Niektóre słowa same cisną się na usta, gdy widzimy słodką, puciatą twarzyczkę niemowlęcia. Wszelkie słodziusio-milusie zdrobnienia, sepleniący szczebiot i inne „aj ti ti bobaśku” wyrywają się z dorosłych gardeł, zanim pomyślimy, co tak naprawdę wygadujemy. Jakie „dziecięce” słowa słyszymy najczęściej? Skąd się wzięły? Spróbujmy zabawić się w językoznawców…
Opa

Chodź na opa. Znaczy tyle, co chodź na ręce/kolana. Niektórzy dorośli dowodzą, że wyraz ten wymyśliły same dzieci. Na pewno? Pokuszę się o nieco inną teorię. Jak wołamy, kiedy w zabawie podnosimy malucha do góry? Hop, hopa. W ten sposób dziecko zaczyna kojarzyć to zawołanie z przebywaniem na rękach. Nic dziwnego, że wyciągając rączki woła op, lub opa. Skąd zatem „choć na opka”? No cóż, to już wyłącznie nasza zasługa. Zdrabniamy z upodobaniem wszystko, co tylko się da!
Kuku, ała, ałka
Niektóre dzieciaki przewracając się, zdzierają skórę z kolan, inne się kaleczą, a jeszcze inne robią sobie „kuku” bądź „ała”. Z ała sprawa jest prosta. Tak zwykle wołamy, kiedy odczuwamy ból. Z kuku jest więcej problemów. Otóż, swojego czasu nad kuku pochylał się sam profesor Miodek. Co prawda, pochylał się nad kuku na muniu, niemniej z tego pochylania niewiele wyszło. Trudno jednoznacznie stwierdzić, skąd się wzięło. Niektórzy językoznawcy dopatrują się związku ze staropolskim wyrazem kukać-lamentować biadolić. Oczywiście, zdarza się, że dorośli wpędzają się w tę dziecięcą „gwarę” jeszcze mocniej. Niektóre mamy na widok zadrapania u smyka wołają: zrobiłeś sobie kukusiu!
Amciu, papu, mniam-mniam
Większość wyrażeń dotyczących jedzenia to onomatopeje, pochodzące od odgłosów wydawanych podczas posiłku. Mlaskanie, siorbanie itd. O ile podczas nauki mówienia onomatopeje są niezastąpione, o tyle na późniejszym etapie warto powoli od nich odchodzić. Amciający półtoraroczniak jest w porządku, papusiający czterolatek wygląda dziwnie. A skąd owo papu? Nie znalazłam etymologii. Jakieś pomysły?
Ajciu, aaa
Aaa, kotki dwa. Nie istnieje dziecko które nie zna tej kołysanki. Aaa znaczy spać. Ajciu również. O ile pochodzenie pierwszego słowa jest zrozumiałe, o tyle drugie nie przestaje mnie zadziwiać. Dziecięce słówka są zwykle łatwiejsze i krótsze, niż ich dorosłe odpowiedniki. Ajciu natomiast wymaga już sporej sprawności językowej. Brzdąc zdolny wymówić ajciu, z całą pewnością potrafi wyartykułować zniekształcone „pać”. Czemu zatem ajciu ma służyć? Rodzic wie…
Lowelek, piłecka, ksiązecka…
Kochamy zdrobnienia. Jakimś cudem uznaliśmy, że wszystko co ma związek z dzieckiem, powinno być słodkie i pieszczotliwe. Tutaj nie trzeba się mocno starać. Wyrazy same nam się pieszczą, kiedy mówimy do słodkich brzdąców.
Mamunia da papu i połozi ajciu…
Powodów, dla których rodzice używają dziwacznego języka jest kilka. Niektórzy z nas powtarzają za maluchem zniekształcane słowa… i tak już zostaje. Długo po tym, kiedy dziecko jest w stanie wymawiać wyrazy poprawnie, rodzice nadal wołają na kanapkę „kampapka”, bo tak jest zabawniej.
Jeszcze inna grupa rodziców od razu uczy maluchy języka, który uważa za charakterystyczny dla dzieci. Opki, kuku i papu są u nich na porządku dziennym. Dlaczego? Bo przecież dzieci tak mówią!
Oczywiście, istnieją także rodzice, którzy zupełnie wyrzekają się dziecięcego języka, argumentując swoją postawę tym, że aby nauczyć dziecko poprawnej wymowy i pięknej polszczyzny, należy tylko taką się posługiwać.
I kto ma rację?
Złoty środek
Jak zwykle, prawda leży pośrodku. Owszem, to jak mówimy, ma na nasze dziecko olbrzymi wpływ. Zarówno poprawna polszczyzna jak i błędy językowe są wynoszone z domu. Najlepiej byłoby zatem, uczyć malca języka literackiego. Pytanie tylko, kiedy zacząć? Naturalnie, od samego początku należy zwracać się do dziecka poprawnie, jednak… nie warto całkowicie rezygnować z dziecięcego języka. O ile zdrabnianie, pieszczenie i celowe zniekształcanie wyrazów nie przynosi naszemu dziecku żadnych korzyści, o tyle onomatopeje są świetnym sposobem na naukę języka i świata. Na długo zanim maluch będzie w stanie nazwać zwierzątko na obrazku, będzie potrafił naśladować jego głos. To samo dotyczy zjawisk i czynności: bęc, chlap, myju myju- to świetny sposób na wyrażanie potrzeb oraz ćwiczenie i naukę mowy. Wyrazy dźwiękonaśladowcze są łatwiejsze i krótsze niż nazwy przedmiotów i czynności. Oczywiście ważne jest, aby onomatopeje nie zastąpiły wyrazów. Nie tłumaczymy dziecku, że po ulicy jedzie brum, a po chodniku biegnie hau hau.
A cio z piesceniem?
Pieszczenie jest w porządku, pod warunkiem, że stanowi jedynie element zabawy. Bobaśki, maluśki i inne słodkości doskonale korespondują z łaskotkami;)
Wózek dziecięcy na klatce schodowej: problem rangi…mieszkaniowej?
„Chodź, opowiem Ci bajkę”
Dziecięcy savoir vivre dziś i jutro
Jak reagować na brzydkie słowa?
No i jeszcze niezawodne „śi”, które u nas w domu oznacza coś ciepłego :) mam czasami wrażenie, że przy moich dzieciach coś mi pada na mózg ale kto powiedział, że człowiek zawsze musi być poważny?