Dlaczego rodzicielstwo tak często odbiera nam poczucie humoru?

Niedawno byłam na spotkaniu klasowym, organizowanym kilkanaście lat po maturze. Zabawnie było patrzeć na znajomych, którzy zawsze kochali imprezy i byli pierwsi do żartów, nie stroniąc od sprośnych dowcipów czy czarnego humoru. Nagle okazało się, że chociaż fizycznie niewiele się zmienili, to sposób ich (a zatem i mój sposób) bycia zmienił się nie do poznania.

Byliście kiedyś na imprezie, na której większość gości ma już dzieci? Pewnie tak, wiecie więc, że to tylko kwestia czasu, aż pojawią się historie rodem z przedszkola, cytaty i dziecięce życiowe mądrości. Okazuje się także, że to, co kiedyś mogło nas rozśmieszać, niepostrzeżenie stało się rutyną i codziennością i, jako takie, wcale nie wydaje się już zabawne.

Czy rodzicielstwo odbiera poczucie humoru?

Zaryzykowałabym stwierdzenie, że częściowo tak. Rodzice często są zwyczajnie zmęczeni. Nawet, jeśli przed całą resztą świata chcemy udawać ogarniętych, zawsze przygotowanych na wszystko i panujących nad sytuacją, w głębi duszy często zdarza nam się jęczeć „och, idź już spać, chcę tylko usiąść i w ciszy gapić się przed siebie”.

I wtedy w polu widzenia pojawia się nasza pociecha, po raz piętnasty tego dnia opowiadając dowcip z cyklu „puk puk – kto tam? – ser”. Ręka do góry, kto da radę ponownie grzecznościowo zaśmiać się? Kto próbuje na spokojnie wytłumaczyć, że dowcip słyszany dziesiątki razy przestaje śmieszyć? A kto ma siłę już tylko westchnąć i dla świętego spokoju posadzić dziecko przed telewizorem?

Nie wierzę, że istnieją rodzice, którzy zawsze są pełni energii i dobrego humoru. Prędzej czy później zmęczenie dopada każdego, niezależnie od tego, czy jest rodzicem pracującym, czy spędzającym cały czas z dziećmi. Zwyczajne, codzienne sytuacje mogą stanowić czynnik stresogenny. Wszystko, od problemów w pracy, przez problemy finansowe i zdrowotne, może znacząco wpłynąć na nasz odbiór sytuacji, które dawniej mogliśmy uznawać za zabawne.

Jeszcze kilka lat temu śmiałam się, słuchając opowieści koleżanek o szkolnych perypetiach ich dzieci. Jakoś mi przeszło po piątej z kolei akcji pod tytułem „mamo, jest dwudziesta pierwsza, na rano potrzebuję różową bibułkę, motek włóczki, klej z brokatem i silnik rakietowy”.

Kilkanaście lat temu widok dziecka rzucającego się na podłogę przy kasie też wydawał mi się całkiem zabawny. Myślicie pewnie, że do czasu, kiedy moje dziecko zrobiło to samo? O nie, nie, moje dzieci nie są takie. Nigdy nie rzuciły się na podłogę w sklepie – efekt za mizerny. Córka postanowiła iść na całość i położyć się na chodniku przed sklepem, to dopiero było śmieszne – przynajmniej dla widzów, bo ja do dzisiaj pamiętam to uczucie, kiedy gorący rumieniec wstydu powoli wpełzał mi aż na uszy.

Obserwuję taką tendencję, według której coś może być śmieszne zanim ma się dzieci, oraz dużo później, kiedy dzieci są już starsze i daną sytuację można przedstawiać jako anegdotę z dawnych czasów. Moja mama kocha przytaczać opowieść o mnie trzyletniej, która zabawiła się we fryzjerkę i obcięła sobie grzywkę przy samej skórze, na dodatek krzywo. Ciekawe, że wtedy się specjalnie nie śmiała.

Mnie z kolei niespecjalnie bawią sytuacje, kiedy po raz kolejny danego dnia wyciągam kredki i samochodziki z kociej miski na wodę. A to przecież nic takiego, „normalna rzecz”, jak mawiał Karlsson z Dachu, bohater jednej z moich ulubionych książek z czasów, kiedy jeszcze wszystko śmieszyło mnie dużo bardziej.

Co zrobić, żeby odzyskać poczucie humoru zagubione gdzieś pomiędzy nocnikiem, „bibułką na jutro” i stertą dziecięcych ubrań do prasowania? Jeśli to możliwe, warto czasem zrobić sobie wolne od dzieci. To może być dzień na zakupach, weekendowy wyjazd, lub chociaż godzinny spacer w ciszy i spokoju. Dystans fizyczny pomaga zdystansować się również psychicznie i poukładać sobie w głowie pewne rzeczy.

Warto myśleć perspektywicznie, a zarazem sięgnąć głęboko do swoich najdawniejszych wspomnień. Każdy z nas pamięta pewnie co najmniej jedną sytuację, w której chciał się z rodzicami podzielić czymś nowym i zabawnym, a doczekał się w najlepszym razie wymęczonego uśmiechu.

Stawianie się w pozycji dziecka nie zawsze jest łatwe. Ba, można nawet pokusić się o stwierdzenie, że zazwyczaj jest to dosyć trudne i po całym procesie dojrzewania i przyzwyczajania się do dorosłości, musimy nagle nauczyć się, jak znowu mieć dwa, pięć, czy osiem lat. Ale czy nie jest tak, że zazwyczaj to, do czego najtrudniej jest dojść, daje najwięcej satysfakcji? Życzę i sobie i Wam wszystkim, aby uśpione poczucie humoru trzymało się w nas dzielnie i wychodziło na wierzch przy każdej nadarzającej się okazji.

Jestem absolwentką pedagogiki przedszkolnej i wczesnoszkolnej oraz rachunkowości. Z zawodu jestem księgową, ale doświadczenie wyniesione ze studiów pedagogicznych przydaje mi się na co dzień przy dwójce dzieci. Ich ciekawość świata łatwo udziela się także mnie, a każdy dzień jest dobry, żeby nauczyć się czegoś nowego. Jestem także molem książkowym i działkowcem, a w naszym domu urzęduje kilka zwierząt. Robię wszystko, żeby nie dawać szans nudzie.

Komentarze

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.