Wycieczka szkolna kiedyś była przygodą. Dziś coraz częściej jest… problemem, z którym nie wiadomo, co zrobić. Niby chodzi o to, żeby czegoś się dowiedzieć, zintegrować klasę, jednak w praktyce wycieczki straciły swój urok. Rodzice narzekają na ceny, nauczyciele na odpowiedzialność, a uczniowie, że „wszyscy gdzieś jeżdżą, tylko my nie”. I w tym całym sporze jest jedno niewygodne pytanie: czy naprawdę wycieczki muszą być aż tak drogie i czy nauczycielom po prostu przestało się chcieć?

Od pociągu z kanapką do autokaru z pilotem
Kiedyś standardem był pociąg, plecak, kanapki z domu i nauczyciel, który sam ogarniał wszystko: bilety, trasę, opiekę, czasem nawet oprowadzanie po mieście. Było taniej, prościej, bardziej „po ludzku”. Dziś króluje autokar, pilot wycieczki, gotowy program od biura podróży i rachunek, który potrafi zwalić z nóg.
Koszty rosną: transport, bilety wstępu, noclegi, ubezpieczenia, wynagrodzenia dla pilotów i przewodników, wymogi formalne i bezpieczeństwa. Do tego dochodzi inflacja i wyższy standard oczekiwań: dzieci nie chcą już „lasu i ogniska”, tylko park rozrywki, centrum nauki, aquapark. Tego też nie zawsze udaje się zaplanować, bo priorytetem jest wymóg edukacyjny, pozostaje zatem jeżdżenie do angażujących czasowo muzeów i spędzanie godzin na ekspozycjach, co nie wszystkim się podoba.
Ale to dopiero połowa prawdy.
Jednodniowa wycieczka: kiedyś kosztowała 60 zł, dziś 150–300 zł Wniosek zatem jest prosty: nie tylko kilkudniowe wyjazdy stały się luksusem. Nawet jednodniówki, które kiedyś kosztowały symboliczne pieniądze, dziś potrafią być obciążeniem dla domowego budżetu.
Dlaczego wycieczki są coraz droższe?
- Autokar: największy koszt, niezależnie od długości wyjazdu.
- Pilot: nawet na krótkie trasy szkoły biorą biura podróży, bo tak jest „bezpieczniej”.
- Bilety wstępu: do parków tematycznych, muzeów, centrów nauki, ogrodów doświadczeń. Nie zawsze dużo kosztują, ale to już zależy, dokąd jest wycieczka.
- Ubezpieczenia i procedury: obowiązkowe, nawet na wyjazd do sąsiedniego miasta.
- Brak lokalnych, tanich alternatyw: bo nauczyciele coraz rzadziej chcą organizować wycieczki samodzielnie.
Efekt?
Jednodniowy wyjazd do parku rozrywki potrafi kosztować 300–400 zł, a nawet zwykła wizyta w muzeum z autokarem to często 200–250 zł.
Ile taka wycieczka realnie powinna kosztować?
Tu zaczyna się najciekawsze zagadnienie, bo realne koszty są dużo niższe niż to, co widzą rodzice na rachunku.
Jednodniówka, uczciwa cena powinna wyglądać tak:
- autokar (przy pełnym obłożeniu): 40–60 zł: w jeden dzień oczywiście nie da się jechać „bardzo daleko”,
- bilet do muzeum/instytucji: 15–30 zł,
- ubezpieczenie: 2–4 zł,
- rezerwa organizacyjna: 5–10 zł.
Razem mamy kwotę: 60–100 zł.
To jest realna, uczciwa cena za zwykłą jednodniową wycieczkę edukacyjną.
Nie 180 zł, 250 zł, czy 300 zł – które obecnie jest standardem.
Jeśli szkoła jedzie do parku rozrywki, to oczywiście koszt rośnie, ale nadal nie powinien przekraczać 150–180 zł.
Wszystko powyżej tego to już efekt:
- pośredników,
- prowizji,
- wygody organizacyjnej,
- i tego, że nauczyciele nie chcą (lub nie mogą) organizować wyjazdów samodzielnie.
A nauczyciele? Coraz częściej wybierają święty spokój
To temat, który wywołuje największe emocje. Czy nauczycielom „nie chce się” jeździć? To zbyt proste, ale jest w tym oczywiście ziarno prawdy. Nauczyciele po głośnych protestach, w których niewiele ugrali, wybrali inny sposób, przestają się angażować tak, jak dawniej. Są coraz bardziej zdystansowani, czy nawet wypaleni…Mówią, „jaka płaca, taka praca” i coraz częściej już nie walczą z systemem.
Dlaczego nauczyciele rezygnują z wycieczek także jednodniowych?
Nauczyciele coraz częściej mówią wprost – nie chcemy jeździć na wycieczki. Jednak nie zawsze komunikują to bezpośrednio, czasami jako argument podają „brak zgody dyrekcji”.
Jakie argumenty kryją się za odmową?
- Ogromna odpowiedzialność prawna: opiekun odpowiada za zdrowie i życie uczniów.
- Brak dodatkowego wynagrodzenia: nawet jeśli wyjazd trwa od 6 rano do 20.
- Biurokracja: karty wycieczek, zgody, regulaminy, procedury.
- Ryzyko skarg rodziców: jeden incydent i nauczyciel ma problem.
- Brak wsparcia systemowego: kierownik wycieczki musi być pracownikiem szkoły, więc odpowiedzialność spada na nauczyciela, nie na biuro podróży.
I teraz szczere pytanie: kto chciałby brać na siebie taką odpowiedzialność za darmo czy za pół darmo?
Coraz więcej nauczycieli mówi wprost: „Za te pieniądze i za tę odpowiedzialność? Nie warto.”
Kiedyś było inaczej i taniej
Rodzice dzieci wspominają czasy, gdy:
- jechało się pociągiem, bo było taniej,
- program wycieczki tworzył wychowawca,
- nie było pilota, bo to nauczyciel prowadził grupę,
- formalności było o połowę mniej,
- a odpowiedzialność choć duża nie była tak obwarowana przepisami i ryzykiem prawnym,
- poza tym klasy były bardziej zintegrowane i nie tak silnie podzielone.
Dziś nauczyciel, który sam zorganizuje tanią, prostą wycieczkę, bierze na siebie większe ryzyko niż pilot z biura podróży. Nic dziwnego, że wolą gotowe oferty, nawet jeśli są droższe.
- Nauczyciele nie chcą organizować wycieczek samodzielnie.
- Szkoły biorą gotowe oferty biur podróży, często droższe i mniej atrakcyjne.
- Biura podróży podnoszą ceny, bo popyt jest stały. I mogą liczyć, że rodzice się zgodzą, żeby dziecko mogło pojechać z klasą.
- Rodzice płacą coraz więcej, ale dzieci zyskują coraz mniej.
- Nauczyciele jeszcze bardziej nie chcą brać odpowiedzialności za całą organizację, najczęściej ograniczają się do jednej wycieczki w ciągu roku.
I tak w kółko.
Dzisiaj jednodniowa wycieczka za 250 zł to niestety norma, nie wyjątek.
Wycieczka jako najlepsza forma integracji
Wycieczka szkolna była kiedyś najlepszą formą integracji, nagrodą dla całej klasy, klasy, która była zgrana. W latach, kiedy po lekcje się chodziło po domach, odwiedzało się do chorych kolegów, poziom koleżeństwa był dużo wyższy niż obecnie, tak jak stopień odpowiedzialności i zaangażowania niż teraz, kiedy problemem jest doprosić się o wysłanie lekcji w formie zdjęć.
Przed laty po szkole dzieci przebywały ze sobą na placach zabaw. Dzisiaj młode osoby jadą na kolejne lekcje i zajęcia, na basen, grać w piłkę na organizowanych zajęciach, nie na placu pod blokiem. W ten sposób uczniowie spędzają z sobą mało czasu, nie ma takiej solidarności jak kiedyś. Osoby w jednej klasie często nawet nie znają się, niekiedy z powodu coraz większej konkurencji nie lubią, nie są ze sobą zżyte.
Do tego brak integracji szkolnej – kiermaszu, zajęć otwartych, dyskotek i właśnie wycieczek odbiera młodym osobom to, co w szkole pamięta się najdłużej i najlepiej. Do tego należy dodać zmiany społeczne, rosnący hejt, wykluczenie i dochodzimy do momentu, kiedy nie tylko nauczyciele odmawiają wycieczek, coraz częściej również uczniowie wcale na nie nie czekają, bo nie mają ochoty przebywać z kolegami z klasy, których nie znają i nie lubią...
Dlaczego nauczyciele boją się wystawiać niskie oceny?
Co można zmienić w tej patowej sytuacji?
Jeśli chcemy, by wycieczki, także te jednodniowe, były tańsze i częstsze, trzeba:
- uregulować wynagrodzenia nauczycieli za wycieczki,
- zmniejszyć biurokrację,
- umożliwić prostsze, lokalne wyjazdy bez konieczności angażowania biur podróży,
- zwiększyć ochronę prawną nauczycieli, którzy działają w dobrej wierze,
- zadbać o integrację klasy,
- poprawić dyscyplinę w szkole, wrócić do wartości, które dzisiaj są wyśmiewane i umniejszane.
Bo dziś wycieczka szkolna to luksus, a powinna być normalnością.
I najważniejsze pytanie na samym koniec: czy szkoła jeszcze wierzy w sens wycieczek? Niestety coraz mniej.
Są oczywiście szkoły, które zauważają zmiany demografii i starają się czynić miejsce nauki coraz bardziej atrakcyjnym, prouczniowskim, ale tam gdzie szkoły są duże, klasy liczne, niechęć do wycieczek i wszelkich aktywności pozalekcyjnych bywa najwyższa. Nauczyciele odmawiają coraz częściej i ograniczają swoje działania do minimum.
Bo jeśli wyjazd ma być: ryzykiem dla nauczyciela, kosztem dla rodzica, produktem dla biura podróży, i często dyskomfortem dla ucznia, który nie czuje się z klasą bezpiecznie – to trudno oczekiwać, że wycieczek będzie więcej — i że będą tańsze.
W konsekwencje klasy są coraz mniej zintegrowane, młodzież coraz bardziej niechętna, wycieczek i aktywności pozaszkolnych jest coraz mniej. To jak samonapędzające się błędne koło. Gdyby wycieczki i wyjścia były organizowane częściej, dzieci mogłyby się lepiej ze sobą dogadywać, nauczyciele mogli liczyć na szacunek, byłoby inaczej. A mamy sytuacje, gdy wyjść jest mniej, poczucie obcości rośnie: to sprawia, że coraz rzadziej młode osoby chcą ze sobą spędzać czas na wspólnych aktywnościach..
Gdzieś w tym wszystkim zapomnieliśmy, że wycieczka, nawet ta jednodniowa, to często najlepsza lekcja w całym roku.
Dlaczego nauczyciele nie chcą jeździć na wycieczki?
Dlaczego w jednych szkołach można organizować wycieczki a w innych nie?
„Kwiaty sobie kupię. Nie nauczycielom”. LIST
Dlaczego rodzice bojkotują edziennik i szkolne grupy?
Komentarze