„Deklaracja” Gemma Malley

Są książki, które pamięta się przez całe życie. Są też takie, które wciągają od pierwszych słów, nie pozwalając o sobie zapomnieć, cokolwiek byśmy nie robili i gdzie byśmy się nie znajdowali, musimy do nich wrócić i dać wypowiedzieć się ich autorom do końca. „Deklaracja” to powieść, która  pod każdym względem zaskakuje. Nie dlatego, że jest ciekawa i niepowtarzalna, bo pokazuje przerażającą wizję przyszłości, ale dlatego, że pod dosłownym znaczeniem można doszukiwać się przesłania metaforycznego. Wizja przyszłości bez dzieci i z nieśmiertelnymi dorosłymi, którzy mają wszystko, każe z niepokojem zapytać, czy świat pokazany przez Gemmę Malley nie jest przypadkiem bliższy nam niż na pierwszy rzut oka się wydaje? Czy opisana historia nie ma szansy w trochę zmienionych warunkach zdarzyć się naprawdę?

Kraje, gdzie nie ma dzieci

Pamiętam naszą podróż do Kołobrzegu, gdzie w miejscowości uzdrowiskowej, którą często odwiedzają Niemcy, nasza córka stanowiła „atrakcję”. Nie było starszej Niemki, czy Niemca, który by się do niej nie uśmiechnął, czy nie rozpoczął rozmowy.

Takie zachowanie było dla nas zaskoczeniem. Nie dlatego, że z małym dzieckiem wyjechaliśmy na wakacje po raz pierwszy, ale dlatego, że wśród Polaków nasza córka nie wzbudzała takiej „sensacji”. Spotykaliśmy się z wyrazami sympatii, ale nie na taką skalę.

Wszystko było jasne, gdy pewnego dnia czując baczne spojrzenia starszej pary z Niemiec, gdy akurat załapał nas deszcz i wszyscy plażowicze, ściśnięci pod małym daszkiem czekaliśmy aż się przejaśni, usłyszeliśmy „Bo u nas to rodzi się tak mało dzieci…”

Nie znam statystyk. Nie są one ważne dla tych rozważań. Pewne jest, że model rodziny zmienia się. W pokoleniach naszych rodziców rodzina z jednym dzieckiem nie była tak częstym wyborem jak dzisiaj. Nie czuję się na siłach, by dyskutować, dlaczego tak jest. Nie o to chodzi. Chodzi o pewny trend, który jest coraz bardziej odczuwalny. Gdy rodzi się pierwsze dziecko, często nie jest podejmowana decyzja o kolejnym…Rodzice jedynaków nie są już tak społecznie piętnowani, czy w delikatniejszej wersji – niezrozumiani, jak to miało miejsce kiedyś…

W „Deklaracji” z racji stworzenia leku na długowieczność, dzieci właściwie nie ma. W świecie, w którym nikt nie umiera, a miejsce na Ziemi staje się bardzo cenne, każde dodatkowa osoba to problem. Dziecko staje się społecznym ciężarem, który daje wyraz egoizmu rodziców. To jednostka, która zagraża ustalonemu ładowi i filozofii, którą przez lata udało się wypracować. Dlatego dziecko, które się rodzi to „nadmiar”, niemający prawa do życia. To mały człowiek, który trafia do strasznego ośrodka, w którym uczy się, jak stać się „użytecznym nadmiarem” i marzy o tym, by w końcu jakiś „legalny człowiek” zechciał go zabrać do siebie, by można było mu służyć i w końcu poczuć się potrzebnym.

Życie za życie

Posiadanie dzieci w świecie „Deklaracji” nie jest możliwe. Przepisy, które wprowadzono w 2065 roku zabraniają rodzenia potomków. Pod pewnymi względami (choć i tutaj rząd zdaje się nieustępliwy i stara się odnaleźć i zamknąć dzieci „legalnie urodzone”) można doczekać się potomków, jeśli w wieku 16 lat w świadomy sposób dana osoba zrzeknie się długowieczności i zdecyduje się, że umrze, że odejdzie ze świata, w którym nie ma chorób, a ludzie są długowieczni.

Świat „Deklaracji” jest odwrócony. Nie ma dzieci. Ludzie żyją wiecznie. Młodość stanowi zagrożenie. Jednak to przewartościowanie jest tylko pozorne. Dlaczego? Także dzisiaj trudno oprzeć się wrażeniu, że „dzieci stały się wartością deficytową”…

Fabuła książki niepokoi. Każe zapytać, czy dzieci również w naszym społeczeństwie nie są postrzegane jako „nadmiary”, jako małe bezużyteczne osobniki, które przeszkadzają w robieniu kariery, ograniczają rodziców, same z siebie nie dają nic ludzkości i marnują „cenne zasoby”? Nie, tak nie patrzy oczywiście na upragnione dziecko kochający rodzic. Tak dzieci są postrzegane przez pracodawców, kiedy pada „nielegalne” pytanie, czy chce mieć Pani dzieci, tak odbierane są maluchy przez właścicieli różnych punktów usługowych, gdzie tworzone są strefy bez dzieci, tak też dzieci postrzega rząd, który nie docenia w wystarczający sposób wielkich starań rodziców, by w niesprzyjającej rzeczywistości urodzić i wychować dzieci na dobrych ludzi. Mam wymieniać dalej?
Skoro dzieci to nasze największe dobro, to dlaczego rodziny wielodzietne postrzegane są często jako patologiczne, a świadome decyzja o posiadaniu trójki, czy czwórki dzieci odbierana jest jako objaw heroizmu? Czemu niektórzy z nas ciągle nie są gotowi, by zdecydować się o posiadaniu potomka? Świat „Deklaracji”, w którym dzieci to „nadmiary” niestety nie jest tak odległy od naszej rzeczywistości, jak może się wydawać. To dlatego książka jest tak przejmująca, to dlatego również po jej przeczytaniu trudno dojść do siebie… to w końcu dlatego, pozycję tę polecam każdej osobie, nie tylko rodzicom po to, by docenić to, co mamy: świat, w którym ciągle rodzą się dzieci.

Dziękujemy wydawnictwu Wilga za udostępnienie książki do recenzji.

Uwaga! Powyższa porada jest jedynie sugestią i nie może zastąpić wizyty u specjalisty. Skonsultuj się z lekarzem.

Kobieta, żona, matka. Po krótkim zastanowieniu - właśnie w takiej kolejności. Nie lubi przesady oraz forsowania tylko jednego trendu w wychowaniu.

Komentarze

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

  1. Rodzynek Rodzynek

    „dlaczego rodziny wielodzietne postrzegane są często jako patologiczne, a świadome decyzja o posiadaniu trójki, czy czwórki dzieci odbierana jest jako objaw heroizmu?” To jest swego rodzaju heroizm. Bo przy trójce, czy czwórce dzieci trzeba się starać trzy i cztery razy bardziej. Bo po trzecim dziecku trudniej się wraca do pracy, niż po pierwszym. Bo na trójkę dzieci trzeba mieć, mimo wszystko, pieniądze. ja wychowałam się w takiej wielodzietnej rodzinie i naprawdę nie wiem, jak moja mama przetrwała te wszystkie choroby, bunty, matury itd. Ja przy jednej Nadii padam na twarz.