Dlaczego dziś nauczycielom „nie opłaca się” wymagać? Mechanizm, który psuje szkołę od środka

W polskiej szkole dzieje się coś, o czym mówi się jedynie półgłosem, jakby ze wstydem czy z zażenowaniem: nauczycielom coraz mniej opłaca się być wymagającymi „belframi”. Nie dlatego, że im nie chcą, ale dlatego, że im się to nie opłaca, a tak naprawdę często po prostu mają związane ręce. System, formalny i nieformalny, karze ich za stawianie poprzeczki wysoko. Bo to nie podoba się ani dyrekcji ani rodzicom, nie wspominając o samych uczniach.

Efekt jest niemal wszędzie taki sam. Wysokie oceny, naciągane dla świętego spokoju, a jednocześnie niższe wyniki egzaminów i słabsze rezultaty w konkursach zewnętrznych, czyli tam, gdzie nie da się już nic „podciągnąć”.

To nie jest problem jednostkowy. To mechanizm, który działa w całym kraju.

Dlaczego dziś nauczycielom „nie opłaca się” wymagać?

Dlaczego dziś nauczycielom „nie opłaca się” wymagać?

Wymagający nauczyciel = kłopotliwy nauczyciel

W teorii szkoła ma uczyć, rozwijać i przygotowywać do życia. W praktyce coraz częściej ma… nie robić problemów i uspokajać sumienie rodziców. Skoro dzieci dostają takie dobre stopnie, to znaczy, że wszystko jest ok.

Wymagający nauczyciel dzisiaj po prostu zbyt często generuje problemy. Dlaczego?

Niższe oceny to w praktyce konieczność, z której dyrekcja musi tłumaczyć się przed organem prowadzącym. Pytania są proste: dlaczego średnia szkoły spada, a innych obok placówek rośnie?

Są też skargi rodziców, bo „dziecko zawsze miało piątki”, „nauczyciel nie umie tłumaczyć”, „za bardzo stresuje”, „ wymaga za dużo”. Bywają petycje o zmianę nauczyciela, oficjalne listy wysyłane do kuratorium z jasnymi żądaniami, rodzic wie i rodzic wymaga.

Inne konsekwencje to konflikty, bo niezadowolony rodzic przychodzi z pretensjami, niekiedy straszy prawnikami, skargą do kuratorium, dyrekcja oczekuje „uspokojenia sytuacji”, a nauczyciel zostaje sam na linii ognia.

W efekcie mądry nauczyciel szybko uczy się, że wysokie wymagania nie są premiowane, ale są karane. Dlatego nie opłaca się naprawdę uczyć na dobrym poziomie. Nie warto stawiać miarodajnych ocen, lepiej działać tak, żeby być lubianym, łagodnym i…mieć święty spokój.

Rodzic jako klient, szkoła jako usługa

W ostatnich latach znacząco zmieniła się rola rodzica. Coraz częściej mama czy tata traktuje szkołę jak usługę, a nauczyciela jak pracownika, który ma „dostarczyć efekt”, w praktyce, osobę, która pracuje dla nich…

Efekt, którego oczekuje się od nauczyciela, rozumiany jest w konkretny sposób, nie jako realna wiedza, ale wysoka ocena, brak stresu, brak konfliktów i podkreślanie na każdym kroku, że dziecko jest wyjątkowe, wcale nie mniej utalentowane od innych.

Widać ten mechanizm, jaki jest silny i powszechny, chociaż na zamkniętych grupach dla rodziców, gdzie mama czy tata nie potrafi niekiedy napisać prostego zdania bez błędu ortograficznego, ale krytykuje nauczycielkę języka polskiego, która wystawia synkowi czy córeczce czwórkę czy trójkę. Ocena powinna być wyższa! To całkiem inna sytuacja niż kiedyś, kiedy brak wiedzy był powodem do wstydu…Dzisiaj coraz częściej jest pretekstem, żeby zaatakować nauczyciela, który „nie nauczył”.

Wymagania nie są dobrze widziane. A jeśli nawet wymagania w danej szkole mają być, to najlepiej takie, które nie bolą.

Gdy nauczyciel stawia poprzeczkę wysoko, rodzic coraz częściej nie widzi w tym troski o rozwój dziecka, ale dostrzega zagrożenie: dla samooceny dziecka, jego komfortu i rodzinnego spokoju.

Dlatego łatwiej jest powiedzieć: „Nauczyciel nie potrafi tłumaczyć”, niż: „Moje dziecko musi włożyć więcej pracy, aby mieć efekty”.

Dyrekcja pod presją statystyk

Dyrektor szkoły też nie ma dziś łatwego życia, jest rozliczany z: średnich ocen, frekwencji, wyników egzaminów, opinii rodziców, atmosfery w szkole.

Wymagający nauczyciel na tym tle niestety generuje same problemy, bo z jego powodu jest więcej pretensji, skarg, konfliktów, są niższe oceny i rosnące problemy wychowawcze.

Dlatego dyrekcja często naciska, aby działać inaczej:

  • „bardziej motywować niż oceniać”,
  • „dawać więcej szans”, w praktyce daną ocenę można poprawiać w nieskończoność, nierzadko wcale nie stawiając się na wyznaczony termin,
  • „nie stresować uczniów”, oznacza to coraz mniej wymagań i nudę na lekcjach dla uczniów, którym chce się uczyć,
  • „zastanowić się nad metodami pracy”.

Na co dzień oznacza to jedno: zmiękczyć wymagania, obniżyć poprzeczkę, sprawić, że szkoła wymaga coraz mniej, a jakość nauczania spada.

Edukacja włączająca: idea dobra, praktyka trudna

Jest też inny problem, o którym mówią coraz głośniej sami nauczyciele, jest nią edukacja włączająca.

W założeniu idea jest piękna: każde dziecko ma prawo do nauki w swoim środowisku, niezależnie od trudności, niepełnosprawności czy tempa rozwoju. I super, ale w praktyce jest jak komunizm, z pięknymi wartościami, ale  przypominający system, który naprawdę nie działa i krzywdzi właściwie wszystkich.

Problem zaczyna się bowiem w każdej szkole, gdzie nie ma szans, aby każdego ucznia w klasie traktować indywidualnie, dbając o dobrostan tej osoby, która ma niższe kompetencje i nie działać tym samym na szkodę uczniów o kompetencjach wyższych. Nie da się tego zrobić w dzisiejszej szkole i nawet nauczyciel wspomagający nie poprawia tej sytuacji. To tylko niestety mydlenie oczu…

W efekcie wdrażania nowoczesnego polskiego systemu nauczyciel zostaje sam z klasą, w której różnice między uczniami są ogromne, czasem większe niż kiedykolwiek wcześniej. Poza tym liczba diagnoz i specjalnych potrzeb edukacyjnych to nie wyjątek, to już norma, która rośnie lawinowo.

Niepisana zasada, która szkodzi wszystkim

Brzmi ona: „Dopasuj poziom do najsłabszego ucznia, żeby nikt nie został z tyłu i nikt nie czuł się gorzej.”

Brzmi empatycznie.

Ale w praktyce oznacza niestety same problemy:

  • spowolnienie tempa nauczania,
  • rezygnację z ambitniejszych treści,
  • uproszczenie zadań,
  • ograniczenie wymagań,
  • skupienie na „minimum programowym”,
  • omawianie prostych zadań na lekcji i często wskazanie trudniejszych, z którymi ambitni uczniowie muszą sobie radzić sami.

Silniejsi uczniowie na takich lekcjach nudzą się i nie rozwijają. Słabsi często i tak nie nadążają, bo potrzebują specjalistycznego wsparcia, którego niestety nie dostają.

A nauczyciel, czy widzi ten problem?

Niestety tak, ale ma związane ręce. Robi, co może, niestety zazwyczaj efekty są mizerne, bo nauczyciel w takim systemie ani realnie nie pomaga uczniom słabszym, ani nie wspiera tych lepszych. Szkoła staje się przechowalnią…a brak dużej grupy świadomych rodziców, którzy chcieliby coś zmienić, nie pomaga we wprowadzeniu realnych „popraw” w tym zakresie.

Efekt domina: wysokie oceny, niskie kompetencje

Kiedy nauczyciel widzi, że wymagać się po prostu nie opłaca, zaczyna działać racjonalnie, czyli w taki sposób, który daje mu spokój i wyższy komfort pracy. Trudno się zatem dziwić, że właśnie tak postępuje.

  • podnosi oceny,
  • przymyka oko na braki,
  • daje dodatkowe szanse,
  • unika konfliktów,
  • dopasowuje poziom do najsłabszych, żeby „wszyscy dali radę”,
  • nie widzi ściągania,
  • prowadzi lekcje, mimo że jest naprawdę głośno i mało kto cokolwiek słyszy, nawet osoby, które chcą się uczyć.

W krótkiej perspektywie wszyscy są zadowoleni:

  • rodzic, bo dziecko ma dobre oceny,
  • dyrekcja, bo statystyki wyglądają świetnie,
  • uczeń, bo nie musi się wysilać.

Świadomych rodziców jest niestety za mało, oni widzą długofalowe konsekwencje, słyszą od swoich dzieci o nudzie na lekcjach, o hałasie, widzą skutki przebodźcowania… Jednak najczęściej czują się bezradni, niekiedy nazywani są także „roszczeniowymi.

Prawdziwa weryfikacja przychodzi, jak to zawsze w życiu, później:

  • na egzaminie ósmoklasisty,
  • na maturze,
  • gdy uczeń chce się dostać na naprawdę dobre studia, które gwarantują świetne zarobki, narobienie zaległości z podstawówki w szkole średniej wymaga czasu, a to zmniejsza jego realne szanse na sukces,
  • weryfikacja przychodzi na konkursach przedmiotowych, olimpiadach,
  • na studiach,
  • w pracy.

I wtedy okazuje się, że wysokie oceny nie przełożyły się na wiedzę, a pozorny spokój w szkole to była cisza przed burzą.

Konkursy i egzaminy nie dają się oszukać

Wewnętrzne oceny można „podciągnąć”, jednak zewnętrznych już nie jesteśmy w stanie.

Dlatego szkoły, które mają: świetne świadectwa, wysokie średnie, „zadowolonych rodziców” jednocześnie często osiągają przeciętne lub słabe wyniki egzaminów.

To nie przypadek. To konsekwencja systemu, który premiuje pozory, a nie realną pracę.

Kto na tym traci?

Na tym systemie (teorie spiskowe mówią, że wprowadzanym celowo) tracą wszyscy. Jednak najbardziej tracą uczniowie. Powodów jest całe mnóstwo: bo młode osoby nie uczą się wytrwałości, radzenia sobie z trudnością, pracy nad sobą, odpowiedzialności, nie zyskują prawdziwej wiedzy.

Tracą też: nauczyciele, bo ich praca traci sens, oni czują coraz mniej sprawczości, są wypaleni i zniechęceni. Tracą też szkoły, bo ich wyniki spadają i nawet te najbardziej liczne pod względem chodzących do nich uczniów, nie mają większych sukcesów.  Długofalowo najbardziej jednak traci społeczeństwo, bo w dorosłość wchodzą ludzie mniej kompetentni i gorzej przygotowani do życia…

Co można z tym zrobić, czy w ogóle da się coś zrobić?

To nie jest problem jednego nauczyciela ani jednej szkoły, to niestety powszechny problem systemowy. Zmiana co do zasady nie jest prosta, bo wymaga:

  • wsparcia dla nauczycieli, a nie karania ich za wymagania,
  • realnego wdrożenia edukacji włączającej, a nie jej fasadowej wersji,
  • jeśli ma funkcjonować edukacja włączająca to tylko w bardzo nielicznych klasach, a to często niemożliwe,
  • edukacji rodziców, że ocena to nie nagroda, tylko informacja,
  • zmiany kultury szkolnej, w której wysoka poprzeczka jest wartością, a nie zagrożeniem,
  • odwagi dyrektorów, żeby bronić nauczycieli, a nie statystyk.

Szkoła, która boi się wymagać, przestaje uczyć

Jeśli nauczyciel boi się wymagać, to szkoła przestaje pełnić swoją podstawową funkcję. Zostaje tylko dekoracją, ładną, gładką, bezpieczną, ale pustą w środku.

To przechowalnia, a nie miejsce, które ma wyrównywać szanse. Świadomi rodzice to coraz bardziej widzą i rozumieją, dlatego w akcie bezradności… zabierają swoje dzieci ze szkół rejonowych, wybierają edukację domową, edukację w małych szkołach, czy inne rozwiązania, które gwarantują, że dziecko w szkole nie traci czasu. Podziały coraz bardziej rosną…

Po czasie i tak prawdziwe życie wszystko weryfikuje, tak jak naciągane piątki i szóstki wychodzą na jaw…  Gdy nie stoi za nimi realna wiedza ani prawdziwe umiejętności to takie oceny są niestety nic nie warte…

Uwaga! Powyższa porada jest jedynie sugestią i nie może zastąpić wizyty u specjalisty. Skonsultuj się z lekarzem.

Jesteśmy tu dla Ciebie. Podejmujemy tematy, które dla nas, Rodziców, są ważne. Miło nam Ciebie gościć na naszej stronie! :) Pozostaw ślad po sobie w komentarzu! Jeśli prowadzisz bloga, chętnie Cię odwiedzimy! :)

Komentarze

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.*