socjalna.
      U mnie w mieście nie ma żłobka i nie zapowiada się żeby był. Więc urodzenie drugiego dziecka jak pierwsze pójdzie do przedszkola niejako „zmusza” mnie do pozostania w domu przez 6 lat. Patrząc pod kątem ekonomicznym dla Pań w podobnej sytuacji urodzenie dziecka jednego po drugim jest idealnym wyjściem.
      Inna też sytuacja jest w przypadku kobiet rodzących cc. Wiadomo, że póki nie zagoi się pierwszy poród, drugi bywa ryzykowny.
      Jest to sprawa na tyle indywidualna, że chyba nie istnieje idealna recepta na kolejne. Jedni za priorytet stawiają ekonomię, inni wygodę, jeszcze inny relację między dziećmi. Dla niektórych wyznacznikiem jest kariera, dla innych dyspozycyjność dziadków. Wymieniać pewnie wszystkie mogłybyśmy do rana, albo dłużej :)

      I nowinka: Zaczynam naprawdę cieszyć się z Kropki. Już nawet myślę nad imieniem :) Jest bardzo ruchliwym wielkoludem, którego pomału zaczynam nazywać córeczką. Więc chyba do wszystkiego da się dojrzeć…

  2. mama kasi mama kasi

    a kiedy jest według Was dobry czas na drugą ciążę? Ten temat mnie teraz trapi…

    • MariAnah MariAnah

      Ja też się zastanawiam kiedy podjąć tę decyzję i starać się o drugie dziecko

    • Julia Julia

      Mamo Kasi – odpowiem najszczerzej jak mi się wydaje – Kiedy będziesz/będziecie na nie gotowi. Wiem, odpowiedź banalna, ale taka jest prawda. Tylko wtedy naprawdę będziesz się z tej ciąży cieszyła, bo będziesz na nią gotowa, będziesz jej chciała, a więc i niedogodności zniesiesz łatwiej. Czy się mylę?

      • kinia kinia

        tutaj Autorka artykułu będzie miała za jakiś czas odchowane dzieci, a my będziemy się cały czas zastawnawiać kiedy następne ;)

        • MariAnah MariAnah

          I CHYBA TO JEST PRAWDA ŻE TRZEBA CHCIEĆ I CIESZYĆ SIĘ DRUGĄ CIĄŻĄ TAK JAK PIERWSZĄ A NIE ZASTANAWIAĆ SIĘ KIEDY JEST DOBRY CZAS I ŻE MOŻE JUŻ WYPADA?….

          • Dorota Dorota

            Hm…tak, ale może rzeczywiście coś w tym jest, że np. lepiej mieć jedno po drugim lub poczekać aż jedno się odpieluchuje? Może to zależy od naszego temperamentu? Są mamy, które chcą „szybko odhaczyć obowiązek” oraz takie, które chcą „rozsmakowywać się w każdej ciąży” i wybierają duże odstępy czasowe między dziećmi…Co jest według Was lepsze? Można w ogóle w ten sposób postawić pytanie?

          • kinia kinia

            a co zrobić: gdy rozsądek mówi: to ten czas, a serce się boi? bo jak nie podołam, jak nie ogarnę wszystkiego? może jest jakiś test, pytanie, które pozwoli zrozumieć emocje? sama nie wiem…potrzebowałabym jakiegoś „olśnienia” :D

    • Mamuśka Mamuśka

      My z mężem zdecydowaliśmy sie na druga pocieche gdy pierwsza juz miala 4lata + 9 ciazy i 3 starania daje nam 5 lat różnicy.
      Córcia z niecierpliwością czeka na siostrzyczke. Na zakupach zawsze pamieta by kupić coś tez dla malej.
      Na dobranoc żegna sie z mama, tata i siostrzyczka.
      Dziecko trzeba angażować w zycie rodzinne. W pomoc jaką jest przygotowanie kącika, rzeczy czy nawet pokoiku dla nowego członka rodziny. Model wózka ja wybrałam ale, kolor już córcia!
      Takie małe lecz strasznie ważne sprawy… Pozdrawiam mamuśki…

  3. MariAnah MariAnah

    no własnie… ja też się w głębi serca boję czy podołam, z drugiej strony chciałabym mieć drugie dziecko i odchować je naraz… a jeszcze inna myśl to chęć wrócenia do pracy… ciężko czasem zrozumieć samą siebie

  4. Julia Julia

    Droga Kiniu,
    Jak serce mówi – to TEN czas, to chyba najważniejsze. Rozum widocznie działa wolniej jak serce :) Mnie też nie było i nie jest łatwo. Mój rozum cały czas stara się powiedzieć, że nie dam rady, że zbyt wielkie wyzwanie przede mną, że nie podołam. A ja staram się patrzeć wokół, na przychylnego mi męża, rodziców, teściów i tłumaczę sobie, że dam radę. Że nie ja pierwsza i nie ostatnia zmagam się z dzieckiem tuż po pierwszym. Serce zaczyna mi pomagać, więc zaczynam pomału patrzeć na wszystko coraz bardziej pozytywnie. Nie jest łatwo i pewnie będzie tysiące, a nawet miliony chwil, w których będę miała dość, w których będę ryczeć, krzyczeć i dostawać szału. Ale potem przyjdzie spokój, ulga i wytchnienie. Czyż tak nie wygląda nasze życie na co dzień? Przecież każda z nas najbardziej w świecie kocha te nasze małe potworki pełzające i biegające po domu. I mimo że każda ma trudne chwile czy dni nie zamieniłaby nigdy swojego życia na wolne od tych potworków… :) Czyż nie?

    • MariAnah MariAnah

      dokładnie tak… Ja mimo że mój synek ma 11 miesiąc już często wracam do okresu ciąży i porodu. to były najwspanialsze chwile nawet te spędzone w szpitalu… tęsknię za nimi.. i mój bobas taki malusi… bałam się go dotknąć żeby go nie skrzywdzić… ehhh miło powspominać

      • miraga_ miraga_

        Tak, każdy dzień spędzony z moją córcią jest czymś nieocenionym, ale do drugiego porodu jeszcze nie jestem gotowa.
        Pomimo że minęły już ponad dwa lata, bardzo ciężko wspomina mi się ten moment.

        • MariAnah MariAnah

          Ja również ciężko wspominam sam poród mimo że skończył się cc. Ale te chwile oczekiwania i później już nas dwoje… To jest bezcenne…

        • Julia Julia

          No mój poród to też był koszmar. Zapewniano mnie w szkole rodzenia, że „tak już nas natura wyposażyła, że poród zapomina się w kilka dni…” U mnie minął już ponad rok, a ja nadal pamiętam… co do sekundy, każdy ból i cały ten horror, który przeżyłam przez tych kilkanaście godzin. teraz właśnie tego momentu boję się najbardziej i zaczynam się modlić o cc…

          • MariAnah MariAnah

            Ja po 11 godzinach męki ponieważ poród był wywoływany i nic to nie dało jedynie dziecko się przekręciło i nie mogło się urodzić zostałam przewieziona na cc. Tam wszystko szybko trwało ale pamiętam ten ból jak wyciągali ze mnie dziecko i później łożysko. Myślałam że wyrywają ze mnie kręgosłup… Kobiety które rodziły naturalnie kpią z porodu przez cc ale nie zdają sobie sprawy że to też okropnie boli – przynajmniej mnie a te dwie doby po cesarce są najgorsze… człowiek leży i jest bezradny… tylko chce się płakać…

            • Lil Lil

              Wiele kobiet chciałoby rodzić przez cc, ale to przecież jest poważna operacja. Duza blizna i nie tylko przecięcie powłok brzusznych, ale jeszcze dziura w macicy. Ja bardzo bałam się porodu, ale ewentualnego cc jeszcze bardziej. Udało mi się urodzić siłami natury, choć trwało to długo, bo byłam bardzo drobna a moja córa ważyła 4 kg. Do końca straszyli mnie skalpelem, jednak dzięki świetnej położnej uniknęłam tego. Beznadziejna moda, zupełnie bezbolesny poród jest niemożliwy, po cc trzeba też swoje odcierpieć.

  5. myszak myszak

    Ja mam trochę inny problem. Córka ma 17 miesięcy. Kiedyś też zastanawiałam się jak to zrobić, czy zaraz planować jedno po drugim, ile odczekać. Pierwsza ciąża była na prawdę błogosławieństwem.. czułam się wspaniale do samego końca..i z jednej strony pragnę jeszcze raz się tak poczuć. Jednak mimo tego, ze wszystko miało być wspaniale i dziecko urodziło się zdrowe, pół godziny po porodzie wszystko się zmieniło, nagle problemy z sercem, krążeniem ,oddechem, potem układem nerwowym i pokarmowym. Lekarze wprost powiedzieli, że nadziei nie ma. Nie da się opisać słowami tego co człowiek wtedy czuje.Tych pierwszych godzin, dni, później miesięcy. Nie rozpisując się wiele o szczegółach, córka miała nie przeżyć, potem miała być jak warzywo, a jest zdrową, bardzo wesołą, sprawną dziewczynką. Od lekarzy dowiedziałam się, że to „cud” nie potrafili wyjaśnić przyczyn choroby ani jakim sposobem z tego stanu wyszła. Jestem przeszczęśliwa, że tak się to zakończyło. Każdego dnia dziękuję Bogu za ten dar, ale w obecnej chwili nie jestem sobie w stanie wyobrazić drugiej ciąży. To byłby 9miesięczny paniczny strach, czy tym razem nie stanie się tak samo…czy dziecko przeżyje, czy będzie zdrowe. Mam nadzieje, że kiedyś to minie. Zawsze marzyłam o większej rodzinie. Mam nadzieje, że kiedyś te marzenia wezmą górę nad panicznym strachem o przyszłość jeszcze nawet nie poczętego kolejnego dziecka.

    • sosrodzice sosrodzice

      Myszak, przejmujące historia…

    • Julia Julia

      Nie wiem czy taki paniczny strach w ogóle kiedyś mógłby minąć. Zwłaszcza u Matki. Trzymam jednak kciuki żeby jednak rodzina się powiększyła, bez takich przejść, bez zbędnych stresów. Niech nawet i będą mdłości, byle potem było wszystko OK! ;)
      Trzymam kciuki Myszak!!!

      • kinia kinia

        To jest dopiero życie… W sumie trudno cokolwiek doradzać, bo jednak strach uzasadniony, jednak nic nie wiadomo, nawet jak pierwsza ciąża przebiegała super i poród bez komplikacji :(

        • myszak myszak

          No właśnie gdyby w pierwszej ciąży były jakieś symptomy, że coś jest nie tak, a tutaj do samego końca było OK. Poród bez komplikacji, 10pkt. W ciąży byłam na USG 3D, wszystko było OK, serce, przepływy. Pół godziny po porodzie zaczął się koszmar. Lekarka z pielęgniarka przyszły zapytać czy chce ochrzcić córkę, że z sercem jest coś nie tak , „ze tak się czasem zdarza”…i z diagnozą skrajnie ciężkiej wady serca w stanie krytycznym została przetransportowana do Krakowa w piątek wieczór. Z godziny na godzinę stan serca się polepszał i w poniedziałek było już wszystko ok ,samo wróciło do normy, wadę wykluczono…niestety w ten sam dzień stwierdzono że z niewyjaśnionych do końca przyczyn pękło jelito i potrzebna jest szybka operacja. Problemy z krążeniem wyrządziły też inne szkody. Pisze o tym, żeby spróbować sobie wyobrazić co można wtedy czuć. Ja byłam jak w jakimś amoku.. przez pierwszy miesiąc córeńkę widziałam tylko 4 razy po pół godzinki. Po miesiącu pierwszy raz wzięłam ją na ręce…jakim sposobem przetrwałam ten okres.. nie wiem. Teraz jest ze mną jest zdrowa, nie żałuję ani chwili, ale drugi raz przeżyć coś takiego.. to bardzo trudny temat. I masz rację Julia, w moim wypadku chętnie zgodziłabym się na mdłości, wymioty, buzujące hormony, puchnące łydki, leżenie plackiem i wszystkie inne niedogodności, które za pierwszym razem mnie ominęły, gdybym miała pewność, że urodzę zdrowe dziecko.

          • myszak myszak

            ..i zapomniałam dodać, to że mnie te wszystkie wymienione wyżej dolegliwości ciążowe praktycznie ominęły, i że teraz piszę ze chętnie bym się na nie zgodziła, nie znaczy, że bagatelizuję ten problem. Kilka znajomych przechodziło ciąże ciężko, widziałam jak może to wyglądać, jak się męczyły, jak miały już serdecznie dość. Rozumiem takie podejście i nie dziwiłam się im. Mój przypadek jest raczej skrajny, przy takich przeżyciach człowiek całkowicie zmienia pogląd na wszystko. O sobie to myśli na samym końcu. Bo jak tu np. porównywać mdłości do skrajnie ciężkiej wady serca….

            • Dorota Dorota

              Chyba taka sytuacja to już człowieka zmienia do kwadratu. Nie tylko, że zostaje się mamą, ale jeszcze komplikacje…To chyba jak taka pauza w życiu. Brzmi naprawdę jakby to był cud. Tym bardziej trzeba dziękować, że tak się stało

          • Julia Julia

            Myszak, może nie do końca stosownie, ale może Twoja pociecha tak z tęsknoty za ciepełkiem i przyjemnym brzuszkiem zareagowała ;) Teraz jest już wszystko ok, więc pozwalam sobie na taki mały żarcik :)
            Szukaj pozytywów – może to choć trochę ułatwi decyzję o drugim dziecku?
            Ja staram się żyć tylko pozytywnym myśleniem, czasem żartując aby zachować dystans. Bo inaczej, to nie wiem jakby było. Teraz np. siada mi kręgosłup do tego stopnia, że kładąc się spać nie wiem czy wstanę rano… Ale pocieszam się, że jeszcze tylko/aż 2 miesiące i będzie znacznie gorzej ;)

  6. Joanna Joanna

    Julio, nie wiem od czego zacząć. Przede wszystkim chciałam pochwalić Ciebie za odwagę, że byłaś w stanie w ten sposób uzewnętrznić swoje prawdziwe uczucia i przemyślenia. I ja je szanuję w 100%. Nie potępiam absolutnie. I jak piszesz: „nacisk na macierzyństwo pełne tryskającego optymizmu” trochę również porównuję do karmienia piersią, które przecież niesie ze sobą jedynie wszystko co dobre i może być tylko przyjemne? Rozumiem Ciebie, bo sama czasem sobie myślę, że jak zaszłabym teraz w ciąże to nie wiem, czy potrafiłabym się z tego faktu cieszyć. Tym bardziej, jeżeli przechodziłabym takie komplikacje, które jak się okazało tak naprawdę nie miały miejsca – co za absurd. Jak to w ogóle tłumaczyć?? Pomyłka lekarska? A dzięki niej 2miesiące leżenia plackiem w szpitalu, zostawiając w domu małego brzdąca?? Ja też leżałam dokładnie tyle czasu pod koniec ciąży, nie mogąc wychodzić z łóżka. Nie było łatwo, tony tabletek, które zwiotczały moje mięśnie powodując, że całe ciało drgało, a serce waliło jak oszalałe. Ale to po pierwsze był mój dom, nie szpital, po drugie nie żyłam z tą świadomością, że zostawiam dziecko i nic nie mogę przy nim zrobić!!!
    Ale do tematu! :-) Szczerze? Nie jestem jeszcze absolutnie gotowa na drugie dziecko, mimo że mała różnica wieku między dziećmi jest fajna. 11miesięcy temu rodziłam to pierwsze i póki co cieszę się na powrót do pracy, do ludzi. Muszę jeszcze najzwyczajniej w świecie odespać;-), trochę POBYĆ z mężem i nacieszyć się córeczką;-)
    A za Ciebie Julia trzymam oba kciuki i wierzę, że będzie dobrze, że dasz radę!

    • Julia Julia

      Pewnie, że dam radę ! Teraz i tak już nie mam wyjścia :)
      Będzie ciężko, ale za rok, dwa dziewczyny będą się ze sobą dogadywać, wspólnie na mnie namawiać i będzie łatwiej.
      Trochę Ci zazdroszczę. Mnie też ciągnie do powrotu do ludzi, bo w domu jest fajnie, ale jak się samemu tego chce, a nie jak „trzeba”. Chętnie „uciekam” na wszelkie spotkania, choćby z koleżankami i ich dziećmi. Byle pogadać, zobaczyć kogoś jeszcze, kogoś kto ma więcej jak rok :)
      Ostatnio nawet zintegrowałam się z sąsiadkami na osiedlu dzięki czemu mogę liczyć na zamianę 5 słów na ulicy.
      Ech, jak się ma za dużo energii to trudno wysiedzieć w domu. Dzięki temu jednak jestem TU, z Wami :) Gdybym pracowała, pewnie nie miałabym czasu, ani pisać, ani komentować i czytać. Więc… nie ma tego złego…
      I wiesz co? Myślę, że będzie fajnie. Że warto było doznać tego wszystkiego. Teraz szanuję ciążę. Nie wydurniam się tak jak w pierwszej. Nie ciągnie mnie na wesela, imprezki, do zajęć fizycznych. Owszem, staram się ruszać, wychodzić i spotykać z ludźmi. Ale nie wariuję, bo „ciąża to nie choroba” tylko szanuje ten stan i maleństwo, które czasowo zamieszkało we mnie. Więc chyba koniec końców warto było nieco bardziej skupić się na tym stanie. Taką to mam póki co refleksję.

  7. OlkaG OlkaG

    Każda ciąża jest inna! Po prostu! Dla mnie obydwie moje ciąże były czasem pięknym i szczególnym. Jednak w drugiej znacznie bardziej się męczyłam, a to dlatego, że nie byłam już sama – miałam 4-letnią Julkę, która potrzebowała opieki i czasu.
    Na szczęście ominęły mnie takie przeżycie, jak te, które ma za sobą Autorka tekstu. Każdej mamie w podobnej sytuacji współczuję, jednak naszej fizjologii nie jesteśmy w stanie przewidzieć. Mnie, jako kobiecie „filigranowej”, przez obie ciąże groził przedwczesny poród, straszono mnie cesarką. Tymczasem pierwszą ciążę donosiłam do 38 t.c., a drugą do 40 t.c. Porody miałam tak szybkie i lekkie, że nawet położne się dziwiły.
    Niestety,a czasami stety nie przewidzimy ani przebiegu ciąży ani porodu.

    • Rodzynek Rodzynek

      A ja ze swojej ciąży pamiętam, że cały czas byłam głodna :) Miałam cukrzycę ciążową i nawet po chlebie z białym serem cukier skakał jak szalony. Kiedy po porodzie przez dwa dni byłam o wodzie i sucharze, błagałam męża, żeby mi coś przemycił :)

      • maria maria

        ja byłam głodna bez cukrzycy. po prostu ;) a co do artykułu: gratuluję odwagi :) dobrze się czyta…;)

        • Julia Julia

          Dziękuję Mario za miły komentarz :)
          W pierwszej ciąży nie miałam ani razu napadu głodu, ani nic w tym stylu. Poza skrajnym wyczerpaniem i głodem po porodzie. Teraz z kolei potrafię wstać w nocy nawet 2 razy żeby coś zjeść, bo budzą mnie mdłości spowodowane głodem i burczenie w brzuchu. A na kolację nie zjadam mało…
          Ostatnia prosta przede mną. Jeszcze tylko niecały miesiąc, więc wierzę, że będzie wszystko dobrze. Dziecina w środku szaleje i rośnie. Będzie temperamentną babeczką :)

  8. Malwa Malwa

    Witam!jestem w 9 tygodniu…to moja druga ciaza bardziej z przypadku niz z checi…mam juz 3,5letniego synka…pierwsza ciaze przechodzilam bardzo zle,myslalam ze przy drugiej bedzie lepiej…niestety jest tak samo ciezko…mdlosci,wymioty,bole glowy…mam dosyc…mam straszna depresje i dosyc zycia…codziennie plakac mi sie chce…zaluje ze zaszlam w ciaze i mam okropne mysli…:(moj maz nie rozumie mnie,prawie nie wspiera.W dodatku musze pracowac…a ledwo daje rade…jestem zla na meza ze nie wezmie spraw finansowych w swoje rece…ja juz nie daje rady…:(

    • Dorota Dorota

      Malwa, będzie dobrze. Wiem, że łatwo napisać….ale Twoje zachowanie, myślenie to wynik hormonów, zmęczenia, zaskoczenia sytuacją. Julia, autorka Artykułu dzisiaj ma dwie córeczki, wszystko się ułożyło. Jest szczęśliwa.

  9. Ania Ania

    Również uważam, że kobiety, które przechodzą bezproblemowo ciążę to prawdziwe szczęściary. Trzeba jednak pamiętać, że to jest bardzo trudny okres w życiu. Pełen wyrzeczeń i bólu. No i trzeba mieć anielską cierpliwość by wytrzymać z kobietą, która co 5 minut zmienia zdanie. Wpis bardzo wzruszający. Mam nadzieję, że wszystko się ułożyło cudownie, wszak już maj…

    • Dorota Dorota

      Aniu, masz rację, raczej na palcach jednej ręki można policzyć dzisiaj kobiety, które przechodzą ciążę idealnie. Niestety ci, którzy nie noszą dziecka pod sercem, często nie wierzą lub nie pamiętają o tym, jakie to jest wyzwanie…

Zobacz również