Nauka angielskiego dla dzieci – kiedy zacząć?

Córka ma półtora roku. A ja nie uczę ją angielskiego. Jestem chyba złą matką. Przecież z każdej strony da się słyszeć, że im szybciej tym lepiej, że nauka przez zabawę daje doskonałe efekty, a dziecko od początku uczone obcych języków lepiej radzi sobie w życiu. Czy w ten sposób pozbawiam mojego brzdąca najlepszej okazji do nauczenia się angielskiego? Mam mieć wyrzuty sumienia?

dzieci-uczace-sieNa naukę nigdy nie jest za późno?

Ale czy może być za wcześnie? Przeglądając wiele for internetowych, mam wrażenie, że żyjemy w dziwnym świecie. Dzisiaj nie mówi się o rozpoczęciu nauki angielskiego w przedszkolu, ale w żłobku, a nawet jeszcze wcześniej: o nauce od kołyski. Maluch ma się osłuchać, pośpiewać, pokiwać się w rytm dźwięków, czemu towarzyszą angielskie słówka. Zadaniem rodziców jest wychowanie dziecka dwujęzycznego, które z równą swobodą, co po polsku będzie mówić po angielsku.

Za każdą lekcję każe się nam słono płacić. Wiadomo, trzeba przygotować materiały dydaktyczne, mieć odpowiednią salę, budynek dostosowany do potrzeb małych dzieci, zapłacić godziwą wypłatę wykwalifikowanej lektorce, nagrodzić ją za jej trud, umiejętności i poświęcenie. Naszymi dziećmi nie może się przecież opiekować osoba od razu po studiach, ale ktoś, kto będzie miał dobry akcent (wiadomo, jak wielki wpływ na poprawność wymowy ma sposób podkreślania poszczególnych dźwięków), musi być to też pani o wystarczającej cierpliwości. Trzeba znaleźć taką osobę, która zachowa zimną krew, kiedy roczne dziecko zamiast powtarzać „horse” lub „duck” odgryzie papierowemu konikowi głowę lub zbyt namiętnie zabierze się za zgniatanie narysowanej na kartce kaczki. Gdy czytam wymagania stawiane nauczycielom języka angielskiego dla dzieci oraz przeglądam program nauczania – łapię się za głowę i nerwowo się uśmiecham. A może to moje nieprzekonanie to objaw zacofania?

Motywacja a chłonność

Mówi się, że dzieci od pierwszych miesięcy życia chłoną naukę jak gąbka, że wszystko pojmują w mig. Dlatego maluchy mieszkające z rodzicami za granicą nie muszą się uczyć języka, po prostu słuchają i powtarzają. Nie wiedzą, że się uczą, z językiem obcują na bieżąco. To akulturacja, a nie nauka w klasycznym wydaniu. To przejęcie języka charakterystycznego dla innej kultury w wyniku bezpośredniego z nim kontaktu.

Nauka języka w przypadku małych dzieci to natomiast „lekcje”, które o określonej godzinie zaczynają się i kończą. Nawet jeśli są przeprowadzane w formie zabawy, to jednak rozpoczynane są z myślą o tym, by dziecko czegoś nauczyć. Zastanawiam się, czy warto płacić kilkaset złotych miesięcznie po to, by maluch posłuchał angielskich piosenek lub poklaskał w rytm zagranicznej muzyki? A może lepiej taką formę rozrywki zapewnić maluchom w domu? Tylko ilu rodziców tak naprawdę wytrwa w postanowieniu?

Wybaczcie, jestem sceptyczna. Ciągle pozostaje przy przekonaniu, że zmobilizowany do nauki nastolatek, który potrafi skupić uwagę na dłużej, jest w stanie szybciej i skuteczniej nauczyć się angielskiego niż przykładowo roczne dziecko, które ma dużo większe „problemy” – naukę mówienia w ojczystym języku, naukę wspinania, balansowania ciałem, sugerowane przez rodziców wyzwanie zamiany pieluch na nocnik, itd. Jak na małą głowę – to chyba wystarczająco dużo.

Mimo to, postaram się nie zrażać. W końcu dobro dziecka najważniejsze…Postanowiłam, że dla Was dowiem się, jak i gdzie dziecko może uczyć się angielskiego. Zbadam, czy rzeczywiście rodzice uczą maluchów angielskiego od kołyski, czy zapisują na zajęcia, gdy brzdąc zaczyna chodzić i czy ćwiczą obce słówka w domu. Jednak zanim o tym, zacznijmy od teorii i od sporu ekspertów w tym temacie.

Kilkulatek – czego można wymagać?

Specjaliści są zdania, że nauka angielskiego dla kilkulatka to przede wszystkim zabawa. Polegająca na oglądaniu anglojęzycznych filmów, bajek, zajęć z rysunku, gimnastyki, rytmika z umuzykalnieniem. Po takich zajęciach czterolatek nie musi wcale odpowiadać na pytania zadane w obcym języku, ani tym bardziej opowiedzieć bajkę. Ma się osłuchać.

Z drugiej strony wielu ekspertów jest zdania, że wbrew powszechnym mniemaniom, małe dzieci uczą się języka bardzo wolno. Szybko zapamiętają słowa, jednak równie szybko je zapominają. Nie potrafią skupić uwagi, ciągle się kręcą, a usiedzenie w miejscu przez dłużej niż 5 minut w pełni skoncentrowanym to nie lada wyczyn, stąd łatwo się uczą, ale wiedza na długo im w głowie nie pozostaje. Dlatego ta grupa ekspertów zastrzega, że zamiast popadać w histerię i wymagać od dziecka czegoś zdecydowanie ponad jego możliwości, lepiej wyważyć swoje emocje i podejść do nauki języków obcych w sposób bardziej realny.

Są też eksperci, którzy stoją po stronie przekonania, że nawet jeśli nauka języka obcego do szóstego roku życia nie pozwoli nam obserwować jakichś spektakularnych efektów, to warto ją rozpocząć i kontynuować po to, by przyspieszyć proces nauki wtedy, kiedy maluch pójdzie do szkoły.

I co ja na to? Chyba jestem bliska przekonaniu, że można zacząć wcześniej, ale nic się nie stanie, jeśli zdecydujemy pomału oswajać malucha z językiem obcym w przedszkolu. Przy odrobinie konsekwencji dziecko szybko nadrobi zaległości nawet wtedy gdy zacznie uczyć się języka angielskiego w wieku siedmiu lat, czy później. Takie jest moje zdanie. A jakie jest Wasze?

No dobrze. Tyle teorii. Zabierzmy się za przegląd oferty, jaką mają szkoły językowe dla najmłodszych dzieci.

dzieckoMusic Babies dla dzieci od szóstego miesiąca życia

Na pierwszy ogień idzie szkoła pod patronatem Musical Babies. Odnajduje dane kontaktowe osób proponujących zajęcia dla maluchów w moim mieście (przedszkole niepubliczne Humpty Dumpty w Osielsku, Bydgoszcz). Dzwonię i otrzymuję szczegółowe informacje.

Zajęcia odbywają się w różnych grupach wiekowych, zaczynając od maluszków, które mają sześć miesięcy, poprzez dzieci roczne, dwuletnie i starsze. Maluchy wraz z rodzicami spotykają się na nauce raz w tygodniu. W godzinach popołudniowych. Każde zajęcia trwają 45 minut. Pół godziny przeznacza się na naukę wierszyków, piosenek i rymowanek. Dziecko na sali jest razem z opiekunem (lektorem) oraz jednym z rodziców. Moja rozmówczyni sugeruje, że najlepiej jeśli maluchem opiekuje się zawsze ta sama osoba: mama lub tata, by potem po ukończeniu zajęć móc kontynuować zabawę razem z nauką w domu. Pozostałe 15 minut to zabawa ruchowa, gimnastyka i wspólnie spędzony czas dzieci we własnym gronie.

Zapisy na kurs językowy Musical Babies odbywają się od września, stąd otrzymałam informację, że aktualnie nie jestem w stanie z oferty skorzystać. Cykl nauki kończy się w połowie czerwca. Po jego zakończeniu dziecko może rozpocząć naukę w kolejnej grupie. Moja rozmówczyni kusi mnie ofertą skorzystania z darmowych pierwszych zajęć, podczas których rodzic może aktywnie uczestniczyć z maluchem w zabawie/nauce, by sprawdzić, czy jest to propozycja, z jakiej chce skorzystać w przyszłości.

Jak kształtują się koszty? Za jednorazowe wejście zapłacimy 20 złotych. Dodatkowo obowiązuje wpisowe 50 złotych za książeczkę i płytę CD z muzyką dla dzieci – do wykorzystania w domu.

Jestem dociekliwa i pytam, czy do szkoły przychodzili też rodzice najmłodszych dzieci – sześciomiesięcznych. Pani grzecznie tłumaczy, że najmłodszym dzieckiem uczestniczącym w zajęciach był maluch 10-miesięczny. Wyjaśnia, że specyfika zajęć przystosowana jest do potrzeb nawet tak maleńkich dzieci i że z ich oferty korzystają szczególnie maluchy nie uczęszczające do żłobków i przedszkoli, po to, by zaspokoić choćby w niewielkim stopniu potrzebę socjalizacji takich maluszków. Być może komentarz ten został dodany ze względu na dość głośną zabawę mojej półtorarocznej córki dobiegającej w tle naszej rozmowy przez telefon.
Nie poprzestaję na tym. Przeszukuję internet dalej.

Szkoła Helen Doron

Kolejna oferta angielskiego dla najmłodszych, z jaką zdecydowałam się zapoznać, kierowana jest do dzieci od trzeciego miesiąca życia (!) do 22 miesiąca. Za tą propozycją kryje się rozsławiona szkoła Helen Doron, która funkcjonuje w Polsce już od 1999 roku, a została zapoczątkowana przez pochodzącą z Wielkiej Brytanii lingwistkę.

Sieć placówek uczących zgodnie z założeniami Helen Doron prezentowana na stronie jest naprawdę zdumiewająca. Chwytam za telefon. I tu niespodzianka. Dwa pierwsze telefony, które wybrałam nie odpowiadają: pierwszy nie istnieje, drugi mimo wielu prób, nie został odebrany.

W końcu udaje mi się dodzwonić. I znowu zaskoczenie, odebrał ciepły głos, w tle było słychać gaworzenie niemowlaka. Poczułam się jak na rozmowie z dobrą koleżanką.

Otrzymałam informację, że zajęcia w moim mieści odbywają się nie w placówce, która została wskazana na stronie, ale w innym miejscu (znowu minus za aktualizację treści na stronie) i są kierowane do dzieci, które ukończyły rok. Podobnie jak w przypadku poprzedniej szkoły zajęcia trwają w trybie rocznym (od września do czerwca). Każde spotkanie trwa 45 minut (choć w latach poprzednich dla maluchów jedynie przez pół godziny). Zapisy odbywają się przez cały rok.

Rodzice, którzy zapisują malucha zobowiązują się do codziennego odsłuchania płyt oraz do przeprowadzenia wskazanych zabaw każdego dnia przez 15-20 minut. By przekonać się do nauki z założeniami Helen Doron, można skorzystać z lekcji pokazowej, jednak w tym wypadku udział polega na obserwacji, a nie na czynnym udziale malucha.

Teraz koszty – każdego miesiąca zapłacimy 125 złotych. Jest to stały wydatek, który nie może być podzielony na wybrane zajęcie. Jeśli w danym miesiącu odbędą się tylko przykładowo trzy spotkania, koszty jednej lekcji są wyższe, gdy pięć, teoretycznie są niższe. Istnieje możliwość wniesienia płatności za rok z góry lub za każdy miesiąc z osobna. W roku dzieci spotykają się 39 razy.

Angielski w domu

Oprócz zajęć w szkołach językowych, można uczyć się angielskiego również w domu. I to chyba póki co dla mnie najlepsza z możliwych propozycji, choć nie ukrywam, że do tematu nauki języków obcych w szkołach – jeszcze wrócę. Na pewno jeszcze przed tym zanim  córka wybierze się do przedszkola, w którym nauka angielskiego jest dla wszystkich obowiązkowa.

Jest wiele sposobów, by uczyć się języka w domu. Zaczynając od słuchania angielskich piosenek, włączania bajek, w których bajkowe postaci mówią po angielsku, a kończąc na oglądaniu i czytaniu książeczek dla dzieci do nauki angielskiego, czy dla starszych dzieci – opcja korzystania ze specjalnych gier, zgadywanek. Można także skorzystać z gier komputerowych do nauki angielskiego, z jakich w zupełności za darmo skorzystamy online.

A Wy co myślicie? Zapisaliście dzieci na naukę angielskiego? Uczycie dzieci sami? Koniecznie napiszcie!

Dorota, mama pięcioletniej Oliwii i dwuipółletniej Paulinki, orędowniczka zdrowego rozsądku w wychowywaniu dzieci. Nie znosi wypowiedzi o idealnych niemowlakach, które od pierwszych tygodni przesypiają całe noce, nie grymaszą przy jedzeniu, nigdy nie miewają kolek i złych humorów. Dzieci są tylko dziećmi. Mają prawo do gorszych dni. Tak jak ich rodzice. Uwielbia wspólne chwile z mężem i córkami. Każdego dnia uczy się, jak być trzeźwo myślącą matką.

Komentarze

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

  1. ewanka ewanka

    Mój synalek chodzi do przedszkola od trzeciego roku życia pierwszy rok płaciłam mu ten angielski, bo jak pani nam rodzicom tłumaczyła to jest najlepszy start by jak najwcześniej dziecko zaczęło przyswajać. Po pół roku nagle zaczęłam dostawać skargi na syna że nie chcę uczęszczać na angielski, specjalnie muszą jedną opiekunkę wysyłać na grupę która zajmuje się tylko nim. W domu też syn zaczął narzekać że nie cierpi angielskie i nie chce chodzić na niego. Po roku nauczył się jednego słowa jak powiedzieć auto po angielsku i kosztowało mnie to 350 zł

  2. kinia kinia

    kolejna próba wyłudzenia pieniędzy. ile może zrozumieć niemowlę na nauce angielskiego? nawet taki kilkulatek. Ewanka – dobrze pizzesz. sensu nie widac, kasa ubywa, a pseudoeksperci kaza sie cieszyc, ze dziecko takie „wyedukowane”. nauczylam sie ang w podstawowoce i nie czuje sie z tego powodu gorzej.

    • melek melek

      Moja córeczka będzie dwujęzyczna z racji tego, że tatuś jest obcokrajowcem. Zosia ma teraz 16 miesięcy, rozmawia we „własnym języku”, ale rozumie już większość poleceń w obu językach…uczy się języków naturalnie, poprzez codzienny kontakt z nimi….mam również zamiar wprowadzić język angielski, ale poczekam z tym jeszcze troszkę..wątpię aby tak malutkie dziecko coś przyswoiło, owszem będzie powtarzać nowe słowa, ale nie będzie ich rozumiało i z czasem zapomni…żeby nauczyć się języka ze zrozumieniem, trzeba cały czas z nim obcować…dlatego wątpię, aby kilkumiesięczne niemowlę coś zrozumiało….przedszkole to już inna bajka, dzieci uczą się języka poprzez piosenki, wierszyki, zabawę…Ale przeraża mnie to, że w dzisiejszych czasach na dzieci narzuca się tak wiele….oczywiście chciałabym, aby dziecko władało wieloma językami…ale oczywiście nie kosztem dziecka….niech dzieciństwo spędzi na zabawach a nie nauce…

    • poczytaj poczytaj

      Może i się nauczyłaś w podstawówce, ale na pewno nie mówisz jak native speaker, chyba, że siedzisz po kilka godzin dziennie analizując brzmienie każdego dźwięku w poszczególnych słowach, dziecko do 3 roku życia tego nie musi robić, bo ono to wszystko słyszy i jest w stanie odtworzyć każdy niuans, po 3 roku ta zdolność zanika, dlatego tak dobrze mówisz w swoim języku natomiast choćbyś nie wiem jak długo uczyła się języka obcego zaczynając po 3 roku życia nigdy nie będziesz mówiła jak native speaker.

  3. Halina Halina

    Swojego syna zaczęłam uczyć, gdy miał ok 10 lat.Wcześniej były luźne zajęcia w przedszkolu, śpiewanie piosenek, układanie wierszyków. Od chyba 4 podstawówki wprowadzili do klas angielski, więc Maciek od tego momentu zaczął intensywniej uczyć się języka. Kilka lat później, jak materiał zaczął się robić intensywniejszy, zapisałam go do Speak up. Nie miał dzięki temu problemów na egzaminach ani z porozumiewaniem się na wycieczkach. Przynajmniej był moją podporą, bo ja z językami zawsze stałam na bakier :)

    • Aga Aga

      Według mnie odpowiedni wiek dla dziecka to koniec zerówki/początek podstawówki…Chyba że chodzi o totalne podstawy w formie zabaw, ale ja mam na myśli już normalną naukę języka…Warto też sprawdzić jaki poziom angielskiego ma szkoła, bo niektóre są tragiczne. Ja swoją małą musiałam posłać na kurs, bo było słabo…Akurat dobrze trafiłam na Speak Up, gdzie ze względu na pozytywną atmosferę chętnie chodziła na lekcje i chciała się uczyć

      • Radek Radek

        moja córka ma niecałe 3 lata, ani ja ani moja żona nie jesteśmy nativami języka angielskiego, natomiast od początku tj. od dnia urodzenia mówiliśmy do córki w obu językach, oglądalismy bajki po angielsku – w tej chwili córka jest w stanie zrozumieć wszystko co się do niej mówi po angielsku, buduje proste zdania, potrafi nazwać wszystkie rzeczy w jej otoczeniu i podstawowe czynności, a nawet ostatnio zaczyna w zabawie mówic po angielsku odgrywając role swoimi zabawkami – i niech ktos mi powie teraz, że taka nauka od początku nie ma sensu ???!!! ha ha ha lenistwo i tyle!!! może zacznijcie uczyć swoje dzieci polskiego i rozmawiać z nimi po polsku dopiero po 3 roku życia a najlepiej dopiero w podstawówce??? i tak się produkuje społeczeństwo nieudaczników – „nie ma sensu nic robić bo i tak się nie uda”

  4. hanka hanka

    ja tam na spokojnie, nie przejmuje się, zapisałam jedynie swoją na angielski w przedszkolu i tyle. sama, żeby ją wspierać zapisałam się na kurs do speak up, bo póki co ogarniam podstawy przedszkolne, żeby jej pomagać, ale też zdałam sobie sprawę ile zapomniałam i chcę podnieść się nieco, by potem w szkole nie zaczęły się schody, ale też bez większego zadęcia, dzieciństwo to dzieciństwo, mało kto jest dwujęzyczny od urodzenia a jednak ludzie potrafią się porozumieć w dwóch i więcej językach, prawda? mimo że uczyli się później niż 2 miesiąc życia :P

    • Dorota Dorota

      Hanka, jak najbardziej prawda :)

    • Dorota Dorota

      Dokładnie. Dzieciństwo to dzieciństwo :) Zgadzam się, że nie ma co przesadzać :)

    • Olivia Olivia

      A ja myślę, że jest to bardzo ‚polski’ sposób myślenia. Polska to bardzo ‚homogeniczny’ kraj – jest to kraj etnicznie i kulturowo prawie HOMOGENICZNY z jednym językiem, a uczenie się języków obcych skojarzone jest z ‚wysiłkiem’ i ‚pracą’. Czas to zmienić, drogie panie :). Wychowałam się poza Polską w kraju gdzie większość tubylców mówi trzema językami. W domu rodzice ze mną rozmawiali w języku etnicznym oraz angielskim a jak jeździliśmy do dziadków na wsi mówiliśmy w tym etnicznym; w szkole obowiązkowo w języku angielskim (język oficjalny); a mówiło się w języku narodowym (swahili) bardzo często z osobami pochodzącymi z innych grup etnicznych (np. niania, sklepikarzy, pracownicy, policjanci), którzy albo nie znali dobrze języka angielskiego albo zaczęli rozmowy właśnie w tym języku. Także bez żadnej presji jako dzieci od maleństwa uczyliśmy się mówić w tych językach. W szkole dodatkowo uczyłam się francuskiego i niemieckiego, tak jak dzieci tu w Polsce uczą się obcego języka. Jeżeli któryś z rodzic dobrze mówi w obcym języku, niech mówi do dziecka w tym języku. Dziecko się nauczy BEZ PROBLEMU! Jeśli ta ‚nauka’ jest wprowadzona w sposób naturalny, nie obciąża małego człowieka ani nie zabierze mu dzieciństwa :).

    • Czarny PR Czarny PR

      pani/pan od marketingu w sieci ze speak upu do zwolnienia, najpierw trzeba podszkolić się w teorii języka a później pisać antyreklame w sieci :P

  5. HelowaMama HelowaMama

    Myślę,że jeśli w formie zabawy- nie ma granicy wieku.

  6. Gość Gość

    a ja bym tego nie demonizowała… wszystko zależy czy dziecko jest chętne czy nie… mój syn ma 13 miesięcy i od 3 miesiąca życia puszczam mu muzykę po angielsku, najprostsze piosenki o kształtach, kolorach, zwierzętach z kidsTv – można znaleźć na youtube… uwielbia je… niedawno dołączyłam oglądanie po max 15 min dziennie, myjemy przy tym ząbki – bo są również anglojęzyczne piosenki o myciu zębów.
    dodatkowo pierwszą książeczkę materiałową dostał w wieku 6ciu miesięcy od tej pory mamy małą kolekcję książeczek papierowych z DwellStudio Zoo, Farm, Town, itd. gdzie są najprostsze dwu zdaniowe rymowanki i gdzie może dotknąć i poznać rożne faktury. Uwielbia je i można mi nie wierzyć, ale sam przynosi do czytania te książeczki.
    oprócz tych po angielsku śpiewamy razem też po polsku i czytamy po polsku (w sensie ja czytam, on siedzi i się naprawdę skupia na tym, czytamy Brzechwę i Tuwima).

    zamierzam zapisać go na angielski do szkoły helendorn jeśli będzie odpowiednia grupa wiekowa… i bardziej skupiam się na tym by dziecko miało kontakt z rówieśnikami a przy okazji osłuchało się z językiem, a nie na tym by kończąc zajęcia znało 1000 słów i mówiło płynnie po angielsku.

    pamiętajmy, że tak małe dziecko ma najwięcej komórek nerwowych w mózgu, najwięcej połączeń… a to oznacza, że to nasze małe dziecko jest podatne na naukę… ponadto patrząc na to ilu rzeczy uczy się od urodzenia łatwo zauważyć, że żaden dorosły nie pojmie takiego ogromu materiału w tak krótkim czasie jak dziecko.. więc coś jest na rzeczy również w powiedzeniu czego Jaś się nie nauczył, tego Jan nie będzie umiał.

    więc jeśli dziecko jest chętne to nie uważam, by uczęszczanie raz w tygodniu na 45 minutowy seans do grupy dzieci, które razem śpiewają i coś deklamują oznaczało pozbawienie dziecka dzieciństwa… są mądre i głupie zabawy i tylko od nas zależy czy nauczymy dziecko mądrych zabaw takich jak: naprzemienne mówienie z dzieckiem zwierząt po angielsku, zawsze można dodać jedno zwierzę, które dziecko zapamięta mimochodem i nas zakasuje następnym razem…..
    od nas zależy czy jadąc samochodem będziemy zgadywać z dzieckiem znaki drogowe, przez co nauczy się ich mimowolnie czy damy mu psp by siedziało cicho… …

    także byłabym bardzo ostrożna w takich ocenach…

  7. Tolya Tolya

    Pozwólcie, że podzielę się swoją perspektywą magistra filologii angielskiej. Temat nauki języków obcych poruszaliśmy na studiach na psycholingwistyce, a ponieważ sam spodziewam się córki, to myślę o tym jak sprawić, aby była dwujęzyczna, podobnie jak rodzice.

    Dziecko opanowuje język ojczysty biegle bardzo szybko, niektóre dzieciaki zaczynają mówić jeszcze zanim skończą rok życia. Niepotrzebne są im do tego żadne lekcje, przyjmujemy za oczywiste, że przejmuje ono język od rodziców. Dzieje się to w tak zwanej fazie L1 nabycia języka (L1 language acquisition).

    W trakcie L1 język nabywany jest w bardzo interesujący sposób. Według teorii naukowej obszar mózgu dziecka odpowiadający za naukę pierwszego języka jest czymś w rodzaju „szablonu”, gotowego przyjąć dowolne wzorce językowe. Na podstawie tego, co słyszy od otoczenia (głównie rodziców) dziecko buduje sobie leksykon słów oraz wszystkie potrzebne mu struktury gramatyczne. Dzieje się to instynktownie, dlatego dzieci w okolicy roku życia zaczynają mówić „nagle”.

    Co ciekawe, fazę L1 można wykorzystać nie tylko do nauki języka ojczystego. Dzieci rodziców wielojęzycznych potrafią przekazać dziecku wszystkie znane przez siebie języki, pod warunkiem, że używają ich w towarzystwie rodziców. Co ciekawe, dziecko buduje sobie wszystkie języki bez większego problemu. Na dodatek faza L1 pozwala na nabycie kompetencji językowych w stopniu native’a i swobodne, instynktowne nim porozumiewanie się.

    Teraz ważna sprawa: faza L1 trwa mniej więcej do trzeciego roku życia. Po tym okresie następuje tzw. faza L2, czyli akwizycji drugiego języka: to co sami znamy ze szkół, czyli godziny nudnego wkuwania. Jest to faza o tyle mniej skuteczna w nauce, że nigdy nie nabędziemy instynktownych kompetencji prawdziwego native speakera, zawsze w używaniu języka będziemy angażować procesy myślowe przypominając sobie wyuczone struktury i słowa.

    Analogia mózgu dziecka do „chłonnej gąbki” jest więc dość trafna, ale trzeba pamiętać, że stoją za tym względy biologiczne i psychofizyczne.

    Sam językiem angielskim posługuję się na poziomie bardzo bliskim native speakera, więc zastanawiam się, jak najlepiej wykorzystać fazę L1.

    Niekoniecznie najlepszym pomysłem w fazie L1 są jakiekolwiek lekcje. Prawdopodobnie najlepszym pomysłem jest po prostu ekspozycja dziecka na język mówiony – odbywać w jego towarzystwie konwersacje w języku obcym. Podejrzewam jednak że w praktyce jest to bardzo trudne, a naturalnie wychodzi tylko jeśli jedno z rodziców jest native speakerem obcego języka.

  8. kajutek kajutek

    Ja akurat u nas w Krakowie posłałam dziecko do Helen Doron – mysle ze takie szkoły i ta metoda jest zdecydowanie najlepsza dla mojego dziecka.

  9. Pineska Pineska

    Witam! Prowadzę od 2 lat korepetycje)
    Oczekiwaniom uczniów wychodzi naprzeciw także native speaker, bowiem można zyskać dostęp zarówno do nauka języka angielskiego w domu jak również dopasować według indywidualnych preferencji język angielski emitowanych standardowo w języku polskim. By zapoznać się z ofertą wydawnictw językowych warto odwiedzić internetowe księgarnie językowe , w których skupionych jest wiele pozycji odnoszących się do rozmaitych języka angielskigo i różnych aspektów nauczania w domu. W nauka języków przydatnym narzędziem jest komputer.Nikt z nas nie chce uczyć się z książką w ręku, stąd też opracowano metodę nauki „przy okazji”, poprzez doświadczenie, która doskonale sprawdza się w przyswajaniu języka.

  10. Anna Anna

    Oczywiscie, ze im szybciej dziecko zacznie się uczyć tym lepiej ale nie oszukujmy się – półtoraroczne dziecko, które jeszcze pewnie dobrze nie mówi chyba zbyt wiele nie nauczy się języka co? Owszem – ja będzie mieć 3-4 latka to warto pomyśleć o jakimś nauczycielu – możesz poszukać na https://needaschool.com/pl/ kogoś z okolicy. To o wiele lepsza alternatywa niż szkolne kursy językowe – zawsze to dzieci mniej stresuje i jest przyjemniej;)

  11. Iwona Iwona

    Moim zdaniem im wcześniej tym lepiej. Córkę zapisałam do Przedszkola Playschool w Łodzi, w której uczy się angielskiego.
    Efekty są rewelacyjne.

  12. Martość Martość

    Mój Jasiek ma cztery latka i już posłałam go do empik school. Nawet nie dlatego, że myślę, że po pół roku będzie płynnie mówił po angielsku, ale mam taką pracę, że często wypadają mi popołudniowe zmiany. Wtedy mały idzie na lekcje, które prowadzą nauczyciele nie tylko ze znajomością języka, ale przeszkoleni pedagogicznie. Dzięki temu Jasiek spędza tam efektywnie czas, a ja mogę spokojnie popracować.

Zobacz również