Prawidłowe żywienie małych dzieci, czyli wielkie koncerny kontra rodzice

komentarzy: 23 , aktualizacja: 15.09.2014 13:38:04

Podawanie posiłków ze słoiczków dzieciom to jeden z grzechów współczesnego rodzicielstwa?

istock 000018417428xsmall Prawidłowe żywienie małych dzieci, czyli wielkie koncerny kontra rodziceEwelina Wieczorek: Nie wiem, czy „grzechów”, ale z pewnością współczesne mamy zbyt łatwo ulegają modom na żywienie dzieci. Zrobiły się również bardzo wygodne (nie ukrywajmy tego – łatwiej otworzyć słoiczek niż ugotować zdrową zupę czy zrobić domowy owocowy przecier). Owszem, faktem jest, że współczesne kobiety bardzo często pracują, mają własne firmy. I te, powiedzmy, byłyby po części usprawiedliwione. Jednak znam wiele mam, które są na urlopie macierzyńskim, nie chodzą do pracy, są praktycznie cały czas w domu, a mimo wszystko wolą kupować gotowe produkty, niż gotować same.

Osobiście jestem dość ostrożna w podążaniu za głośnymi nowinkami i sceptyczna co do nowoczesnych sposobów odżywiania małych dzieci.

Dlaczego dania słoiczkowe są mniej wartościowe niż posiłki przygotowywane w domu?

E.W: Wychodzę z założenia, że to, co ugotuję sama, będzie lepsze niż gotowiec kupiony w sklepie. Gotując, wiem, co dodaję do potrawy, a czego nie dodaję.

Małe dzieci to specyficzna grupa odbiorców. Są to młode, jeszcze niedojrzałe organizmy, które dopiero zaczynają odżywiać się tak, jak dorośli. Stąd powinny zapewnić sobie dobry start pod kątem zdrowia, zgodnie z powiedzeniem, że czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci.

Mało tego, producenci żywności dla dzieci bazują przede wszystkim na uczuciach i obawach rodziców. Jak wiadomo, o małe dzieci troszczymy się szczególnie i chcemy dla nich tego, co najlepsze. Skoro producent obiecuje, że wytwarza super zdrowy produkt, to większość rodziców go kupi, w trosce o swoje dziecko. To jest typowe psychologiczne zagranie wielkich koncernów.
Pamiętajmy, że świeże jedzenie od słoiczkowego różni się tym, że zawiera więcej składników odżywczych, np. witamin, ponieważ nie przechodzi długiego procesu przetwarzania, jaki przechodzą owoce i warzywa słoikowe.

Co się dzieje z marchewką tuż po zerwaniu? Zwykle trafia ona w ciągu paru dni na bazar, do domu, potem do garnka i jest podawana dziecku, zaś ta słoikowa jest mrożona, potem rozmrażana, ładowana do worków, czasem drugi raz mrożona, po kilku miesiącach znów pasteryzowana oraz mieszana według receptury, wrzucana do słoików, do magazynu i do sklepów. Taki produkt to coś innego niż marchewka z bazaru. Bo co z tego, że na słoiku jest wypisana lista składników odżywczych, skoro ich przyswajalność jest nieporównywalnie mniejsza niż ze świeżych produktów? Nie wystarczy spożyć odpowiedniej ilości składników, one muszą się jeszcze jakoś strawić i przyswoić.

istock 000017879619xsmall Prawidłowe żywienie małych dzieci, czyli wielkie koncerny kontra rodzice

Czy, według Pani, podawanie posiłków ze słoików może mieć wpływ na problemy w zakresie żywienia dzieci w przyszłości. Jeśli tak, to jakie?

E.W: Oczywiście, że może. O ile słoiczki goszczą w diecie dziecka od czasu do czasu, to nic się złego nie dzieje. Czasami rzeczywiście wygodniej jest zabrać do torby słoik, niż pakować inne dania (wyjazdy, wyjścia do znajomych czy na dłuższy spacer). Jednak pamiętajmy, że po ukończeniu przez dziecko pierwszego roku życia należy traktować go w kontekście żywienia niemal tak samo jak dorosłego…

To nieprawda, że małe dzieci lubią tylko potrawy słodkie i delikatne. Zamiast serwować mu słodkie lub mdłe papki ze słoików, pozwólmy dziecku spróbować tego, co jemy sami. Może okaże się, że jego ulubioną potrawą jest sałatka z serem albo spaghetti?
Jeśli będziemy trwali przy papkach, nauczymy dziecko, że to, co twarde jest niezjadliwe. Moja praktyka zawodowa pokazała mi już wiele przypadków rodzin, u których kilkuletnie dzieci nie chciały jeść nic poza miękkimi, płynnymi i słodkimi posiłkami. W menu tych dzieci jabłko, marchewka czy ziemniak w mundurku nie mają racji bytu.

Półtoraroczne dzieci powinny już lubić niemal wszystko to, co chrupie w zębach: grzanki, chrupkie pieczywo, wafle ryżowe. Zamiast papki powinny żądać porządnej kanapki, zamiast przecierów owocowych ze słoiczka – kawałek gruszki czy twardego jabłka.
Podsumowując, jedzenie słoiczkowych dań rozleniwia dzieci i ja stale przyjmuję w mojej poradni rodziców z dziećmi, które mają bardzo ubogie menu – po prostu nie lubią jeść kruchych warzyw, owoców. Wolą napoje, jogurty, serki, kaszki, czyli wszystko, co można zjeść szybko bądź wypić.

Na przykład Gerber wprowadził posiłki dla dzieci powyżej roku życia, ponieważ w tym wieku już na ogół matki przechodzą w dietę opartą na pokarmach stałych – twardych, kruchych, zmuszających dziecko do gryzienia…

Co Pani sądzi o pojawiających się kontrowersjach wokół żywności dla dzieci: MOM w produktach Gerber, zbyt duża (niż informowany jest konsument) zawartość cukru w produktach Hipp itd., czy też głośne kontrowersje wokół wody Żywiec?

E.W: Co sądzę? Wiadomo, niektóre informacje należy sprawdzać, zanim się w nie uwierzy. Jednak sądzę, że wiele z tych wiadomości to nie są zwykłe pomówienia, lecz po prostu prawda. To, że słoiczki przeznaczone są dla małych dzieci wcale nie oznacza, że są pozbawione cukru, czy mięsa oddzielonego mechanicznie.

A woda Żywiec? No cóż… Należy pamiętać, że minimalna ilość składników mineralnych w niej zawarta kwalifikuje ją do kategorii wód źródlanych, a nie mineralnych. To duża różnica. Pamiętajmy, że woda posiada nie tylko konkretne składniki, ale również energię. Gorąco polecam Państwu film pt. „Pamięć wody” (można go obejrzeć w Internecie). Dowiecie się wielu ciekawych rzeczy.

Skąd, według Pani, w dzisiejszych rodzicach tyle wątpliwości w kwestii prawidłowego rozszerzania diety dziecku?

E.W: Wydaje mi się, że dzisiejszy świat zmierza w niewłaściwym kierunku. I nie tylko chodzi tutaj o samo żywienie ludzi, ale również o inne kwestie (wychowywanie, edukacja, duchowość). Ufamy temu, co nowoczesne, a nie wracamy do natury oraz tego, co dawno temu zostało sprawdzone.

Koncerny produkujące słoiczki, czy inne produkty dla dzieci często z góry zakładają (a nawet o tym otwarcie mówią), że matki nie znają norm, nie potrafią dobrać odpowiednich proporcji, nie wiedzą, ile jest potasu, żelaza czy innego składnika w konkretnym produkcie… Stanowi to przekaz, że tylko ich produkt zapewni ich dzieciom zdrową i zbilansowaną dietę. To wysoce niebezpieczne. W zdrowym żywieniu bowiem wcale nie chodzi głównie o proporcje! Chodzi o przyswajalność tego pożywienia, o przygotowywanie świeżych posiłków, o energię pożywienia, które zjadamy.

Czy nie zauważyli Państwo, że o pewnych zasadach żywienia czy postępowaniu z małymi dziećmi nie dowiadujemy się dziś już od naszych mam, babć, lecz z reklam?  Rozszerzania diety dziecka uczymy się z etykiet na jakichś słoiczkach… Mamy często nie wiedzą, jak zrobić kaszkę dla dziecka!

Skoro kobieta nie jest w stanie zdrowo wyżywić swojego dziecka, to jak my byliśmy żywieni? Słoiki są powszechnie dostępne przecież dopiero od kilkunastu lat. Przyswajalność składników mineralnych i witamin ze słoików jest mniejsza niż ze świeżych pokarmów. Poza tym zdrowe żywienie to nie tylko określona ilość składników odżywczych w pokarmie. Każda mama jest w stanie zdrowo karmić swoje dziecko, bez pomocy laboratoriów i wielkich fabryk.

Ludzie owszem lubią ułatwienia, lecz najgorsze jest to, że starsze pokolenie to jeszcze wspiera, mówiąc, że za ich czasów nie było tych udogodnień… Wychowanie i dbanie o zdrowie wymaga wysiłku oraz uwagi, nie ma tutaj drogi na skróty, czy pójścia na łatwiznę. Jednak koncerny doskonale wiedzą, że grupa rodziców to dobry klient, który taką właśnie łatwą drogę lubi i zapewne takową wybierze.
Dla mnie marketing i przekonywanie, że dziecko w wieku 2 lat powinno jeść słoiki jest niepoważne. To tak samo, jakby zaczęto produkować pieluchy dla 7-latków, bo po co wychodzić do ubikacji, skoro można załatwić swoją potrzebę, siedząc przy biurku w szkole?

Pisała Pani również o rekomendacjach znanych instytucji Instytutu Matki i Dziecka, Centrum Zdrowia Dziecka, itd. Istnieją podejrzenia, że można je kupić…Rodzice mogą czuć się oszukani…

E.W: Oczywiście, że tak się zdarza.
Na jednej ze stron internetowych znalazłam kiedyś historię mieszkanki z Wrocławia, mamy trzyletniego Jasia, która dowiedziała się o bakteriach w wodzie Żywiec Zdrój. Wcześniej przetestowała popularne desery dla niemowląt na podłodze z lastriko… Długo wpatrywała się w podłogę, na której kilka godzin wcześniej rozbiła słoiczek. Był w nim deser owocowy dla niemowląt znanej firmy.
Powiedziała, że podłoga w miejscu, gdzie rozlał się deserek, stała się… śnieżnobiała. Zaczęła się zastanawiać, który składnik zachował się jak środek wybielający. I jaki wpływ może mieć taki wybielacz na organizm jej dziecka.

Na etykiecie deseru nie doczytała się, ile witamin znalazło się w słoiczku, doczytała się za to, że skład produktu został uzgodniony z Instytutem Matki i Dziecka, który reklamuje się na swej stronie internetowej jako „ekspert w opiece nad rodziną”. Postanowiła pisemnie poradzić się eksperta. Na pierwszy list Instytut nie odpowiedział. Na drugi, w ostrzejszym już tonie, przyszła odpowiedź.
Dowiedziała się, że za jakość produktu i jego rzeczywisty skład odpowiada producent. Czyli naukowcy w ogóle nie badali, co znajduje się w deserze, na którym się podpisali!

Rekomendacje znanych publicznych instytucji, tj. Instytut Matki i Dziecka, Centrum Zdrowia Dziecka, łódzkie CZMP, czy Instytut Żywności i Żywienia, są bardzo cenione przez producentów i bardzo kosztowne. Za opinię naukowców, która pozwala na umieszczenie nazwy czy logo instytutu na opakowaniu wyrobu, producent płaci zgodnie z określoną taryfą, od kilkudziesięciu do nawet kilkuset tysięcy złotych.

Doktor Zbigniew Hałat, lekarz epidemiolog, prezes Stowarzyszenia Ochrony Zdrowia Konsumentów twierdzi, że naukowcy zwyczajnie sprzedali się koncernom. Producenci żywności wynajmują państwowe ośrodki naukowe, by te w zakamuflowany sposób promowały ich produkty. Mamy więc do czynienia z medycyną reklamową, która nie ma nic wspólnego z prawdziwą medycyną, a jedynie z cynicznym zarabianiem dużych pieniędzy.

A słodkie serki dla dzieci typu Danonki i gotowe kaszki dla dzieci – czy należy po nie sięgać?

E.W: Słodkie serki i kaszki są… no właśnie za słodkie. Mają sporo cukru. A to nie rokuje dobrze dla zdrowia dzieci w przyszłości. Owszem, jeśli dziecko zje tego typu produkt raz na jakiś czas, to nic się złego nie stanie. Mówimy tu raczej o regularnym podawaniu (kilka razy w tygodniu).

Mówiąc o kaszkach dla dzieci, warto przyjrzeć się etykiecie. Pierwsza z brzegu kaszka dla niemowląt od 6 miesiąca życia, to: mąka owsiana 43%, mleko następne 33% (odtłuszczone mleko w proszku, serwatka odmineralizowana), tłuszcz roślinny (zawiera lecytynę sojową – emulgator), węglan wapnia, witaminy: C, niacyna, kwas pantotenowy, E, B1, A, B6, kwas foliowy, K1, D3, biotyna, b12; dwufosforan żelazowy, siarczan cynku, siarczan miedzi, jodek potasu, cukier.

Sporo tego, jak na produkt, który w zasadzie powinien być jak najprostszy w swoim składzie. A dodatek syntetycznych witamin również nie jest rozsądnym pomysłem.

Najlepszy koktajl/ serek, to jogurt lub kefir naturalny zmiksowany ze świeżymi lub mrożonymi owocami, osłodzony pszczelim miodem. Danonek w porównaniu z takim posiłkiem wypada naprawdę słabiutko i to pod każdym względem. Nawet tym smakowym.

Jak unikać błędów w żywieniu dzieci? Skąd brać pewność, że nie robimy dzieciom krzywdy, że dajemy im naprawdę to, co najlepsze?

Znam matkę, która od października do marca podaje swojemu synkowi Rutinoscorbin, w obawie przed przeziębieniem i grypą. Na sugestię znajomych, by podawała mu regularnie herbatę z łyżeczką miodu pszczelego i sokiem z cytryny oraz czosnek, stwierdziła, że nie będzie narażała swojego syna na uczulenia od pyłku pszczelego…

Jak unikać błędów w żywieniu dzieci? Przede wszystkim nie być naiwnym, uciekać jak najdalej od chemicznych leków, syntetycznych witamin i przetworzonej, wygodnej żywności. Dziś pewna dawka sceptycyzmu jest nam naprawdę potrzebna. Bazujmy na tym, co zostało sprawdzone i co jest bliżej natury.

Natura to sad, ogród, działka, las, łąka, pole… Fabryki i wielkie koncerny to nie natura. To biznes i marketing. I oczywiście, nie uciekniemy od nich całkowicie. Jednak możemy stanowczo ograniczyć ich wpływ na nasze życie.


Ewelina Wieczorek: doradca żywieniowy w Epicentrum Zdrowia

 

Dobry przewodnik portalu, który promuje racjonalne rodzicielstwo, zdrowe podejście do macierzyństwa i tacierzyństwa. Sos rodzice uwielbia dzieci, ale nie zapomina o rodzicach. Bo szczęśliwy rodzic to radosne dziecko. Banał? Ale jaki prawdziwy...Idziesz z nami? Zapraszamy!

Komentarze

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Current ye@r *

  1. Julia Julia / 24 lutego 2013, 20:58

    Bardzo ciekawy artykuł. Cieszę się jak czytam, że karmiąc dziecko domowym obiadkiem nie „zabijam” jego metabolizmu, co zdarzyło mi się usłyszeć od lekarza PEDIATRY!
    Moja starsza córka zjadała pomidorową i inne „dorosłe” zupy już mając 7 miesięcy. Niestety słoiczki szybko przestały ją interesować, właśnie dlatego, że były papkowate i mdłe. Nic tak jej nie smakowało jak kotlet podkradziony od taty z talerza, czy kluseczka od mamy.
    Dzięki córce zaczęliśmy używać mniejszej ilości przypraw, co dziś uważam za najlepszy ruch jaki mogliśmy wykonać. Do tego Babcia jest szczęśliwa, bo w sezonie może obdarowywać nas owocami i warzywami ze swoich „kompostowych” grządek, a w zimie przetworami, również z działeczki.
    Dziś Łucji największym przysmakiem są naleśniki, ogórkowa, krupnik i spagetti z duuuużą ilością roztopionego sera :)

  2. Mama 3-ki / 25 lutego 2013, 12:00

    A kto mi da pewność że marchew z bazaru nie była „karmiona” najtańszymi pestycydami ? Później do kogo mam się zwrócić z zażaleniami jeśli dziecko zachoruje ? Do pani Basi ze stoiska 3, która za 2 msc pójdzie targować gdzie indziej ??
    Fajnie jest opluwać wszystko w koło tyle że kupując na targu nikt mi nie da paragonu ani opakowania z datą przydatności oraz miejscem wytworzenia.

    • Julia Julia / 25 lutego 2013, 15:43

      Są bazarki i sprzedawcy, od których takie zapewnienia (a nieraz i certyfikaty jakości) można dostać. Naturalnie tylko do wglądu :)
      Na naszym bazarku jest producent pomidorów, który zawsze ma przy sobie certyfikat jakości i zaświadczenie, że jego pomidory są produkowane w ekologiczny sposób.
      Ale rację ma Pani, że takich sprzedawców jest jak na lekarstwo.

    • Marika / 15 lipca 2013, 11:38

      Ale czy jesteś pewna, że ta marchew, która jest w sloiczkach też nie jest ” „karmiona” najtańszymi pestycydami”? ja teraz zaczynam wprowadzaćmojej córeczce posilki stałe, i też się nad tym zastanawiałam, czy owoce i ważywa kupowane na bazarku, albo w markecie są napewno zdrowsze lub może mniej szkodliwe od tych w słoiczkach? chyba posieję sobie na ogródku po rządku swoich warzywek :) będzie najbardziej ekologicznie

      • ewa / 21 grudnia 2013, 01:23

        to ciekawe ile będziesz musiała posiać tych warzywek i owoców , aby wystarczyło na cały rok

  3. Wioleta Wioleta / 25 lutego 2013, 12:23

    Bardzo ciekawy i mądry artykuł. Ileż to ja się nasłuchałam, że nie daje dziecku słoiczków bo to takie zdrowe i polecane przez ekspertów. Szczerze kiedyś raz kupiłam obiadek w słoiczku gdy latem planowaliśmy wyjazd, syn zjadł tylko łyżeczkę, którą zresztą wypluł a ja patrząc na konsystencje i zapach nie miałam odwagi tego spróbować.W większości obiadków stosuje się przeważnie marchew która stanowi ok 70% a nazwa brzmi: Lekki schabik na parze, albo cielęcina z warzywami gdzie prawdziwe mięso stanowi 5%, do tego zawartość momu powoduje u mnie ciarki, sama go usuwam z mięsa i n ie jem a tym bardziej nie dam dziecku. Co do deserków to kupowaliśmy jakiś czas w sezonie zimowym gdy wybór owoców nie jest zbyt duży, ale nie wyobrażam sobie kupować w słoiczku jabłka czy gruszki , które można spotkać w sklepie cały rok. Nasza przygoda z deserkami zakończyła się chyba po 2 miesiąch gdy w jednym z nich ( jagody) znalazłam muche i to całkiem przypadkiem gdy przekładałam deserek do miseczki, gdybym karmiła syna z słoiczka możliwe, że bym jej nie zauważyła bo zwyczajnie przypominała jagodę. Odniosłam do sklepu, zwrócono mi pieniądze z wielkim ale i podobno miano zgłosić to do producenta choć szczerze wątpie.
    Od samego początku gotowałam dziecku obiadki,bo uważam, że jednak zawartość soli w naszych potrawach nie była odpowiednia dla malucha, również miksowałam ale tylko do pierwszych ząbków, syn polubił grudki do takiego stopnia, że gdy w zupie ich nie było to po prostu nie chciał jeść, więc właściwie miksowałam z uwagi na mięso i dorzucałam ugotowany ryż albo kasze. Tarłam warzywka, gotowałam kasze manne bo uważam, że gotowe kaszki są niejadalne i nie wyobrażam sobie jak taka słodka kaszka ma stanowić pełnowartościowe śniadanie, poza tym ceny są kosmiczne, za jedną taką kaszkę można kupić ze 3 paczki manny i co najważniejsze bez chemi i cukru. Co do słodkich jogurtów i serków to niestety podajemy, zaczęło się od jogurtu naturalnego z owocami a skończyło na słodkich jogurcikach, ale raczej traktujemy je jako deser czy np. nagroda za zjedzenie obiadu a nie jako jeden z posiłków.Odkąd syn skończył chyba ok rok zaczął jeść już normalne potrawy z nami, nie mielone i zwyczajnie doprawione, czasem zdzrzało się, że trzeba było ugotować osobne jedzenie gdy np. obiad był ciężkostrawny ( bigos, zupa grochowa) czy smażony w głębokim tłuszczu.

    • Dorota Dorota / 25 lutego 2013, 12:32

      Znaleźliście muchę? O nie…Na pewno to była mucha?

      My „słoiczki” i gotowe kaszki dawaliśmy do około 10-11 miesiąca. Ze względu na pracę, dość nienormowany plan dnia, zwłaszcza jedzenie o różnych porach przez córkę, która uwielbiała jeść niewielkimi porcjami, było to dla nas zdecydowanie lepsze rozwiązanie niż gotowanie i zabieranie ze sobą jedzenia. Oczywiście, na pewno lepiej, gdyby Oli jadła dobre produkty przygotowane z ekologicznych produktów, ale uważam, że nie ma co demonizować. Dla mnie dobrym rozwiązaniem było to, co było dla nas wszystkich wygodne.
      A gdy Oliwia przekonała się do nowych smaków, z chęcią zaczęła smakować tego, co my. Nie kupuję produktów ekologicznych dla całej rodziny, dlatego dzisiaj gdy ma dwa lata, je to, co my. Raczej nie mamy większych problemów z wybrzydzaniem. Dlatego kilka miesięcy na słoiczkach nie wpłynęło destrukcyjnie na rozwój córki, na jej apetyt, itd. U nas nie, nie wiem, jednak oczywiście, czy bardziej wrażliwe dzieci nie mają potem problemu…Ciężko to ocenić.
      Z drugiej strony zgadzam się, że podawanie słoiczków dzieciom powyżej roku, zwłaszcza około dwuletnim to już mocna przesada. Jestem jeszcze w stanie zrozumieć, gdy dzieje się to sporadycznie, jednak gdy stanowi podstawowy sposób karmienia…to niestety nie.

      • Wioleta Wioleta / 25 lutego 2013, 18:16

        tak była to wielka tłusta mucha ze skrzydłami. Słoiczek kup[iliśmy w jednym z hipermarketów, odniosłam wszystko z całą zawartością, zwrócono mi pieniądze, przeproszono i powiedziano, że zgłoszą producentowi.
        Co do kaszek to mój mały nigdy ich nie lubił i nie tolerował. Choć niedawno będąc na zakupach wymusił zakup kaszki, owszem zjadł raz miseczke ale więcej już o niej nie wspomina.
        Generalnie nie uważam, że słoiczki czy kaszki są złe, ale jeśli dziecko bazuje całe dnie na tym to nie ma usprawiedliwienia, że nie mam czasu ugotować. Zawsze można gotować na kilka dni a słoiczkami od czasu do czasu uzupełniać, bo nie zawsze mamy dostęp do zdrowych warzyw, czy np. króliczego mięsa. Ja takie słoiczki traktuje jak np, gulasz czy gołąbki w słoikach jest to po prostu wyjście awaryjne. Nie potępami też innych za ich podawanie, każdy ma swój sposób i przekonania na życie.

  4. anonim / 25 lutego 2013, 12:50

    ja karmie mojego synka jedzeniem ze słoiczków od miesiąca. Mały to straszny niejadek, próbowałam mu dawać gotowaną marchew czy ziemniaczka, ale nie chciał. Dopiero posmakowała mu zupka jarzynowa ze słoika i powoli zaczął jeść. Do 6 miesiąca był tylko na piersi i ciężko było go przekonać do innych pokarmów, ale w końcu się udało. Łatwo oceniać innych ale trzeba mieć na uwadze, że każde dziecko jest inne i każda mama zmaga się z innymi trudnościami. Ja się ciesze, że mój mały zaczął jeść i przybierać na wadze. Skoro takie produkty są dopuszczone do sprzedaży, tzn. że można je podawać dzieciom. Taka marchewka kupiona na targu zimą na pewno nie zawiera samych witamin. Wg mnie we wszystkim trzeba zachować umiar, latem można zerwać warzywa z własnego ogrodu i gotować. Ja mam taki zamiar. Na razie podaje zupki jarzynowe a mięso gotuje sama.

    • Dorota Dorota / 25 lutego 2013, 12:53

      Jak najbardziej się z tym zgadzam. :) Też nie jestem zaciekłą przeciwniczką słoiczków. Wszystko z umiarem. :)

      • Julia Julia / 25 lutego 2013, 15:46

        oj tak. może słoiczki do najpyszniejszych nie należą jednak są sytuację, w których nie wyobrażam sobie jeżdżenia z domowym jedzeniem.

  5. kinia / 25 lutego 2013, 12:59

    Dla mnie też nie ma prostej drogi od jedzenia słoiczków do niejadków…Tak jak piszecie z umiarem! Jak się traci umiar, to się zawsze szkodzi. Nieważne, co by się nie robiło…

  6. anonim / 25 lutego 2013, 16:14

    Szczerze mówiąc jestem w szoku… Absolutna pewność tej Pani co do swoich teorii mnie rozbraja. Uważam, że większość opinii pani Wieczorek to wydumane teorie i pomówienia. Współczesny świat przyniósł nam nie tylko słoiczki dla dzieci, ale i zanieczyszczenie środowiska i mnóstwo szkodliwych środków pomagających w uprawie roślin i w hodowli zwierząt. Skąd mam mieć pewność gdzie rosły marchewki kupione na targu? Jak karmiony był kurczak kupiony na targu? I czy były pryskane pomidory kupione na targu? Stąd wzięły się słoiczki. Jest konieczne badanie każdej partii warzyw, odpowiednie hodowanie zwierząt, bo środki, które nie szkodzą dorosłym, szkodzą małym dzieciom. Przecież to takie oczywiste! Jestem przerażona tym, jak ta pani podważa opinie i wytyczne ekspertów – profesorów medycyny! Ich wykształcenie i wiedza nie może równać się wiedzy pani Wieczorek. Jak można szerzyć takie teorie?!

    • Mateusz / 19 maja 2014, 12:40

      Rozumiem, że sama zamiast gotowania obiadu kupujesz sobie klopsiki ze słoika w markecie, albo gotowe obiady Łowicza? A może gotowe mrożone obiady, i koniecznie mrożoną pizzę. Kuchenka Ci w domu nie jest do niczego potrzebna? A może sama sobie przez tydzień pożyjesz na tych słoiczkach skoro to takie pyszne? Jestem przekonany, że Ty oczywiście opychasz się pysznym, domowym obiadem, ale dla dziecka szkoda Ci czasu, żeby mu coś ugotować. A dlaczego? Bo dziecko jest gorsze? bo nie może zaprotestować, samo dokonać wyboru? Skąd wiesz co się dzieje z obiadkiem w fabryce? Czy ktoś kto ma z tym styczność umył ręce po wizycie w kiblu? Czy z maszyny nie ciekł olej? Albo czy magazyn jest czysty? Widziałaś kiedyś MOM, wiesz co to jest? Pewnie nie, skoro uważasz, że takich koncernów jak GERBER czy HIPP nie stać na kupienie sobie dowolnej opinii. A często nie potrzeba żadnych specjalistów, wystarczy zdrowy rozsądek. Ale cóż, widać, że zamiast mózgu masz papkę podobną do tych ze słoiczków!

  7. Niezła Żona / 27 lutego 2013, 14:08

    Można mówić o wygodzie w podawaniu słoiczków sklepowych ale czy nie można robić ich samemu? Nie raz dawałam „gotowca” bo byłam np. poza domem, bo chciałam dać coś nowego do czego nie mam akurat dostępu. Jednak mimo tego, że do wyboru mamy setki „smaków” wszystkie po otwarciu smakują tak samo. Jak Dziecko ma uczyć się poznawania smaków jak papki ze słoików nie różnią się wiele między sobą… Mam swój ogródek warzywny całą zimę mam własną marchew, ziemniaki, seler, pietruszkę. Brokuły, fasolkę szparagową, kalafior kupuję mrożony (w zimie), kukurydzę, groszek, fasolę biorę z puszki tak samo pomidory. Poza tym wypracowałam sobie system gotowania dla Córki mam zawsze słoik domowej pysznej zupy pod ręką. I dzisiaj moja 19-miesięczna Córa potrafi jeść sama, potrafi gryźć a zupy lubi miksowane. Kaszki kupuję bez cukru bo są takie na rynku. Wygoda wygodą ale to ja odpowiadam za nawyki żywieniowe mojego Dziecka i za to jakie będzie miało zdrowie w przyszłości. Oczywiście prowadząc dietę wiele razy popełniałam błędy i tym na pewno było zbyt częste podawanie jogurtów i serków homogenizowanych. Jednak każdy umie uczyć się na błędach, grunt to wyciągnąć odpowiednie wnioski i wprowadzić dobre zmiany :)

  8. monika06 / 28 lutego 2013, 12:55

    ale się oczytałam, ale wnioskują że są plusy i minusy słoiczków, u nas słoiczki gościły wręcz w domu i tylko do ok 9 miesiąca, córka zupki nigdy sie spróbowała gdyż każdy otworzony słoiczek pociągał odruch wymiotny u dziecka, z deserkami było lepiej choć i tu rewelacji nie było. raz na jakiś czas podsuwałam małej owoce, których nie dało się zebrać na naszej działce lub kupić ale i to nie smakowało. zupki, deserki, kompoty sama zawsze przygotowywałam gdyż mialam z czego je zrobić,
    własna działka i własne owoce i warzywa to majątek przy małym dziecku, który ja posiadam ale co z mamami, które nie maja takiego dostepu swieżych i sprawdzonych warzyw? gdybym była na ich miejcu pewnie na sile chcialabym aby moje dziecko jadlo słoiczki, albo gotowalabym z niesprawdzonych produktów;( trudna sprawa;(

  9. Joanna / 3 marca 2013, 19:29

    Dla mnie artykuł zbyt przesadzony. Wszystko co skrajne jest zle. Do tej skrajnosci zaliczam wylaczni sloiczki w zywieniu dziecka i to np. do 2roku zycia. TAk, to jest przesada. Ale przesada jest tez posiadanie przekonania i 100% pewnosci, ze ta marchewka i ten ziemniak z bazaru, ktory wrzucam do zupy dla dziecka to to, co dla niego najlepsze… ? Slyszalam, ze te nasze czyste marchewki wczesniej plucze sie w Ludwiku, zeby pozbawic je ‚brudnej ziemi’. Wiec, jezeli kupuje wloszczyzne to zawsze te niemyta. A moje dziecko karmilam sloiczkami do ok. 10-11 miesiaca. I to z kilku przyczyn. Pierwszy rok z zycia corci wspomina najciezej. Zmaganie sie z notorycznym zmeczeniem, brakiem snu itd. Brakiem czasu na zrobienie normalnego obiadu dla wszystkich i dla malej oddzielnie. Sliczki ‚wsparly mnie’ w tych chwilach, byly nie tyle wygodne, co tez mialam do nich wieksze przekonanie anizeli do pryskanych warzyw i owocow np. w zimie. I nie jest tak,ze papki figuruja u nas w dzisiejszym menu. Corka ma poltora roku. Mozna by powiedziec, ze lubi konkrety, nie papki. Lubi sobie pochrupac kawaleczek jabka, pooperowac widelcem z calym ziemniakiem, zmierzyc sie z suszona morela czy figa, porzuć bułę-grahamke… Rano, praktycznie codziennie dostaje kaszke manna, bez cukru, a jedynie polana jedna lyzeczka soku malinowego do smaku. Mysle, ze nie jest zle. Ze te ‚nieszczesne’ sloiczki nie spowodowaly tragedii w diecie mojego dziecka. Mysle tez, ze chyba wybralam tez odpowiedni moment, zeby po malu przestawiac corke na innej konstystencji jedzenie. I oczywistym tez jest,ze kazde dziecko jest inne. Jedno sie zajada sloiczkiem, inne nie tknie… Nie ma tez zlotego srodka. A kazda mama wie, mysle najlepiej co dla jej dziecka bedzie najbardziej odpowiednie. Dlatego nie porownywalabym mamy, ktora daje sloiczki swojemu dziecku, z ta, ktora sama gotuje dla dziecka. Kazda z nich, czyms sie kieruje i cos wybrala. I fakt ten nalezy uszanowac. Jeszcze jak sama nie mialam dziecka, to ocenialam rodzicow i ich dzieci. Teraz jak sama jestem matka, podchodze z wiekszym ‚szacunkiem’ do pomyslow innych rodzicow w wychowywaniu i zywieniu swoich dzieci. A najbardziej draznia mnie tematy typu: „no teraz to te matki maja wygodne zycie. Takie ulepszenia, dogodnosci. Wszystko gotowe. Nic nie trzeba robic. Te pampersy, kaszki, obiadki. Mysmy to gotowaly pieluchy, same szyly ubranka bo nie bylo na rynku, a dzien byl tak samo dlugi.” :-/

    • Dorota Dorota / 3 marca 2013, 19:38

      Tak zgadzam się. Masz rację, Joanno :)
      Jednak ja w tym wywiadzie skupiam się na czym innym. Tym, co rzeczywiście mnie również dotyka, próbą wmawiania matkom, że ktoś wie lepiej niż one. Denerwuje mnie, że producenci żywności nie mówią całej prawdy, że dziadkowie robią to często w taki sposób, że rodzice ich nie słuchają, natomiast w mediach często lansuje się jeden i ten sam wzorzec, a inne odrzuca (w zależności, gdzie zajrzymy, na jaki portal trafimy). Dlatego pod tym względem ten wywiad uważam za ciekawy. Dla mnie skupia się on raczej na tym, żeby rodzice uwierzyli w siebie i właśnie postawiły na umiar i na to, co instynktownie czują (a trudno chyba instynktownie sięgać po papki, gdy widzi się aktywnego dwulatka). By nie dały sobie wmówić, że muszą robić tak lub tak i że inaczej jest źle. Nie ma rozwiązań idealnych. Dla mnie wady ma każda forma karmienia: zarówno przysłowiową marchewką z bazaru jak i słoiczkami. Dlatego się zgadzam: wszystko jest dla ludzi. Słoiczki też. I ja akurat nie odbieram wypowiedzi z wywiadu jako protest u podstaw przeciwko słoiczkom, które z gruntu są złe.

  10. Aneczkaa123 / 11 marca 2013, 07:20

    Naprawdę świetny artykuł ! Moja mama nie dawała mi dań ze słoiczków, chociaż już były dostępne. Mam kuzyna, o miesiąc młodszego i jak byłam mała, to ciocia przywiozła zapas tych słoiczków, bo stwierdziła że są zdrowe i wg wspaniałe i jak moja mama może mnie karmić inaczej. Więc mama,żeby nie sprawić przykrości cioci, próbowała mnie nakarmić tymi cudami, tyle że okazało się to nie trafionym pomysłem. Plułam tymi papkami i nie chciałam jeść. Sama teraz jestem mamą, mój Ksawek ma niecałe 3 miesiące i wiem,że będę się starała gotować i robić mu jedzonko w domu. Nie mam ogródka,ale moi chrześni mieszkają nie daleko i zawsze będę mogła się u nich zaopatrzyć w warzywa i owoce.
    Producenci dań dla dzieci, prześcigają się w graniu na rodzicielskich uczuciach i przyznam,że idzie im to świetnie. Ale właśnie potrzebny jest tu zdrowy rozsądek.
    A jeśli chodzi o kaszki, no dobra niech już będą instant, szybkie do zrobienia-tak jak mleko następne. Ale ja bym chciała taką bez cukru i owoców i bez mleczka oczywiście, bo karmię piersią i ściągałabym wtedy swoje. I może znajdę coś w sklepie ze zdrową żywnością, bo jak na razie to najbardziej pasują do mojego opisu kleik ryżowy lub kukurydziany. ;)

  11. marta / 2 stycznia 2014, 14:09

    Tylko jak rozdzerzac diete dziecka o owoce jesli przez pare miesiecy dostepne sa tylko jabłka?

    • Dorota Dorota / 4 stycznia 2014, 21:45

      I to jest dobre pytanie…Pewnie pozostają mrożonki.

  12. Joanna / 12 czerwca 2014, 13:18

    Bardzo ciekawy artykuł! Sama jestem dietetykiem i w zupełności zgadzam się z Autorką. Moja córka jest niestety straszną alergiczką i bardzo wielu produktów spożywczych nie mogę jej podawać. Swoje doświadczenia opisuję na blogu http://www.alergicznedziecko.pl. Zapraszam!

  13. mama / 5 września 2014, 10:37

    Jednym zdaniem. Sama jestes leniwa! !!

Ręka nadziei

Ręka nadziei

Znacie tę fotografię? Hand of Hope, czyli ręka nadziei... Zdjęcie przedstawia rączkę 21 tygodniowego Samuela, któremu dawano bardzo niewielkie szanse na przeżycie. Joseph Bruner podjął się czegoś, co wielu uważało za zbyt ryzykowne. Śródmaciczna operacja rozszczepu kręgosłupa rozpoczęła się od klasycznej laparotimii modo Pfannenstiel, wydobycia macicy i niewielkiego nacięcia, przez które lekarz zoperował kręgosłup malutkiego Samuela. Czytaj dalej

Natura Little Siberica – szkodliwy krem dostępny na polskim rynku

Natura Little Siberica – szkodliwy krem dostępny na polskim rynku

Produkt, którego stosowanie uważane jest za szczególnie szkodliwe przez Europejskie Instytucje dostępny jest na rynku. Krem Natura Little Siberica dostępny jest w kilku polskich sklepach, także online. Czytaj dalej

Ankieta

Kiedy Wasze dziecko zrezygnowało z pieluszek w ciągu dnia?

Zobacz wyniki

Loading ... Loading ...
Przeczytaj poprzedni wpis:
Jak budować dobre relacje między rodzeństwem?

Dr Gordon Neufeld, psycholog rozwojowy oraz autor i współautor wielu książek, poświęcił całe swoje życie do badania fenomenu przywiązania dzieci...

Zamknij