Za bardzo chore, by iść do przedszkola, i za zdrowe, by iść do lekarza…

W internecie możemy znaleźć setki artykułów na temat nieodpowiedzialnych rodziców, którzy wysyłają swoje chore dzieci do przedszkoli i w ten sposób narażają na infekcje inne maluchy. Mówi się o nich per „egoiści”, „nieodpowiedzialni”, „o małej wyobraźni”.

Tymczasem rodzice wysyłający dzieci „tylko z katarem i niemęczącym kaszlem” mają swoje racje, których często nie wypowiadają w obawie przed hejtem i społeczną nagonką. Nie mówią o pewnych rzeczach, jednak robią swoje. Skutek jest taki, że dzieci z objawami infekcji były i są w przedszkolach. Nie da się z tym faktem nic zrobić?

Często nie reaguje też personel przedszkola, z jednej prostej przyczyny, nieoficjalnie twierdząc, że to normalne, że dzieci chodzą zakatarzone, gdyby zostałyby w domu w placówce byłoby bardzo mało dzieci, a nie o to chodzi…

Czy to na pewno choroba?

Katarzyna: „Dla mnie katar, trochę kaszlu bez gorączki i dobre samopoczucie dziecka to nie choroba. Natomiast nie rozumiem, gdy rodzice puszczają do przedszkola duszącego się dzieciaka nafaszerowanego lekami, to jest przegięcie”.

Marta: Z takiego kataru i pokasływania rozwija się infekcja i już inni na tym etapie się zarażają i na przykład mój zarażony nie będzie miał katarku. Moje dziecko w środku nocy usiądzie nieprzytomne na łóżku i zacznie się dusić, bo tak reaguje, zamyka się krtań przy każdej infekcji, więc dla mnie to naprawdę słaby argument…”

shutterstock_129530084

Agata: „Jak jedno dziecko jest tylko przeziębione, to u nas będą inhalacje, antybiotyki albo zastrzyki.”

Dlaczego rodzice wysyłają chore dzieci do przedszkola?

Większość dlatego, że jest przekonanych, że dziecko jest zdrowe i może iść do przedszkola. Argumenty są proste: dziecko nie ma gorączki, nie jest osłabione, rozdrażnione, przeciwnie – chętnie się bawi, jest aktywne, wesołe. Umie samo wydmuchać nos, wie, że trzeba zasłaniać usta przy kaszlu. To jasne, że nie zawsze pamięta o tych zasadach, gdy mamy czy taty nie ma obok… Jednak jest w dobrym stanie i nie ma sensu, by siedziało w domu.

Jakie są argumenty drugiej strony? Mały katar jednego dziecka, który zniknie za kilka dni u drugiego doprowadzi do powikłań w postaci zapalenia oskrzeli, płuc. Bardziej wrażliwe dzieci nie potrzebują wiele. Wystarczy niewielka infekcja, by się zaczęło, by ruszyła cała lawina…Nic dziwnego, że rodzice takich dzieci walczą o to, by w przedszkolu nie było nawet lekko zakatarzonych dzieci, bo obawiają się, do czego ten „lekki katar” może doprowadzić u ich maluchów.

Zadbajcie o odporność swoich dzieci!

Inny argument rodziców wysyłających zakatarzone dzieci do przedszkola? To ten z kategorii poniżej pasa: „Zadbajcie o odporność swoich dzieci, to będą przechodziły zwykły katar a nie od razu infekcję, na którą trzeba przyjmować antybiotyki”. Natalia dodaje: „Gdyby mamusie nie podawały na kichnięcie antybiotyków, dzieciaki odporność miałyby większą i nie byłoby obawy, że drugi przedszkolak kichnie, a ten pierwszy od razu dostanie zapalenia oskrzeli”.

Ewa dodaje: Jak u kogoś zetknięcie z zakatarzonym dzieciakiem kończy się za każdym razem poważną infekcją, to prawdopodobnie przedszkole nie jest dla niego najlepszym miejscem.

Zwolennicy hartowania dzieci, poprzez umożliwianie im kontaktu z drobnoustrojami podkreślają, że trzebarobić wszystko, by układ immunologiczny dzieci był silny, sprawnie reagował, żeby chorób było jak najmniej. Strach przed katarem to nie ta droga, którą trzeba iść…

Na Zachodzie zakatarzone dzieci w przedszkolach to norma

Dominika: „W krajach skandynawskich dzieci chodzą chore do przedszkola, ale też wychodzą codziennie na dwór niezależnie od pogody. Nie są przegrzewane, nie noszą czapek. Kontakt z drobnoustrojami też musi być. Na początku mnie to bulwersowało, ale teraz widzę że po każdej chorobie moje dziecko jest coraz silniejsze. Szklana bańka też nie jest dobrym rozwiązaniem.”

Maryla: „W Norwegii to norma. Jedynie jeśli dziecko ma wysoką gorączkę, to dzwonią po rodziców. Większość czasu siedzą na dworze, a nie jak w Polsce się kiszą w sali”.

Kasia: ” W Polsce jest histeria czapkowa, na byle infekcję antybiotyk, to dzieci chorują, bo nie mają nic odporności. W Holandii gdy dziecko kaszle czy kicha, ma katar to jest obowiązek, by je przyprowadzić do przedszkola czy szkoły…”

Rodzice wysyłający „lekko chore” chore dzieci do przedszkola powołują się na podejście rodziców z zachodu. Podkreślają, że za granicą nikt nie trzęsie się nad katarem i nie zamyka dziecka w szklanej kuli. Poza tym wskazują, że sami funkcjonują z katarem i nie biorą z tego powodu zwolnienia. Zresztą w ten sposób żyje większość ludzi….

Przedszkole byłoby zamknięte

W nieoficjalnych rozmowach w przedszkolu dowiaduje się: „Dzieci chodzą z kaszlem, katarem, to norma, zwłaszcza od października do marca”.

Pytam nieśmiało, i co z tym zrobić. Doświadczona nauczycielka odpowiada: „Wie Pani, jak powinno być, ale ja już sama nie wiem, co lepsze. Jakby te wszystkie zakatarzone dzieci zostawić w domu, w przedszkolu byłoby mniej niż połowa dzieci, potem takie dziecko wróci i znowu nie pochodzi, bo znowu złapie katar…”.

Inna nauczycielka mówi mi o uodpornianiu, że z jej doświadczeń wynika, że dzieci muszą się zmierzyć z bakteriami, wirusami, że zazwyczaj początkowo chorują, ale potem infekcji jest coraz mniej, i że najgorzej na dziecko „chuchać i dmuchać” i trzymać pod kloszem. Dość kontrowersyjna teza, ale może nie pozbawiona słuszności?

Infekcje można złapać wszędzie

Rodzice dzieci chodzących do przedszkoli z katarkiem lub kaszlem podkreślają, że przedszkole to skupisko ludzi, że nie ma szans, by wyeliminować z niego patogeny i że w sezonie infekcji chorobę można złapać wszędzie, nawet na spacerze.

Dodają, że to, że dzieci chorują to norma i że nie bez powodu mówi się nieładnie na maluchy „smarkacze”, bo niekończące się katary i infekcje górnych dróg oddechowych są typowe dla tego wieku…

Organizm musi mieć czas na uodpornienie

Bardzo częstym argumentem rodziców będących za tym, by do przedszkoli wysyłać dzieci z lekką infekcją jest możliwość uodporniania się. Tłumaczenie jest takie, że dzieci nie da się uchronić przed wszystkimi zagrożeniami, a w pierwszych latach życia choroby są naturalne. Rodzic patrząc na swoje dziecko jest w stanie ocenić, czy jest zdrowe, czy chore i czy może iść do przedszkola.

Nad słusznością powyżej przytoczonych argumentów można dyskutować.

Poza polem do rozmów pozostają jednak sytuacje, kiedy rodzice z obawy przed utratą pracy, przed braniem kolejnego zwolnienia wysyłają do przedszkoli dzieci:

  • z chorobami zakaźnymi – infekcjami rota, ospą, chorobą bostońską, itd,
  • „nafaszerowane lekami”, by ukryć objawy choroby, znane są przypadki podawania rano czopka, by zbić gorączkę,
  • wyraźnie słabych, zmęczonych, potrzebujących spokoju, by dojść do siebie.

Na pewno nie ma zgody na posyłanie dzieci „na siłę do przedszkola”. Chore, apatyczne, zmęczone, wyraźnie cierpiące dziecko powinno zostać w domu. W innych przypadkach, gdy dziecko jest przeziębione – można dyskutować, czy wysłanie dziecka do przedszkola to dobry pomysł. Zdania, czy nam się to podoba czy nie, są bowiem podzielone, zarówno wśród rodziców, jak i lekarzy i pracowników przedszkola.

Jestem mamą. Normalną, nie wpatrzoną przez cały dzień w dziecko, ale myślącą o prawdziwym dobru całej rodziny. Uczę się, jak kochać siebie i innych. Wiem, że mogę to osiągnąć jedynie wtedy, kiedy będę łączyć kilka ról.

Komentarze

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

  1. ewa ewa

    No bo niestety ale po pierwsze żaden lekarz nie może wystawić L4 rodzicowi, którego dziecko już jest praktycznie zdrowe ale jeszcze ma kaszel czy katar, a poza tym taki rodzic musiałby chyba ze 2-3 tygodnie nie iść do pracy gdyby już takie L4 udało się załatwić, potem chwila pracy i kolejna infekcja. Mój synek chodzi do żłobka i idziemy na L4 tylko jak jest chory a nie jak przeziębiony, wg mnie katar czy kaszel są normalne i nie wykluczają go z pójścia do żłobka, i tak na katar żaden lekarz nie da mi zwolnienia, a z pracy bym bardzo szybko wyleciała jakby mnie co chwilę nie było. Ale w ten sposób przecież dzieciaki się też hartują, trochę pochorują na początku, ale potem ich system odpornościowy będzie silniejszy :) Mnie najbardziej wkurza stwierdzenie, że przecież zawsze jest z kim dziecko zostawić – nie, nie ma z kim, dlatego chodzi do żłobka a nie zostaje w domu

  2. Joanna Joanna

    Zauważyłam, że największy problem z dziećmi z katarem lub lekkim kaszlem, mają mamy, które nie pracują. Bo jak można takie dziecko puszczać do przedszkola. Bo one tak by nie zrobiły.

  3. ewa ewa

    No właśnie, bo chyba każda z nas jakby nie pracowała to by zostawiła dziecko w domu, jednak niestety wiele mam pracuje i po prostu musi, nie ma wyjścia. Ci, którzy nie mają takiej sytuacji po prostu nie zrozumieją.

  4. Gosia Gosia

    kuzynka opowiadała, że w Irlandii mają problem polskie mamy, bo dzieci nie moga przekroczyc pewnej liczby nieobecnosci nawet chorobowej, a mamy zostawiaja lekko zakatarzone dzieci w domu i nie wyrabiaja sie w liczbie dni

Polecane tematy