Kiedyś było łatwo. Uczeń nie umiał, to miał się nauczyć. Tak zaplanować sobie czas, żeby nadrobić zaległości. Jego zadaniem było pamiętać o niskiej ocenie, umówić się na poprawę i zadbać o to, żeby w ogóle była ona możliwa. Dzisiaj gdy uczeń nie umie, to jest to zawsze… wina nauczyciela. I to on nauczyciel ma zabiegać o to, żeby uczniowi się chciało. Ma umożliwiać poprawę, czekać na ucznia, a gdy ten nie przyjdzie, to wyznaczyć kolejny i następny termin. Nauczyciel ma być osobą, której nic nie złamie: ani ignorancja młodych osób, ani brak wychowania, ani roszczeniowość uczniów, rodziców, ani nieudolności systemu. Z tych powodów nauczyciele coraz częściej „oszukują system” i… wystawiają nieadekwatne oceny. W ten sposób dbają o swój spokój i brak konieczności tłumaczenia się dyrekcji.

Dzieci się nie uczą? Wina nauczyciela
Nie tak dawno temu, bo pokolenie wcześniej za wyniki uczniów odpowiedzialni byli przede wszystkim uczniowie i ich rodzice. Dzisiaj za dobre stopnie i za to, żeby młoda osoba umiała – odpowiada nauczyciel. Gdy wyniki są niskie, oceny niezadowalające, to nauczyciel ma problem.
Musi się tłumaczyć rodzicom, dlaczego nie nauczył ich dzieci.
Musi zmierzyć się z niezadowoleniem dyrektora, oczekującego konkretnych wyników, wskazującego na rankingi i porównującego wyniki jednego nauczyciela do innych nauczycieli. Skoro udało się z angielskiego, to dlaczego z polskiego czy matematyki nie? Do tego należałoby dodać zazwyczaj marną atmosferę w szkole, w której również między nauczycielami pojawia się hejt, wykluczanie i równanie do średniej – i mamy problem gotowy.
Nauczycielom dzisiaj coraz mniej opłaca się prawdziwie uczyć i prawdziwie wymagać. Lepiej dla nich, gdy uczestniczą w fikcji, a właściwie tworzą ją.
Coraz częściej nie chodzi o to, żeby dziecko umiało
I to się dzieje w wielu zwykłych rejonówkach. Nie chodzi przecież o to, żeby dziecko naprawdę umiało. Chodzi o to, aby nie było problemu i wszyscy byli zadowoleni. Dlatego oceny są wysokie, rodzice zadowoleni, a dyrektor czyta opinie o tym, że jego szkoła jest dobra… Opinie pisane przez rodziców, którzy nie muszą martwić się ocenami, rzecz jasna.
Mało kto na serio traktuje niską reprezentację szkoły na konkursach kuratoryjnych, olimpiadach, ważnych wydarzeniach edukacyjnych. Skoro poziom jest żenująco niski, szóstkę zdobyć łatwo, to niezwykle trudno wybić się gdzieś dalej, poza szkołą, gdzie wiedza jest weryfikowana…
Szóstka jest równa czwórce, nawet najlepsi uczniowie wiedzą niewiele. Zazwyczaj jednak przekonują się o tym dopiero na egzaminach ósmoklasisty lub w „prestiżowym” liceum, w którym kolokwialnie to ujmując, nie nadążają. Muszą iść na korepetycje, nadrabiać braki. Koniec końców i tak gonią coś czego dogonić im się nie uda. Stracony czas nie działa na ich korzyść.
Ciągłe zaległości
Nauczyciel, do którego przychodzą rodzice i wymuszają wyższe oceny dla ich dzieci, ten sam, który mierzy się z pretensjami dyrekcji, ma dwie możliwości, albo nadal uczciwie oceniać pracę uczniów i mieć z tego powodu problemy, albo odpuścić i zadbać o swój spokój.
Nauczyciele potrafią myśleć, wiadomo, którą drogę najczęściej wybiorą. Zwłaszcza jeśli jest to mocno wydeptana ścieżka w tej konkretnej placówce…
Wybiorą swój komfort i zadowolenie wszystkich naokoło. A że w ten sposób poziom nauczania jeszcze bardziej spadnie, dzieci wyjdą ze szkół jeszcze mniej przygotowane do dalszej edukacji – to co? Kto by się tym przejmował. Przecież to nie problem nauczycieli, to problem rodziców i młodych osób, oni się z nim zmierzą, prędzej…czy później. W końcu chcącemu nie dzieje się krzywda…
Tylko nieliczni wolą mieć 4 u bardzo wymagającego nauczyciela i rzeczywiście coś wiedzieć niż 6 u nauczyciela, u którego nie trzeba wiedzieć właściwie nic. Prawda?
Na koniec roku lepsze oceny? Dzięki „pomocy” rodziców
Dzieci wracają do szkół, a nauczyciele zapowiadają sprawdziany!
Dlaczego nauczyciele nie chcą jeździć na wycieczki?
Wymagający nauczyciel jest wrogiem ucznia i rodzica?
Komentarze