Polska szkoła od lat próbuje wychowywać „dialogiem i mediacją”, ale coraz częściej to nie wystarcza. Na porządku dziennym są problemy, które przerastają wszystkim. Placówki zderzają się z brutalną rzeczywistością: rosnącą przemocą rówieśniczą, hejtem, cyberprzemocą i kompletną bezradnością wobec garstki uczniów, którzy terroryzują całą społeczność. W tym kontekście powraca niewygodne, ale konieczne pytanie: czy szkoła nie powinna mieć jasnej, prawnej możliwości zawieszenia ucznia, a w skrajnych przypadkach: wydalenia ze szkoły? Na wzór rozwiązań w krajach, gdzie przemoc się nazywa, a nie tuszuje. I naprawdę zaznaczmy to od razu, to nie jest tekst o „szkole jak więzieniu”, ale artykuł o bezpieczeństwie Twojego dziecka. Mojego zresztą też.

Dlaczego polska szkoła potrzebuje realnych sankcji wobec uczniów?
Twarde dane: przemoc rówieśnicza nie jest marginesem
Zacznijmy od faktów, nie od emocji. Bo właśnie one pokazują, że jest zwyczajnie źle i co roku coraz gorzej. Świadomi rodzice to widzą, a ci mniej zaangażowani czują, że i tak nie da się nic zrobić. Jednak czy rzeczywiście?
- 66% nastolatków w Polsce doświadcza przemocy rówieśniczej w jakiejś formie, fizycznej, psychicznej, znęcania się czy napaści zbiorowej.
- 48% doświadcza przemocy fizycznej ze strony innych dzieci, 44% przemocy psychicznej.
- Prawie 1 na 5 nastolatków (18%) deklaruje, że był ofiarą długotrwałego znęcania się.
To nie są „drobne konflikty”, temat, który dotyczy garstki…ale problem powszechny. To systematyczna przemoc, która według badań wiąże się ze zwiększonym ryzykiem samookaleczeń, prób samobójczych i poważnych problemów psychicznych w dorosłym życiu.
Do tego dochodzi cyberprzemoc, która nie kończy się po dzwonku:
- Według raportu NASK „Nastolatki 3.0” aż 3 na 4 uczniów zetknęło się z jakąś formą cyberprzemocy. Można uogólnić, że z tą formą przemocy zetknęli się właściwie wszyscy…
- Inne badania pokazują, że blisko 40% ofiar cyberprzemocy nikomu jej nie zgłasza.
Jeśli dodamy do tego dane z raportów Instytutu Lema i UNIQA, widzimy jeszcze jeden dramatyczny element:
tylko w 14% domów rodzice systematycznie rozmawiają z dziećmi o zachowaniu w internecie. Pytanie, w ilu domach w ogóle rodzice interesują się, co robi dziecko online? Ilu rodziców przegląda telefony i kontroluje? Można się oburzyć, że jest tajemnica korespondencji i tego nie wolno robić. Jednak zakładając skalę zjawiska, to niestety zasłanianie się tajemnicą jest słabym pomysłem.
Bo fakty po prostu mówią same za siebie: przemoc jest powszechna, ofiary milczą, a dorośli często nie mają ani narzędzi, ani wiedzy, ani… prawa, by skutecznie reagować.
Szkoła bez narzędzi: odpowiedzialność bez realnej władzy
Od lat oczekujemy od szkoły, że będzie to dobre miejsce dla młodych osób, że szkoła:
- zapewni bezpieczeństwo,
- zareaguje na przemoc,
- zajmie się profilaktyką,
- wesprze psychicznie.
Jednocześnie dajemy jej głównie miękkie narzędzia: rozmowy, upomnienia, nagany, kontrakty, mediacje, zajęcia wychowawcze. To wszystko jest potrzebne. Ale w zderzeniu z uczniem, który:
- notorycznie znęca się nad słabszymi,
- nagrywa i upokarza innych,
- grozi, szantażuje, rozsyła kompromitujące materiały,
- otwarcie lekceważy nauczycieli i regulaminy,
to te środki często są po prostu nieskuteczne. Bo skuteczne zwyczajnie być nie mogą.
Dyrektorzy i nauczyciele też tego nie kryją i mówią wprost: szkoła ma ogromną odpowiedzialność, ale bardzo ograniczone narzędzia przymusu. W praktyce oznacza to, że:
- ofiary przemocy często są zmuszane do „dogadania się” ze sprawcą dla świętego spokoju,
- rodzice ofiar słyszą: „zrobiliśmy, co mogliśmy”, i proszę zrozumieć, że nikt tu nie jest bez winy (!),
- sprawca, nawet jeśli dostanie naganę, następnego dnia wraca do tej samej klasy, do tych samych ofiar i nic się nie zmienia.
To jest moment, w którym rodzice zaczynają zadawać sobie brutalne pytanie:
czy moje dziecko jest w tej szkole bezpieczne? I często uświadamiają sobie, że nie. Kolejny krok to zmiana szkoły, nie przez agresora, ale ofiarę i towarzyszące temu poczucie głębokiej niesprawiedliwości.
Szkoła nie ma narzędzi i dlatego ofiary muszą zmieniać szkołę, a nie sprawcy
Dlaczego zawieszenie i wydalenie są potrzebne właśnie teraz?
1. Bo mówimy o realnym bezpieczeństwie, nie o „dyscyplinie dla zasady”
Zawieszenie (czasowe odsunięcie od zajęć) i wydalenie (przeniesienie ucznia do innej szkoły lub placówki o bardziej dostosowanym profilu) nie są narzędziami „dla kaprysu dyrektora”. To powinny być środki zarezerwowane dla sytuacji, gdy szkoła jest dziś bezradna”
- zagrożone jest bezpieczeństwo fizyczne innych uczniów,
- dochodzi do długotrwałego znęcania się,
- mamy do czynienia z poważną przemocą psychiczną lub cyberprzemocą, która prowadzi do depresji, autoagresji, prób samobójczych.
Jeśli 66% nastolatków doświadcza przemocy rówieśniczej, a prawie 20% znęcania, to znaczy, że mówimy o zjawisku systemowym, nie o „jednostkowych incydentach”, które wystarczy przegadać. Tu nie ma miejsca jedynie na rozmowy, tu trzeba działać, stanowczo, jednoznacznie, aby system przestał sprzyjać agresji i realnie do niej zniechęcał.
Niestety żyjemy w takim świecie, w którym szkoła pozostała bez możliwości realnego odsunięcia sprawcy od ofiary. Dlatego jest ona jak szpital bez sali intensywnej terapii—może opatrywać, ale nie zawsze może ratować. Działa często pozornie, zamiast realnie reagować.
2. Bo brak realnych odczuwalnych sankcji wzmacnia sprawców
Dzieci bardzo szybko uczą się, gdzie kończą się słowa, a zaczynają konsekwencje. One nie są głupie, wprost przeciwnie, szybko zaczynają rozumieć, jak to działa. Jeśli widzą, że:
- za przemoc wobec rówieśników grozi co najwyżej rozmowa z pedagogiem,
- za hejt w sieci jest „pogadanka o kulturze w internecie”,
- za nagrywanie i upokarzanie innych jedynie uwaga w dzienniku
to wysyłamy im jasny komunikat: system jest słaby, można go bezkarnie testować. I to się dzieje, na masową skalę! Dzieciaki śmieją się nam w twarz, bo wiedzą, że i „tak nikt im nic nie zrobi”.
W efekcie mamy to, o czym się coraz częściej pisze:
- sprawcy czują się coraz pewniej,
- świadkowie uczą się bierności („i tak nic z tego nie będzie”), nie warto reagować, bo będzie tylko gorzej,
- ofiary utwierdzają się w przekonaniu, że nikt ich nie ochroni, bo koniec końców usłyszą, że mają siedzieć cicho i schodzić z drogi oprawcom…
I cierpią na tym wszyscy, nie tylko ofiary, ale też sprawcy i świadkowie. To zatruwa wszystkich po kolei, a brak świadomości mechanizmu, jak to działa, pokazuje, że niestety jest gorzej niż można by sądzić.
To nie jest wychowanie do odpowiedzialności, ale do cynizmu i bierności.
3. Bo ofiary też mają prawo do spokojnej nauki
W debacie o wydalaniu uczniów często słyszymy: „ale co z tym dzieckiem, które zostanie wyrzucone?”. To ważne pytanie. Tylko że zbyt rzadko zadajemy inne:
- co z dziećmi, które przez miesiące lub lata żyją w strachu przed tym jednym uczniem?
- co z uczniami, którzy codziennie są hejtowani i wykluczani? Ktoś pyta, jak oni się czują?
Dziecko, które boi się iść do szkoły, nie korzysta z prawa do edukacji w praktyce, choć formalnie „ma zapewnione miejsce w szkole”. To, które jest codziennie wyśmiewane, nagrywane, upokarzane, nie ma szans na normalny rozwój społeczny.
To samo dziecko, które doświadcza przemocy, ma realnie wyższe ryzyko depresji, samookaleczeń i prób samobójczych. Ono cierpi, realnie, nie na papierze.
Jeśli system chroni sprawcę bardziej niż ofiarę, to jest to system niesprawiedliwy. A dzieci mają bardzo wyczulone poczucie sprawiedliwości.
Jak mogłyby wyglądać mądre, a nie „karne” rozwiązania?
Możliwość zawieszenia czy wydalenia ucznia nie musi oznaczać prostego: „wyrzucamy i nie nasz problem”. Wręcz przeciwnie, dobrze zaprojektowane rozwiązania mogą łączyć ochronę ofiar z realnym wsparciem dla sprawcy.
1. Zawieszenie jako „czerwone światło”, nie zemsta
Zawieszenie mogłoby oznaczać:
- czasowe odsunięcie od zajęć w danej szkole,
- obowiązek udziału w zajęciach terapeutycznych, socjoterapeutycznych lub programach korekcyjnych,
- ścisłą współpracę z rodzicami i poradnią psychologiczno-pedagogiczną,
- jasny plan powrotu: warunki, które uczeń musi spełnić, by wrócić do klasy.
To nie jest „kara dla kary”. To sygnał: przekroczyłeś granicę, teraz priorytetem jest bezpieczeństwo innych, a równolegle pracujemy nad tym, żebyś mógł wrócić w innej roli niż sprawca przemocy.
2. Wydalenie jako przeniesienie do bardziej adekwatnego środowiska
W skrajnych przypadkach, gdy przemoc jest długotrwała, brutalna, a dotychczasowe środki zawiodły, wydalenie mogłoby oznaczać:
- przeniesienie ucznia do innej szkoły,
- albo do placówki o profilu terapeutycznym, resocjalizacyjnym lub z mniejszymi klasami,
- z obowiązkowym wsparciem psychologicznym.
Kluczowe jest to, by nie zostawiać tego dziecka „poza systemem”, ale jednocześnie jasno powiedzieć: ta konkretna szkoła nie jest już miejscem, w którym może ono bezpiecznie funkcjonować razem z dotychczasowymi ofiarami.
Co na to rodzice? Naturalny lęk i bardzo konkretne oczekiwania
Rodzice często są rozdwojeni:
- z jednej strony boją się „łatwego wyrzucania dzieci ze szkół”,
- z drugiej, coraz częściej mówią: „nie po to wysyłam dziecko do szkoły, żeby codziennie wracało z bólem brzucha ze strachu”.
W badaniach dotyczących cyberprzemocy i hejtu widać ogromne zapotrzebowanie na konkretne działania, nie tylko kampanie społeczne, bo one są, ale realnie nie rozwiązują problemu…. Do projektów edukacyjnych zgłaszają się setki szkół, co pokazuje, jak bardzo temat przemocy i hejtu jest palący.
Rodzice nie oczekują szkoły „represyjnej”. Oczekują szkoły:
- przewidywalnej (jasne zasady, jasne konsekwencje, które naprawdę są egzekwowane),
- sprawiedliwej (ochrona ofiar, realne reakcje na przemoc, a nie oczekiwanie, że ofiara zmieni szkołę),
- współpracującej (z rodzicami, poradniami, specjalistami).
Bez narzędzi takich jak zawieszenie czy wydalenie, szkoła często może tylko rozłożyć ręce.
Dlaczego ten temat jest szczególnie ważny właśnie dzisiaj?
Dzisiejsze dzieci żyją w świecie, który wygląda inaczej niż rzeczywistość, w której my się wychowaliśmy. To świat, w którym:
- przemoc nie kończy się po wyjściu ze szkoły, ale przenosi się do sieci, na 24/7,
- hejt może dotrzeć do setek osób w kilka minut,
- jedno nagranie może zniszczyć czyjąś reputację na lata.
Raporty NASK i organizacji zajmujących się cyberprzemocą pokazują, że młodzi ludzie coraz lepiej rozpoznają zagrożenia, ale nie wiedzą, co z nimi zrobić i często nikomu o nich nie mówią, bo wiedzą, że system jest bezradny.
W takim świecie „miękkie” środki reakcji to za mało. Potrzebujemy:
- profilaktyki i edukacji (to fundament),
- wsparcia psychologicznego (dla ofiar i sprawców),
- ale też twardych, jasno opisanych narzędzi: zawieszenia, przeniesienia, wydalenia.
Nie po to, by karać dla zasady, tylko żeby powiedzieć dzieciom bardzo wyraźnie:
- W tej szkole przemoc ma konsekwencje. I jeśli na nią się decydujesz, to się z nimi spotkasz.
- Twoje bezpieczeństwo jest ważniejsze niż wygoda systemu. I my realnie działamy, a nie tylko mówimy, jak powinno być.
Na koniec: o jaką szkołę powinniśmy dzisiaj walczyć?
Możliwość wydalenia czy zawieszenia ucznia to temat niewygodny, bo zmusza nas do przyznania, że nie każde dziecko da się „wychować rozmową”, a niektóre sytuacje wymagają ochrony jednych kosztem komfortu drugich.
Ale jeśli poważnie traktujemy:
- dane o skali przemocy rówieśniczej,
- rosnące statystyki hejtu i cyberprzemocy,
- milczenie ofiar i bezradność dorosłych,
to musimy też poważnie potraktować pytanie: czy szkoła bez realnych narzędzi sankcji jest w stanie zapewnić bezpieczeństwo naszym dzieciom?
Mądra odpowiedź nie brzmi: „wyrzucajmy dzieci ze szkół”.
Tylko:
- dajmy szkole pełne spektrum narzędzi, od wsparcia i terapii po zawieszenie i wydalenie,
- zadbajmy o systemowe wsparcie dla uczniów-sprawców,
- postawmy bezpieczeństwo ofiar w centrum, a nie na marginesie.
Bo na końcu tej dyskusji nie chodzi o paragrafy, ale o to, czy Twoje dziecko będzie miało odwagę spokojnie wejść jutro do klasy. I jaka ta szkoła będzie – cyniczna, czy wspierająca, będzie miejscem nauki, czy przechowalnią, która równa ku dołowi. Takie przecież społeczeństwo jakie młodych chowanie. Czyż nie? Sami sobie to robimy, teraz tworzymy naszą wspólną przyszłość. To nie patetyczne stwierdzenie, ale fakty, za którymi stoją twarde liczby.
Jeśli szkoła nie dostanie realnych narzędzi, to przemoc będzie miała się lepiej niż nasze dzieci.
Czy polska szkoła uczy myślenia?
Czy polska szkoła ogłupia dzieci?
Czy dziecko potrzebuje wielu zajęć dodatkowych?
Komentarze