Co Królewna Śnieżka miała pod spódnicą? Literacka lekcja anatomii, tolerancji i życia

Jeszcze kilka lat temu w złym tonie było nadawanie tytułów książkom, które kojarzyły się z intymnymi częściami ciała, fizjologią czy nawiązywały do niekulturalnych epitetów. Kiedy do sklepów trafił Gnój laureata nagrody Nike – Wojciecha Kuczoka, wielu z nas przeczuwało, że literacki rynek niedługo zapełni się dosadnymi w treść i nazewnictwie pozycjami. Któż jednak mógłby przewidzieć, że skierowane one również będą do najmłodszych czytelników. O siusiakach, cipciach, kupkach nie tylko bez zażenowania rozmawiają rodzice ze swymi pociechami. Na temat tego, co skrywają pieluszki i majtki powstały książki, które coraz częściej stają się wychowawczymi pomocami. Czy mają one jakąkolwiek wartość literacką? Kto podczas ich lektury nabiera wstydliwych rumieńców? I wreszcie – czy naprawdę ich potrzebujemy?

Hardcorowe baśnie

Zastanawialiście się kiedykolwiek, dlaczego z taką przyjemnością wracaliśmy do historii o Czerwonym Kapturku? Kibicowaliście tej odważnej dziewczynce podczas jej samotnej wędrówki po ciemnym  lesie? A może zaciskaliście kciuki i oczekiwaliście momentu, w który zza krzaków wyskoczy wilk i wreszcie pożre to naiwne, bezmyślne dziewczę. Dzisiaj nawet nastolatka zdaje sobie sprawę z tego, że czerwień jest barwą wyzywającą i prowokującą nie tylko spojrzenia, ale i lubieżne myśli. Z resztą, która matka w ówczesnych czasach puściłaby swoją córkę samiusieńką na długi spacer do swojej babci po niebezpiecznym terenie?

Wyobraźcie sobie te nagłówki gazet, które oskarżałyby lekkomyślną rodzicielkę nie tylko o to, że nie towarzyszyła swojemu dziecku podczas tej wyprawy, ale przede wszystkim miałyby do niej pretensje, że w koszyczku pełnym wiktuałów zabrakło pieprzowego gazu, którym ofiara mogłaby bronić się przed napastnikiem.

Pod lupę weźmy również Jasia i Małgosię. Jak  psycholog nazwałby porzucenie dwójki dzieci w miejscu odległym od domu z powodu ciężkiej materialnej sytuacji? Czy tatusiowi głównych bohaterów tej opowieści należy się rozgrzeszenie, bo dzięki niemu rodzeństwo nie tylko zacisnęło więzi, a również dojrzało do życia, w którym bez pomocy starszego krewnego trzeba stawić czoła niebezpieczeństwu? Przecież historia skończyła się happy endem. Dziewczynka i chłopiec dokonali spektakularnego morderstwa (w ramach koniecznej samoobrony) i żyli długo i szczęśliwie bez wyrzutów sumienia.

Albo z innej beczki. W jaki sposób siedmiu krasnoludków dzieliło się łazienką z pomieszkującą u nich najpiękniejszą na świecie królewną? Czy jabłko, które łapczywie ugryzła Śnieżka było nafaszerowane pestycydami i rosło przy zatłoczonej szosie wśród smrodu spalin? Jakie antydepresanty zażywała Zła Królowa, której wydawało się, że prowadzi interesujące konwersacje z własnym lusterkiem?

Myślicie, że się zagalopowałam? Do czego zmierzają moje dziwne dywagacje? Przede wszystkim chodzi mi o dosłowność, o symbolikę, o drugie dno baśni. Historie, które opowiadały nasze prababcie, babcie i mamy zachwycają wielowątkowością, emocjami, ciekawymi fabułami, różnorodnymi bohaterami, a w szczególności ponadczasowym przesłaniem. Przecież nikomu nie trzeba tłumaczyć, że Śpiąca Królewna zapadła w swój najdłuższy sen z chwilą, gdy zraniła palec wrzecionem i krople jej krwi ujrzały światło dzienne. Gdy tylko przestała być dziewczynką (nawiązanie do pierwszej miesiączki), rzucona po jej narodzinach klątwa została uaktywniona. Autor nie opisywał jak wyglądała jej wagina, które z zabezpieczeń przed krwawieniem wybrała bohaterka. Podobnie jak w przypadku Kopciuszka, który spieszył się, by zdążyć przybyć do domu z balu przed północą, nikt nie zastanawiał się, czy dziewczynę gnała biegunka, a może jej macochę męczyło zatwardzenie. Dzisiaj możemy przeczytać o tym, jaki kształt przybiera ludzka kupa, czy piętnastocentymetrowy siusiak może urosnąć podczas wzwodu albo przeczytać zwierzenia cipek. Zapytam tylko, czy taka otwartość, dosadność ma sens?

Kupa kupie nierówna

Uprzedzając Wasze komentarze chciałabym podkreślić, że absolutnie nie stawiam na jednej szali baśni Andersena albo braci Grimm z ,,gównianą” książką albo waginalnym atlasem autorstwa Pernilli Stalfeld,  Dana Hojera wraz z Gunillą Kvarnstorm. Żadnemu z powyższych pisarzy nie próbuję też ubliżać i umniejszać jego zdolności. Zastanawia mnie, czy rzeczywiście takie lektury zachęcą rodziców do tego, by przełamali podczas rozmowy tabu dotyczące spraw intymnych i jak postrzegają je najmłodsi czytelnicy. O tym, że władca pewnej krainy dzielił łoże ze swoją małżonką i na skutek tego mieszkańcy królestwa cieszyli się z narodzin następcy korony możemy dowiedzieć się, czytając wiele baśni. Takie sprawy przyjmowaliśmy za oczywiste. Kto z Was w czasach wczesnego dzieciństwa zastanawiał się nad tym, czy jego narządy rodne są normalne i czym różnią się od stref intymnych naszych koleżanek i kolegów z podwórka? Albo czy było to dla Was istotne, jaką kupę robi mama i dlaczego tata stęka podczas posiedzenia w toalecie i gdzie załatwiała swoje potrzeby Sierotka Marysia? Czy szukaliście informacji na powyższe tematy?

Dokładnie obejrzałam i przeczytałam to, co miała do powiedzenia autorka Małej książki o kupie. Nie jestem ani zniesmaczona, ani zachwycona. Zanim książka Pernilli Stalfelt ujrzała światło dzienne, jej autorka pragnęła zaistnieć na rynku wydawniczym jako twórca filozoficznego utworu, poruszającego typowe dziecięce dylematy. Życie jednak zweryfikowało jej plany i zamiast wybitnego dzieła, napisała tekst o włosach. Dopiero będąc panią w średnim wieku, pod wpływem wielu obserwacji, wpadła na pomysł, by uzupełnić lukę w edukacji najmłodszych i opisać historię oraz istotę kupy.

Wydana w 1997r książka o fizjologicznych odchodach okazała się w Szwecji prawdziwym hitem. W kraju w którym istnieje niewiele tematów objętych tabu z entuzjazmem przyjęto dość lekką lekturę. Napisana prostym, zrozumiałym językiem, z dystansem i lekkim humorem ukazuje stolec jako nieodzowny element nie tylko ludzkiej egzystencji.

Stalfelt bada pochodzenie kału, jego rodzaje, cechy oraz reakcje ludzi na jego obecność lub wręcz przeciwnie –  przykry brak. Posuwa się nawet do tego, by zaproponować czytelnikom wykonanie naszyjnika z odchodów łosia. Młodego odbiorcę utwierdza w przekonaniu, że ludzkie ekskrementy z domowego sedesu trafiają wprost do wodnego akwenu, a nie do oczyszczalni ścieków, gdzie niczym rasowi pływacy przemierzają kilometry wpław w twarzowych kąpielowych czepkach na gównianych główkach. Z książki możemy się również dowiedzieć, że na wsi prócz tradycyjnego WC mamy do czynienia z wieloosobowymi wychodkami, które są nieczęsto opróżniane. Gdy już pojawi się specjalne auto, które wywozi nieczystości, należy się go za wszelką cenę wystrzegać. Spotkanie z takim pojazdem gwarantuje kontakt pierwszego stopnia ze śmierdzącą zawartością.

Autorkę trochę poniosła fantazja. Widać to zwłaszcza we fragmencie, w którym wyobraża sobie ,,teatralną sztukę” o puszczaniu bąków, którą odgrywaliby nadzy aktorzy-amatorzy. Morał tej historii jest nietrudny do przewidzenia –  gdyby nie kupa, nie moglibyśmy normalnie funkcjonować.

Czy jest ciekawa? Raczej zabawna i oczywista. Nie znalazło się w niej nic, czego przeciętny przedszkolak nie byłby świadomy. Co ważne –  niektóre kwestie wymagają rodzicielskiego sprostowania i obszerniejszego komentarza. Jeśli chodzi o wszelkie kontrowersje wokoło samego tematu,  spójrzmy prawdzie w oczy kupa to kupa, przydarza się każdemu z nas. Czy trzeba o tym pisać książkę? O co tyle hałasu?

Prącie, penis, siusiak…

O tym, że nasze kulturalne nazewnictwo intymnych części ciała jest ubogie nikogo przekonywać nie muszę. O ile dzieci nie odczuwają zakłopotania w określaniu tych miejsc, tak my dorośli często jesteśmy zażenowani, kiedy zmuszeni jesteśmy mówić o nich publicznie. W tym miejscu, jak zwykle, z pomocą przychodzą pomysłowi Szwedzi.

Konkretnie Dan Hojer i jego żona Gunilla Kvarnstrom. W Wielkiej księdze siusiaków zajmują się badaniem organów płciowych, przytaczają historie wzięte z życia nastolatków, opisują dylematy związane z okresem dojrzewania, podają statystki dotyczące ilości wzwodów,  wypływającej podczas masturbacji spermy oraz określają różnice między członkami mężczyzn różnych ras i narodowości. Książka zawiera kilka intrygujących informacji. Ich znajomość może nam, rodzicom zapewnić sukces podczas niejednej towarzyskiej konwersacji, a dziecku wzbudzić zainteresowanie nie tylko u przeciwnej płci. Wiedzieliście o tym, że bohaterowie Biblii, chcąc podkreślić swoją prawdomówność przysięgali na własne jądra? To właśnie od męskiego narządu rozrodczego wywodzi się szwedzkie słowo testamente określające część świętej księgi chrześcijan. W odróżnieniu od książki poruszającej temat kupy, lektura utworu szwedzkiego małżeństwa jest nie tylko kopalnią wiedzy, przekazanej w zachęcający do drążenia wielu kwestii sposób, ale przede wszystkim dobrym początkiem do tego, by pomóc dziecku zrozumieć, co się dzieje z jego ciałem.

Idąc za ciosem, po siusiakowej encyklopedii powstała Wielka księga cipek, która okazała się kijem włożonym w mrowisko. Jej zagorzali przeciwnicy buntowali się przeciwko wykorzystaniu w utworze postaci religijnych z Jezusem na czele. Za religijną  profanację uważali stwierdzanie faktu, że Chrystus obdarzony był penisem, zaś dywagacje autora na temat co by było, gdyby okazało się, że w miejscu prącia pojawiła się cipka i w rezultacie na krzyżu zawisłaby kobieta, uznali za szczyt bezczelności. Wypowiedzi dziewcząt (książka powstała w oparciu o dyskusje z nastoletnimi uczennicami) dotyczą nie tylko problemów związanych z wyglądem organów płciowych, ale zahaczają o różne sfery seksualności z bezpiecznym stosunkiem i masturbacją w rolach głównych.

Pamiętacie szkolne zajęcia z przystosowania do życia w rodzinie? Jaki stosunek do tematu miała prowadząca je osoba? Czy mogliście otwarcie porozmawiać o tym, co trapi przeciętnego nastolatka? Czy bez zażenowania nauczyciel wyjaśnił Wam jak prawidłowo nałożyć na penisa prezerwatywę, co jest przyczyną nocnych polucji, dlaczego w niektórych kulturach brutalnie okalecza się kobiety, wycinając im łechtaczki i pozbawia je czerpania przyjemności z seksu? A może to Wasi rodzice, albo dziadkowie lub inni krewni uświadomili Was jak prawidłowo dbać o higienę podczas menstruacji, dlaczego w czasie ciąży nasze narządy rodne zmieniają swoją barwę i wielkość, na co powinnyśmy się przygotować podczas pierwszej wizyty u ginekologa? Nie martwcie się, jeśli na żadne z powyższych pytań nie odpowiedzieliście twierdząco.

Chociaż z pokolenia na pokolenie zmienia się mentalność ludzi i coraz częściej bez ogródek rozmawiamy o intymnych sprawach, wciąż wiele osób nie potrafi spojrzeć swojemu dziecku prosto w oczy i odpowiedzieć szczerze na pytania związane z okresem dojrzewania. Wówczas z pomocą mogą przyjść właśnie takie książki. Odpowiednio dobrane mogą stać się cennym źródłem informacji dla poszukującego odpowiedzi czytelnika. Nie tylko rozwieją jego wątpliwości, lecz przede wszystkim zaspokoją ciekawość, której nie powinniśmy potępiać.

Kilka słów o umieraniu

Po co kupujemy dzieciom zwierzęta? Powodów jest wiele. Chcemy obdarować latorośl wyjątkowym prezentem, oczekujemy, że dzięki żywej istocie nasz potomek stanie się odpowiedzialną osobą, zapewniamy mu kompana do wspaniałych zabaw, próbujemy wynagrodzić swoją nieobecność. Niezależnie od argumentu prędzej czy później będziemy musieli stawić czoło śmierci pupila, który albo szczęśliwie dożyje krótkiej starości, albo zginie w tragiczny sposób na skutek nieodpowiedniej opieki. Jak zachowacie się w obliczu takiego wydarzenia, które dla zżytego ze zwierzakiem dziecka urasta do rangi rodzinnej tragedii? Czy jeśli dziecko nie było świadkiem zgonu ulubieńca, wymyślicie historyjkę o ucieczce pupila, odejściu do nieba czy przetrząśniecie internet i okoliczne sklepy zoologiczne w poszukiwaniu identycznego zwierzaka? A może razem zorganizujecie pogrzeb chomikowi w przydomowym ogródku?

Uwaga! Powyższa porada jest jedynie sugestią i nie może zastąpić wizyty u specjalisty. Skonsultuj się z lekarzem.

Ewa, 27 lat. Na swoje szczęście czekała 5 zim. Stara się pogodzić bycie mamą z egoistycznymi przyzwyczajeniami. Czyta, szuka informacji, słucha rad doświadczonych mam, próbuje znaleźć złoty środek i wychować córkę na dobrego człowieka. Póki co, widzi małą kopię siebie, która sprawia, że pełną piersią, czuje, że żyje.

Komentarze

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

  1. Aran Aran

    Artykuł całkiem dobry. Jeśli chodzi o temat, to zastanawiam się czy jako ojciec, którym kiedyś zostanę, powinienem pozwolić aby takie treści trafiały do dzieci?
    Czy rzeczywiście odciążanie barków rodzicielskich z trudnych tematów przez tego typu nie raz kontrowersyjne publikacje jest właściwe? A może po prostu społeczeństwo stało się w całym tym pędzie bardziej ograniczonym oraz rozleniwionym? Wszak aktualny etap rozwoju człowieka wykluczałby zawstydzenie w sprawach intymnych jeśli mowa o ogółu, a jednak muszą powstawać różne publikacje, które niekoniecznie dają lepszy efekt od tego co znaleźć można w sieci. Pytanie tylko jak duża jest dysproporcja między skutecznością książek, a wulgarnymi treściami w sieci?

    • Ewa Ewa

      Aranie, dziękuję za komentarz i trafne uwagi.
      Myślę, że dobór lektur jest sprawą bardzo indywidualną. Nie zastąpią one szczerej rozmowy z rodzicem, ale niektóre publikacje mogą stać się inspiracją do pogłębiania wiedzy na dany temat. Jeśli chodzi o wulgarność- jest ona kwestią gustu. To, co dla niektórych rodziców jest nie do przyjęcia, inni traktują jak rzecz oczywistą.

  2. Kićka Kićka

    Nie uważam się za osobę specjalnie zahamowaną właściwie w żadnej tematyce, uważam, że należy rozmawiać i nauczać, jednak te książki wydają mi się być pozbawione tego *czegoś*. Nie jestem nawet osobą wierzącą, a moją uwagę w temacie tych książeczek zdobyły o dziwo komentarze polskiego kapłana. Zatem, jest kwestia światopoglądowa. To są takie przewodniki techniczne, zajrzyj tu, włóż palce tam, dotknij tak, albo inaczej. Brakuje tu rzeczy podstawowej: intymności. Wcale nie chodzi o ukrywanie faktów, na czym polega masturbacja, stosunek, poród, ejakulacja, choroby przekazywane drogą płciową i inne problemy zdrowotne, sikanie i oddawanie stolca (kupy, mas kałowych, albo nawet deliberacje w temacie Bristolskiej skali uformowania stolca – jeśli już ktoś naprawdę musi). Wydaje mi się, że odpowiedni dobór słownictwa jest w stanie delikatnie skierować uwagę dzieci i młodzieży na intymność właśnie, tak, żeby ci młodzi ludzie wiedzieli, że jest taka możliwość jak intymność wzbogacona seksem, w odróżnieniu od bezlitosnej pornografii, gdzie liczy się właśnie to walenie konia, ssanie wora i spuszczanie się na twarz, bo maseczkę można zrobić ze wszystkiego, nie tylko z ogórka. Nie mieszkam w Szwecji, nie mieszkam też w Polsce, ale słownictwo tych książeczek pochodzi z najgorszych zakątków internetu i oprócz szeroko pojętej wolności ich nadużywania nic wartościowego się za nimi nie kryje. Czy naprawdę kultura wypowiedzi upadła tak nisko? Gdzie się podziała delikatność i zrozumienie? Czy tak należy pomagać dzieciom w formowaniu ich świadomej seksualności? Wydaje mi się, że nie tędy droga.